Nie ulec logice medialnego „smoka”
Z dr. Tomaszem Żukowskim, socjologiem i politologiem z Uniwersytetu
Warszawskiego, byłym doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego, rozmawia Mariusz
Bober
Pierwszy zamach polityczny III RP to skutek ostrego języka debaty publicznej
czy też przypadek niezależny od zachowania mediów i partyjnych przywódców?
– Za mało dziś jeszcze wiemy, aby wydać ostateczny wyrok w sprawie Ryszarda C.
Uczynią to sędziowie, a także – choć nierychliwie – historia. Pewne jest jednak,
że tuż po morderstwie mówił on o swojej nienawiści do PiS. O tym, że chciał
zabić Jarosława Kaczyńskiego, ale miał "za małą broń". Wiemy ponadto, że w
areszcie zachłannie czyta gazety, w tym relacje o swej zbrodni. Czekając na
werdykt w sprawie tej konkretnej zbrodni, już teraz znamy dużą część odpowiedzi
na pana pytanie. Tak, polska debata publiczna w ostatnich kilku latach się
popsuła. Ważna grupa jej organizatorów uruchamiała silne negatywne emocje
społeczne, w tym pogardę i agresję. I było to w rosnącym stopniu działanie
skuteczne. Wpływało i nadal wpływa na myślenie i zachowanie zwykłych ludzi.
Wielu ludzi.
Mówi się o "przemyśle pogardy"…
– To trafne określenie znanego dziennikarza Piotra Zaremby charakteryzujące
wielką koalicję "medialnych autorytetów" zwalczających PiS i braci Kaczyńskich.
Wśród "przedsiębiorców nienawiści" byli ważni politycy, sporo dziennikarzy i
artystów, wreszcie anonimowi autorzy wpisów w przestrzeni internetowego wirtualu.
Miałem okazję obserwować produkty tego "przemysłu" jako doradca Lecha
Kaczyńskiego. Przeciwnikom prezydenta chodziło nie tylko o niszczenie jego
wizerunku. Forma ataków miała uniemożliwiać poważną debatę o państwie i
społeczeństwie. Diagnozy i terapie dotyczące złożonej rzeczywistości zaczęła
zastępować magmowata nienawiść. Dla "zatrutych pogardą" fakt, że mówi "ten
okropny Kaczor" unieważniał wartość jego słów. Przeciwdziałanie temu było
niezwykle trudne.
Cała ta machina zatrzymała się na jakiś czas po katastrofie smoleńskiej, by
ruszyć znów po kilku tygodniach. Zbrodnia w Łodzi wyhamowała ją na bardzo
krótko. Tuż po niej w najpopularniejszych portalach internetowych stanowiących
własność wielkich prywatnych koncernów medialnych pojawiły się – niekasowane
przez moderatorów – dziesiątki wpisów chwalące zbrodnię i zbrodniarza. Liczni
komentatorzy zaś ogłosili rychło, że winne jest – jak zwykle – PiS.
Mieliśmy jednak też apele polityków i mediów o zmianę języka i o
pojednanie…
– To prawda. Mieliśmy jednak – dokładnie w dniu pogrzebu zamordowanego w Łodzi
Marka Rosiaka – manifestację jednego z głównych "przedsiębiorców pogardy"
Janusza Palikota, który winą za klimat polskiej debaty obciążył… biskupów (o
ile pamiętam, przeciw Kościołowi przed siedzibami hierarchów manifestowano
ostatnio w czasie walki PZPR z uroczystościami milenijnymi w roku 1966). Trudno
też było dopatrzyć się atmosfery autentycznej żałoby w świecie wielkich mediów.
Gdy kanały informacyjne transmitowały łódzki pogrzeb, największy program
telewizji komercyjnej pokazywał serial z pełną agresji walką na pięści, a
Program Drugi telewizji publicznej zaoferował widzom kabaret. A wystarczyło
przecież trochę zmienić ramówkę.
"Przemysł pogardy" prowadzi zatem do banalizacji problemów stojących przed
Polską?
