Nie ma przyszłości bez miłości

Kazanie Biskupa Polowego WP wygłoszone w kościele parafialnym podczas Mszy św.pogrzebowej kaprala Radosława Szyszkiewicza.

To jedyne miejsce w Biblii, gdzie mowa jest o mieście Nain, i jedyna w Nowym Testamencie wzmianka o marach – gr.soros. Nain leży 10 kilometrów na południowy wschód od Nazaretu, u stóp Małego Hebronu. Tam, w bezpośredniej bliskości miejskiej bramy, Jezus spotkał kondukt pogrzebowy.

Był to pogrzeb młodego mężczyzny, zmarłego najprawdopodobniej kilka godzin wcześniej tego samego dnia. Tradycja żydowska zalecała jak najszybszy pogrzeb, jeszcze przed zachodem słońca, dopuszczając nawet obmycie i namaszczanie ciała w dzień szabatu. Procesji pogrzebowej nie rozpoczynano jednak bez całkowitej pewności o zgonie. Ciało zmarłego kładziono na desce – marach, tak żeby wszyscy w czasie pogrzebu mogli je zobaczyć.

Rytualnego obmycia i namaszczenia dokonywano zazwyczaj dopiero w komorze pogrzebowej. Czynności te wykonywało zwykle kilka osób. Po umyciu ciała ciepłą wodą następowało namaszczanie aromatycznymi maściami. Następnie ubierano zmarłego w szaty pogrzebowe z białego płótna, zszywane ze sobą. Między zwoje płótna wkładano mirrę połączoną z aloesem.

Jezus spotkał tłum żałobników podczas procesji na miejsce pogrzebu. Było ich wielu, poruszonych tragiczną wiadomością o śmierci jedynego syna wdowy. Na ich widok Jezus użalił się nad kobietą, prosząc: „Nie płacz!”. Następnie, choć narażał się w ten sposób na nieczystość rytualną, podszedł i dotknął mar, czyli noszy do przenoszenia zmarłych. Gestem tym potwierdził ogromne wzruszenie, jednocześnie budząc u żałobników zaskoczenie. Na słowa Chrystusa: „Młodzieńcze, tobie mówię, wstań", mężczyzna usiadł na marach, na których był wcześniej niesiony. Cudowne wskrzeszenie młodzieńca wywołało w uczestnikach pogrzebu strach i podziw.

Na piaszczystej drodze, gdzie padały łzy matki-wdowy i krzyki zawodzących płaczek, wydarzyło się spotkanie Życia ze śmiercią. Padają krótkie słowa. Był w nich okruch pociechy, ale przede wszystkim polecenie. Pierwsze – skierowane do matki brzmiało: Nie płacz. Drugie – do zmarłego: tobie mówię, wstań. I oto wobec wszystkich zgromadzonych śmierć oddaje swój łup. W miejsce bezgranicznego żalu zstępuje niewypowiedziana radość. Lęk, podziw, cześć ogarnęły otaczających umarłego, który staje się żywym. Ale na ile ten psychologiczny stan entuzjazmu przemienił się w doświadczenie duchowe, trwałe, konsekwentne?

Z okien domów w Nain, z każdego podwórka, z drogi, zewsząd, widać górę Tabor. Całe miasteczko swoim urbanistycznym układem jest niejako zwrócone ku niej. Dlatego nie sposób rozważać cudu wskrzeszenia młodzieńca, nie widząc „wierzchołka góry przemienienia". Jezus niedaleko stąd, na owym Taborze „wszedł” z ziemi w wieczność, odsłaniając uczniom swój prawdziwy wizerunek – Bożego Syna. W Nain odbywa się wędrówka z wieczności na ziemię. Pokonuje ją chłopiec owinięty śmiertelnym całunem. Dwie drogi, dwie sytuacje, dwa światy. Odsłaniają moc Pana i jakże głębokie Jego więzy z człowiekiem.

Ewangelie odnotowują trzy wskrzeszenia: córeczki Jaira, Łazarza i młodzieńca z Nain. Ten ostatni, przywołany raz jeszcze do życia na ziemi, usiadł i zaczął mówić. Mówić o czym? Gotowi bylibyśmy wtedy oczekiwać, aby zdał nam sprawę ze swej podróży na drugą stronę, zadać mu pytania: Co tam jest? Jak było? Co widział? Ani młodzieniec, ani Ewangelista nie zaspakajają naszej ciekawości. Może chłopakowi została odjęta pamięć o tym, co go spotkało, a co czeka każdego? Żadna z osób, które powróciły żywe z owego tunelu śmierci, nie odsłoniła tajemnicy tamtego świata. Życie człowieka „przed akuszerem i za karawaniarzem otwiera się na dwie tajemnice. Przed narodzeniem i po śmierci oba końce naszego istnienia zanurzają się w niewiadomym. Wieczność czy nicość, skąd pochodzimy. Wieczność czy nicość, w które z pewnością się zagłębiamy” (Vittorio Messori).

