Nieodpowiedzialni nie mają głosu

Dwadzieścia pięć spośród dwudziestu siedmiu krajów Unii Europejskiej
uzgodniło treść "Traktatu o stabilności, koordynacji i zarządzaniu w Unii
Gospodarczej i Monetarnej". Negocjacje dotyczące tego aktu budziły w Polsce
sporo emocji, które w dużej mierze wywołała postawa premiera Donalda Tuska,
który najpierw szybko zadeklarował całkowite poparcie dla idei traktatu, by
jednak w następnych tygodniach zająć stanowisko mniej oportunistyczne. Premier
deklarował chęć dołączenia do – proponowanej już w zeszłym roku przez Silvio
Berlusconiego – grupy sześciu największych krajów kierujących Unią. Deklaracja
ta była dla wielu obserwatorów i w Warszawie, i w Berlinie sporym zaskoczeniem,
ponieważ w zeszłym roku premier ideę kierującej szóstki odrzucił.

Negocjacje traktatowe toczyły się niejako w przestrzeni politycznej
wyznaczanej przez cztery bieguny. Po pierwsze, chodziło o Europę
Odpowiedzialności, którą budują Niemcy, jako nowy samodzielny i niekwestionowany
lider Unii Europejskiej. Idei wzmocnienia odpowiedzialności polityki fiskalnej
krajów członkowskich strefy euro służy właśnie uzgodniony traktat. Traktat jest
wyrazem dominacji na poziomie Unii Europejskiej niemieckiej kultury politycznej,
która kładzie bardzo silny nacisk na twarde reguły, których przestrzeganie jest
źródłem stabilności. Jest to zatem duży sukces Niemiec, które przekonały 24 inne
kraje do swojej filozofii gospodarczej.

Po drugie, chodziło o Skuteczną Eurogrupę, którą to koncepcję forsowali
Francuzi, zazwyczaj bardzo zwracający uwagę na kwestie swobody i sprawności
zarządzania/rządzenia. We francuskiej kulturze politycznej, w przeciwieństwie do
niemieckiej, nacisk kładziony jest na swobodę działania polityków, którzy
nieskrępowani nadmierną ilością ograniczeń, według swojego uznania powinni
stosować dostępne środki, aby jak najszybciej zrealizować cel. Stąd Nicolas
Sarkozy dążył do jak najdalej idącego wyłączenia eurogrupy spod wpływu krajów do
niej nienależących, aby umożliwić jej członkom maksymalnie skupienie się na
określonych w tytule traktatu zadaniach – stabilności, koordynacji i
zarządzaniu. Propozycja francuska była jak najbardziej racjonalna, ponieważ
problemy strefy euro wynikają częściowo z niedokończenia jej porządku
instytucjonalnego.

Po trzecie, do traktatu nie przyłączyły się dwa kraje – Wielka Brytania i
Czechy. To państwa, które są dziś prawdopodobnie najbardziej liberalne w Unii
Europejskiej, a jednocześnie najbardziej wrażliwe na kwestie suwerenności
narodowej. Jest to ciekawy powrót do tradycji sprzed drugiej wojny światowej,
kiedy to również elity brytyjskie i czechosłowackie były najbardziej liberalne w
Europie. Ta liberalno-suwerenna polityka opiera się na wizji Europy Swobód i
Konkurencji, czyli idei konfederacji państw narodowych, w której maksymalizowane
są tzw. cztery swobody europejskie – czyli przepływ ludzi, towarów, usług i
pieniędzy – natomiast struktury quasi-federalne zredukowane są do minimum.
Czwartym wreszcie biegunem wyznaczającym negocjacje była Europa Solidarności,
czyli stanowisko, które forsował Donald Tusk. Chodziło o uniknięcie sytuacji, w
której w Europie powstają dwie prędkości integracji lub dzieli się ona na
"twarde" jądro i "miękkie" peryferia. Pożądana według polskiego stanowiska jest
sytuacja, w której wszystkie państwa Unii Europejskiej współdecydują o kwestiach
dotyczących strefy euro. Idea Solidarnej Europy to idea głoszona przez Lecha
Kaczyńskiego, stąd momentami można było odnieść wrażenie, że Donald Tusk wszedł
w retorykę z czasów rządów PiS.