– Spycha wiele ważnych dla Polski spraw na margines debaty publicznej. Dam
przykład. Jeszcze kilka miesięcy temu przewodniczący Rady Gospodarczej przy
premierze Tusku Jan Krzysztof Bielecki mówił, że Polsce potrzebny jest silny,
narodowy bank, co wymaga zdecydowanego wzmocnienia PKO BP. Niedawno ten sam
polityk oświadczył jednak, że akcje tego banku trzeba będzie sprzedać. Dwie
wypowiedzi – dwie całkowicie odmienne wizje przyszłości sektora bankowego w
Polsce. Pierwsza – dająca Polsce większą szansę na gospodarczą podmiotowość,
druga – oznaczająca jego kapitulację. I co się okazało? Kwestia ta nie wzbudziła
szczególnego zainteresowania większości mediów. Mimo że chodzi o firmę wartą
grube miliardy złotych. Więcej: o rację stanu. A gdy bardzo znany dziennikarz
zaprosił kilka dni temu do studia Jana Bieleckiego, pytał go najdłużej o… stan
ducha Jarosława Kaczyńskiego. Takich przykładów wyciszania ważnych problemów
można podać, niestety, więcej. Wspomnę choćby sprawę Lasów Państwowych.
Jak tłumaczy Pan ten fenomen? Czy jest to skutek jedynie radykalizacji języka
polityki, czy także odbicie realnego społecznego konfliktu interesów?
– I jednego, i drugiego. Z różnych badań wynika dość zgodnie, że większość
Polaków woli model gospodarki z silnym kapitałem krajowym i obecnością państwa.
W sferze polityki społecznej przedkłada zaś – mówiąc najkrócej – rozwiązania
solidarne nad liberalne. Są też jednak duże i silne środowiska, które wolą
zupełnie inny model społeczno-gospodarczy Polski. Z ich perspektywy otwarta,
głośna dyskusja o sprawach, w których nie mogą liczyć na poparcie większości
opinii publicznej, nie jest pożądana.
Czyli tak naprawdę część komercyjnych mediów stwarza zasłonę dymną
pozwalającą na forsowanie rozwiązań korzystnych dla dużych grup interesów?
– W ocenie konkretnych programów trzeba być ostrożnym, ponieważ łatwo można
niesprawiedliwie ocenić określony program czy dziennikarza. Najlepiej mogliby to
zrobić dociekliwi koledzy z konkurującej stacji czy wyspecjalizowane, niezależne
instytucje analizujące pracę mediów. Jednak generalne wnioski są dość oczywiste.
W Polsce – podobnie jak na całym współczesnym świecie – powstał tzw. telesektor
inforozrywkowy (w skrócie "telesfor"). To konglomerat mediów komercyjnych
produkujący – dla zysku – wymieszane: informacje, rozrywkę i reklamy. Osłabia to
w sferze publicznej instytucje wybierane przez obywateli, wzmacnia wpływy
największych reklamodawców (czyli wielkiego biznesu) oraz wyłanianych przez
media celebrytów. Ów specyficzny sektor zaczyna przejmować rolę organizatora
debaty politycznej, kryteriami zaś oceny jej uczestników stają się oglądalność i
cytowalność.
Czy w zglobalizowanym świecie proces zawłaszczania sfery publicznej przez
media wszędzie przebiega tak samo?