Jeśli jednak wróciło tych troje, to znaczy, wróciło skądś. Po śmierci nie rozsypali się w nicość. Istnieli nadal. Byli w innej rzeczywistości. Nie powrócili z niebytu, ani nie przybiegli z kolejnej reinkarnacji. Oddała ich wieczność – milczenie nieskończonych przestrzeni – którą zawiaduje Bóg. Wieczność wypełniona bez kresu tym, który Sam jest wiecznością. Wieczność, która ogranie każdego z nas w chwili ostatniego tchnienia. Wtedy u bram tamtego świata spotkamy tego samego Jezusa, który zatrzymał się na drodze z Nain. On powie, jak do tamtego młodzieńca: tobie mówię wstań i podniesie cię z prochu. Czyń zatem wszystko co możliwe, aby mógł oddać cię wtedy… Ojcu.

Dwóch polskich żołnierzy poniosło śmierć a czterech, w tym jeden ciężko, zostało rannych 9 października br. (piątek) w Afganistanie. Do tragedii doszło poza polską strefą, podczas konwoju do Bagram, gdy jeden z pojazdów typu MRAP Cougar wjechał na „ajdika” – poinformował mjr. Marcin Gil, szef Sekcji Informacyjno – Prasowej Polskich Sił Zadaniowych w Afganistanie. Żołnierze mieli dostarczyć do Bagram uszkodzony sprzęt do naprawy i odebrać zaopatrzenie.

Eksplozja nastąpiła, gdy wszyscy żołnierze wsiadali z powrotem do pojazdu, który w konwoju logistycznym jechał na czele Do zdarzenia doszło około godz. 16.30 czasu lokalnego (14.00 czasu polskiego) na terenie prowincji Wardak, na drodze Highway 1 podczas konwoju z Ghazni do Bagram .

W wyniku zdarzenia zginęło dwóch polskich żołnierzy: st. szer. Radosław Szyszkiewicz oraz st. szer. Szymon Graczyk. Obaj polegli byli żołnierzami V zmiany Polskich Sił Zadaniowych. W kraju służyli w 5 Pułku Inżynieryjnym w Szczecinie. Na miejscu zdarzenia udzielono rannym pierwszej pomocy i natychmiast wezwano śmigłowce ewakuacji medycznej, które przetransportowały poszkodowanych żołnierzy do bazy w Ghazni. Najciężej ranny żołnierz przeszedł operację w Ghazni.

Kapral Radosław Szyszkiewicz był kierowcą – sanitariuszem w plutonie rozminowania Zgrupowania Bojowego „A” w bazie Ghazni. Na tym samym stanowisku służył też w kraju – w 5 Pułku Inżynieryjnym w Szczecinie – Podjuchach. Służbę wojskową rozpoczął w kwietniu 2008 roku. V zmiana w Afganistanie była jego pierwszą misją. Miał 22 lata, był kawalerem. W żałobie pozostają mama Marzanna Maria, tata Stanisław i najbliższa rodzina.

Terroryzm boi się solidarności, dlatego gardzi ludzkim życiem. W zakrwawionej historii naszych dni dają wszystkim lekcję ewangelicznego pokoju. Ewangelii pokoju nie udowadnia się, lecz ukazuje, płacąc za nią osobiście. Ofiarami przemocy padają właśnie ci, którzy zaangażowani są w przywrócenie pokoju w Afganistanie. Przemoc nigdy nie jest odpowiedzią chrześcijanina na przemoc.

Żołnierze są w Afganistanie, aby chronić i służyć tym, którzy pragną żyć w pokoju i poprawić swoje dramatyczne położenie. Nie sposób nie zauważyć, że ich wielkoduszność nie tylko gwarantuje bezpieczeństwo, ale przyczynia się do odbudowy instytucji i infrastruktury tego kraju. W tym szczególnie delikatnym, a jakże bolesnym momencie poczuwamy się przede wszystkim do obowiązku podziękowania naszym młodym polskim żołnierzom, zarówno jako ludziom i braciom w Chrystusie za ich odwagę, poświęcenie i umiłowanie drugiego człowieka, nawet jeśli pokój który tam na afgańskiej ziemi niosą kosztuje ich aż tak wielką cenę – ofiarę życia.

„Medi vita in morte sumus” (Pośród życia ogarnia nas śmierć) – mówią słowa starej kościelnej pieśni, pochodzącej jeszcze z XI wieku. Śmierć nie jest więc związana tylko z ostatnią, nieznaną nam godziną, w której „wybije nam dzwon". Śmierć sięga już teraz w nasze życie, wyciska na nim znamię, zagraża mu na co dzień w wieloraki sposób. A choroba, niepowodzenia, cierpienia są przesłankami śmierci, dają nam poznać, że nasze życie gaśnie. I na ciebie, i na mnie przyjdzie kres, tylko nie wiemy, kiedy to będzie. Nikt nie wie, ile lat mu jeszcze pozostało. Czy więcej niż młodzieńcowi z Naim – o którym mówi dzisiejsza Ewangelia – i ile więcej. A może mniej, jak to było w wypadku 22-letniego Radosława.Ale „choć dzieje ludzkości są historią cierpienia, to ostatnie słowo należy do życia i do miłości” – przypomina nam Jan Paweł II.