Podobnie, jednak tylko pozornie, stanowczy był premier Tusk w forsowaniu
swojego stanowiska zdawałoby się nawiązującego do idei solidarności europejskiej
głoszonej przez zmarłego prezydenta Polski. Premier swoją pozycję negocjacyjną
de facto podkopał sam sobie już na samym początku, entuzjastycznie popierając
ideę dyscyplinującego traktatu w imię pełnej współpracy z Berlinem. Z drugiej
strony, idea solidarności była w dużej mierze zasłoną dla stanowiska, które
obrazowo przedstawił w swoim słynnym przemówieniu Radosław Sikorski – a
mianowicie, że chodzi nam o to, by siedzieć przy stole, a nie być w karcie dań.
W gruncie rzeczy chodziło nam zatem o realizację polsko-włoskiej idei Wielkiej
Szóstki, którą premier – jak możemy się domyślać – omawiał przed ostatecznymi
negocjacjami z Mario Montim w Rzymie. W samej idei nie ma chyba nic złego.
Problem raczej w tym, co w praktyce umiał z nią zrobić Donald Tusk.

Interakcja sił poszczególnych biegunów – Odpowiedzialności, Skuteczności,
Konkurencji i Solidarności – ukształtowała dynamikę procesu negocjacji "Traktatu
o stabilności, koordynacji i zarządzaniu".

Niemcy przez cały poprzedni rok nosili na sobie brzemię dramatycznych
nacisków większości krajów strefy euro oraz Stanów Zjednoczonych, które
apelowały o zgodę na tzw. łagodzenie ilościowe, czyli kontrolowany dodruk
pieniądza przez Europejski Bank Centralny i wykup obligacji znajdujących się w
kryzysie krajów południowej Europy. W dużej mierze był to spór dwóch filozofii
gospodarczych – jednej mówiącej, że bank centralny może w momencie kryzysowym
wspomagać finansowo państwa (co jest w gruncie rzeczy szczególną formą darmowego
lunchu) oraz drugiej, która mówi o tym, że w momencie kryzysowym kraje muszą po
prostu zaciskać pasa. Wytrzymując to potężne ciśnienie, Niemcy skutecznie
wyegzekwowali na reszcie krajów europejskich przestrzeganie reguł zawartych w
traktatach europejskich, co w praktyce oznacza jednak, że dziś pod potężnym
naciskiem swoich elektoratów znajdą się premierzy krajów południowych.

Francuzi przez cały poprzedni rok walczyli z kolei o dotrzymanie kroku
Niemcom w ramach tandemu dwóch krajów nadających ton działaniom Unii
Europejskiej. Sukces w tej walce zdefiniowany był jako utrzymanie przez Francję
najwyższego ratingu wiarygodności fiskalnej (AAA). Ocena pozycji fiskalnej
Francji miała nie tylko wpływ na sytuację kraju (koszt zadłużenia) borykającego
się ze sporym deficytem budżetowym, ale także na zdolność finansową
Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego, która opierała się na połączonej sile
sześciu krajów o najwyższej ocenie wiarygodności. W tle spraw gospodarczych
oczywiście rozgrywa się walka Nicolasa Sarkozy´ego o ponowne zajęcie stanowiska
prezydenta Francji po tegorocznych wyborach. Niestety, tuż po Nowym Roku coraz
bardziej słabnący Francuzi stracili najwyższy rating i przestali dotrzymywać
kroku Niemcom, co oznacza, że Unia Europejska ma dziś tylko jednego wyraźnego
lidera.