– W niektórych krajach medialny "smok" został wprzęgnięty w mechanizm działania
nowoczesnego państwa, skłoniony do społecznej odpowiedzialności. Wymaga to
jednak pluralizmu komercyjnych koncernów medialnych, silnego kapitału krajowego,
stabilnych instytucji "tradycyjnej" demokracji, propaństwowych elit oraz –
przynajmniej w Europie – istnienia mediów publicznych. Inaczej instytucje
polityki mogą ulec logice "telesfora". W Polsce ułatwia mu to słabość instytucji
demokratycznych: partii, organizacji społecznych. Dodatkowym problemem jest
"medialne rozdanie założycielskie". W jego wyniku tożsamości ideowe prezentowane
przez główne polskie koncerny medialne są bardziej lewicowe od przeważających w
naszym społeczeństwie. Doskonałym przykładem może być niedawny konkurs na
"dziennikarza dwudziestolecia". Wszyscy trzej nominowani do tytułu – bez
wątpienia ważne postacie w polskiej debacie publicznej – prezentują poglądy,
które lokują ich na lewo nie tylko od PiS, lecz także od Platformy. W
konsekwencji tzw. media głównego nurtu nie odzwierciedlają w debacie pełnej mapy
wartości społeczeństwa, "ściągają" dyskurs na lewo.
Jakie wnioski powinniśmy wyciągnąć z zamachu w Łodzi i kto powinien je
wysnuć? Politycy? Społeczeństwo? Media?
– Dobre pytanie. Oczywiście, że wszyscy. Nie wydaje mi się jednak, żeby w
najbliższym czasie język polskiej debaty radykalnie się poprawił. Niektórzy
obserwatorzy polskiego życia publicznego uważają wręcz, że nadal będzie się on
pogarszał. Nawet gdyby mieli rację (zwłaszcza wtedy, gdy będą ją mieli!), sądzę,
że trzeba spróbować wyznaczyć granice, których nawet najostrzejsze spory nie
powinny przekraczać. Z przestrzeni publicznej debaty – także z internetu –
powinny być usuwane bezpośrednie groźby użycia przemocy. Powinna być też
piętnowana pochwała morderstwa czy zachęcanie do niego. Przy dobrej woli
wszystkich, zwłaszcza rządzących, to nie powinno być trudne. Zawiązana w tej
sprawie koalicja będzie miała po swojej stronie i prawo, i opinię publiczną.
Morderstwo w Łodzi i reakcje na to wydarzenie skłaniają jednak do wyciągnięcia
wniosków dotyczących nie tylko języka debaty. Chodzi o sprawy jeszcze
ważniejsze.
O przyszłość polskiej demokracji?
– Tak, i o zachowanie pluralizmu w systemie zdominowanym przez jedną partię
polityczną. Przypomnijmy: po wyborach Platforma kontroluje prezydenturę, rząd i
– praktycznie (ze względu na słabość koalicjanta) – parlament. W takiej sytuacji
(która nie jest w systemach demokratycznych czymś nadzwyczajnym) szczególną rolę
w praktycznym funkcjonowaniu demokracji mają media: ich zdolność do
kontrolowania rządzących oraz stopień spluralizowania. Niestety, w Polsce jest
pod tym względem coraz gorzej. Większość mediów komercyjnych z rosnącym
zaangażowaniem krytykuje na różne sposoby główną partię opozycyjną, w mediach
publicznych zaś trwa proces usuwania programów i dziennikarzy kojarzonych z
prawicą. Tragedia w Łodzi nic tu, niestety, nie zmieniła. Gdy dodamy do tego
ściąganie debaty na lewo przez główne media komercyjne, można powiedzieć, że
połowa Polaków głosująca w wyborach prezydenckich na lidera opozycji traci
możliwość względnie równorzędnego uczestnictwa w debacie publicznej.
Jak możemy odwrócić ten niekorzystny trend?
– To, co możliwe. Po pierwsze – uczestniczyć, na ile się da, w debacie. Nie
wycofywać się z niej. Po drugie – wspierać media, które będą ją pluralizować. Po
trzecie – dbać o język debaty. Ten uproszczony, bardzo emocjonalny niszczy
szanse na prawdziwą rozmowę, wyklucza drugą ze stron sporu. Szczególna
odpowiedzialność spada tu na intelektualistów. Każdy z nich ma prawo do sympatii
politycznych, do własnych emocji. Ale nie wolno im mówić – charakteryzując
opozycję i jej zwolenników – o "fali wymiotów politycznych" czy "nadchodzeniu
faszyzmu". Tak niszczy się demokrację.
Dziękuję za rozmowę.