„Nasz ukochany Papież stoi teraz w oknie domu Ojca, patrzy na nas i nam błogosławi…” Jesteśmy pewni prawdy tych słów, które wypowiedział kard. Joseph Ratzinger w swojej homilii przy trumnie Piotra naszych czasów. Wobec przejścia z życia do Życia tego niezwykłego Człowieka, świat zamarł, a Jan Paweł II stał się mocniej obecny wśród nas niż kiedykolwiek wcześniej.

W tych dniach wyciszenia i modlitwy, a także wielkiego bólu i żałoby po stracie Radosława, przekonujemy się z niezwykłą oczywistością, że obecność człowieka – podobnie jak obecność Zmartwychwstałego w Eucharystii – nie mierzy się fizyczną dotykalnością, lecz siłą miłości. Podobnie, jak uczniowie Zmartwychwstałego zgromadzeni dwa tysiące lat temu w Wieczerniku, również i my upewniamy się, że śmierć jest zupełnie bezradna wobec miłości i wobec życia. Życie człowieka zmienia się, ale się nie kończy.

Pewność, że miłość jest śmiercią śmierci, nie łagodzi bólu rozstania, bo kochać kogoś, to pragnąć być razem z nim po obydwu stronach istnienia. A my nosimy dzielnego żołnierza Radosława w środku naszych serc z intensywnością i wdzięcznością. Nasz ból rozstania nie ma nic wspólnego z pustką czy rozpaczą. Nasza nadzieja nie zawodzi. Przeżywany ból jest konsekwencją pewności, że Miłość jest rzeczywiście nieśmiertelna. Dzięki tej nieśmiertelnej Miłości, nieśmiertelny staje się również człowiek i ludzka miłość. Śmierć jest dramatem jedynie dla tych, którzy nie kochają. Ten, kto nie umie żyć, nie potrafi też umierać. Ale to nie śmierć winna jest temu, że ktoś nie nauczył się żyć – czyli kochać – zanim umarł.

W tamten piątek, nazywany Wielkim Piątkiem, skazano na śmierć Kogoś, kto zachwycał szlachetnych i niepokoił przewrotnych. Na wzgórzu bezgranicznego cierpienia Odwiecznej Miłości nie było kamer ani dziennikarzy. Nie pojawili się obrońcy praw człowieka. Miłość w pokornej ciszy i osamotnieniu oddawała życie na oczach Matki Bożej i Jej przybranego syna – Jana. Trzy dni później ta sama Miłość nad życie powróciła do życia, żeby odtąd już zawsze spotykać się z tymi, których kocha nad życie i żeby uczyć ich kochać, czyli przywracać do życia. Ci, którzy spotkali Zmartwychwstałego, upewnili się, że On nie tylko nadal żyje, ale że On nadal kocha tych, którzy Go zabili! Miłość nad życie jest miłością, nad którą śmierć nie ma władzy właśnie dlatego, że miłość kocha nad życie.

Zmartwychwstały upewnia nas o tym, że zostaliśmy stworzeni z Miłości i dlatego życie poza miłością jest bolesnym umieraniem pośród życia. Zwierzę żyje tak długo, jak długo oddycha. Człowiek żyje tak długo, jak długo kocha. Im bardziej przyjmuję Miłość i kocham, tym bardziej tęsknię za Miłością. Im bardziej jestem darem dla innych i im mniej wystarcza mnie dla samego siebie, tym mocniej istnieję. Dojrzale kochać to tak spotykać się z Bogiem i ludźmi, by stawać się kimś większym od samego siebie.

Niczego nie ryzykuje ten, kto zaryzykował życie dla Boga. Upływający czas przypomina, że każdy z nas doczeka końca swojego świata na tej ziemi oraz że nie ma przyszłości bez miłości. Ci, którzy kochają, żyją i są szczęśliwi po obu stronach istnienia. Jeżeli jednak chcę naprawdę żyć, to musi we mnie coś umrzeć, to muszę odważnie i po imieniu nazwać to, co powinno we mnie umrzeć już dzisiaj, żebym już teraz mógł zmartwychwstawać ze Zmartwychwstałym. Zawierzyć Bogu do końca samego siebie to zaufać, że On rozumie mnie i kocha aż tak bardzo, iż dzięki Niemu – mimo mojej niedoskonałości – mogę stać się człowiekiem świętym.

Na zakończenie powtórzmy w myśli słowa modlitwy chwały ułożone przez Włodzimierza Zagórskiego a zawarte w utworze Psalm tęsknoty:

I chwała Tobie, żeś w duszę człowieka
Wszczepił tę twardą wiarę w nieśmiertelność,
Co majestatem skroń jego obleka
I krzepi ducha w nim, męstwo i dzielność,
I jad ziemskiego odtruwa cierpienia,
I śmierć nadzieją życia opromienia!

Amen.

+ Tadeusz Płoski
Biskup Polowy Wojska Polskiego

Iwanowice, 15 października 2009 roku

drukuj