Z kolei Wielka Brytania swój najważniejszy bój stoczyła na poprzednim
szczycie Rady Europejskiej 9 grudnia, kiedy to walczyła zacięcie z Francją o
wejście do paktu fiskalnego. Anglicy, którzy mają gigantyczne globalne centrum
finansowe w Londynie, własną monetę i własną filozofię integracji europejskiej,
nie chcieli zgodzić się na objęcie ich traktatem, w którym upatrywali
tradycyjnego kontynentalnego zagrożenia dla swojej suwerenności gospodarczej.
Zmusili więc w ten sposób pozostałe kraje do przyjęcia traktatu nie w ramach
standardowej unijnej procedury przewidzianej dla Rady Europejskiej, ale w ramach
mechanizmu wzmocnionej współpracy, czyli przez międzyrządowy traktat, o tyle
szczególny, że zawierający odniesienia do poszczególnych organów Unii
Europejskiej. W ostatecznym rozrachunku, w tej niechęci do narażania na szwank
swojej suwerenności do Davida Camerona dołączył prezydent Vaclav Klaus.

Polska wreszcie, starając się dołączyć do Wielkiej Szóstki w UE czy też
dbając o pozycję Europy Środkowej (w zależności od tego, jak rozumiemy nasze
stanowisko), starała się o dość szczególne uprzywilejowanie w procedurach
przewidzianych przez traktat. Chcieliśmy mianowicie mieć prawo głosu w sprawach
eurogrupy, jednocześnie nie biorąc na siebie ciężarów i kosztów, które muszą
ponosić kraje w niej będące. To musiało sprowokować złość ze strony Francji,
która wyraźnie naciskała na maksymalne domknięcie grona decyzyjnego, rozumiejąc,
że dziś w tzw. jądrze Europy jest głównie dług, marazm i kryzys, a dynamika
ostała się gdzieś na północnych peryferiach i w obrębie tzw. Deutschland AG,
czyli w gospodarce Niemiec i ich kooperantów (takich jak Polska).

Można wyobrazić sobie sytuację, w której rząd Donalda Tuska nakłada na siebie
zobowiązania, za co dołącza do ekskluzywnego klubu decydentów w UE. Jednak z
punktu widzenia politycznej przyszłości premiera Tuska, przyjęcie na siebie
zobowiązania likwidacji deficytu finansów publicznych w Polsce byłoby jednak
zabójcze. Premier jest zbyt tchórzliwym politykiem, by grać w tak wymagającą
grę. Przyjmując na siebie takie zobowiązanie, podpiłowałby fundamenty władzy
tego konglomeratu interesów, jakim jest dziś PO, a sam mógłby po prostu nie
dotrwać na stanowisku do końca obecnej kadencji, zniesiony falą społecznego
niezadowolenia. Wystarczy przecież zauważyć, jaką słabość prezentuje on dziś w
obliczu niepokojów związanych z relatywnie mało dolegliwą sprawą podniesienia
wieku emerytalnego.

W efekcie Polska będzie "uczestniczyła w dyskusjach szczytów euro,
dotyczących konkurencyjności, modyfikacji całościowej architektury strefy oraz
fundamentalnych zasad obowiązujących w nim w przyszłości", co najprawdopodobniej
oznacza, że będziemy słuchać cudzych dyskusji o przyszłości. Dla premiera Tuska
bowiem dużo łatwiej, niż wziąć na siebie zobowiązania dające wpływ, jest
mizdrzyć się przed przewodniczącym Parlamentu Europejskiego panem Schulzem i
zapowiadać, że już za trzy lata będziemy gotowi i chętni do wejścia do strefy
euro. Takie słowa nic nie kosztują, ale i nic nie dają. Bo nie tylko wątpliwe
jest, byśmy byli do tego zdolni, ale także zrozumienie korzyści i kosztów dla
Polski wiążących się z obecnością w strefie euro jest dziś wśród warszawskiego
establishmentu finansowego dużo większe i dużo bardziej realistyczne niż jeszcze
kilka lat temu. Moim zdaniem, ani bank narodowy, ani najważniejsze narodowe
instytucje finansowe, ani tym bardziej polscy obywatele nie mają dziś
najmniejszej ochoty dołączać do elitarnego klubu najbardziej zadłużonych krajów
świata.

Jan Filip Staniłko

drukuj