Nie chciał zostawić rannych

Z dr Ewą Gruner-Żarnoch, prezes Stowarzyszenia „Katyń” w Szczecinie,
córką por. rez. Juliana Grunera, jeńca Starobielska, zamordowanego w Charkowie w
1940 roku, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Miała Pani 5 lat, gdy wybuchła II wojna światowa. Choć to niewiele, z
pewnością jakiś szczegół dotyczący ojca utkwił Pani w pamięci…

– Z
tamtego czasu pamiętam tylko dwie rzeczy: że tato miał wąsy, tzw. szczoteczki,
którymi bardzo mnie kłuł, gdy całował, i że nosił spodnie pumpy. Gdy taty
zabrakło, po jakimś czasie zupełnie świadomie amputowałam sobie pamięć o nim.
Bolało mnie bowiem, że większość dzieci w moim wieku ma ojca, a ja nie. Zdałam
sobie sprawę, że jeżeli nie przestanę o nim myśleć, to nie skończę szkoły,
studiów, nie będę mogła pracować…

Mama powiedziała Pani, że tato był w Starobielsku?
– Nie,
wtedy wiele rzeczy przede mną ukrywano. Mama bała się, że będę chwaliła się na
podwórku rówieśnikom, że mam ojca wicemistrza sportowego. Zmarła, nie
pozostawiając mi żadnych informacji o tacie. Przed śmiercią na moje pytania,
jaki był ojciec, odpowiadała jedynie: przystojny, wysportowany, wesoły. Nic
więcej… Wiedziałam tylko, że urodził się w 1898 roku w Wisztyńcu, że razem
mieszkaliśmy przez jakiś czas koło Mariampola na wschodnich rubieżach
Rzeczypospolitej w majątku jego rodziców. Dopiero po wielu latach znalazłam
schowaną pod koksem w piwnicy walizkę, w której znajdowały się różne dokumenty
dotyczące taty, fotografie rodzinne, sportowe, etc. Samych zdjęć było kilkaset,
bo ojciec, jak się dowiedziałam, zajmował się również fotografią. Wtedy tak
naprawdę zaczęłam go poznawać…

W czasach studenckich por. Gruner był znanym sportowcem. Z pewnością
była Pani dumna z jego osiągnięć?

– Bardzo! Dzisiaj
powiedzielibyśmy, że był wieloboistą, bo zajmował się wieloma dyscyplinami, w
których miał imponujące wyniki. Sport uprawiał już w czasie studiów medycznych w
Kazaniu, a potem w Warszawie. Zdobył wiele medali. Był między innymi trzykrotnym
mistrzem Polski w rzucie oszczepem i w skoku wzwyż w 1922 r., 1925 r. i 1926 r.,
wicemistrzem w biegu na 200 m i w skoku o tyczce (1922 r.), a także
reprezentantem Polski na międzynarodowych mistrzostwach w Paryżu w 1923 roku,
gdzie ustanowił rekord w rzucie oszczepem. Było to pierwsze zwycięstwo polskiego
lekkoatlety w zawodach rozgrywanych w Europie Zachodniej. Tato zakwalifikował
się nawet do startu w igrzyskach olimpijskich w Paryżu, lecz z powodu kontuzji
nie wziął w nich udziału. Warto dodać, że od 1921 roku reprezentował Akademicki
Związek Sportowy i Polskę w hokeju na lodzie, będąc środkowym napastnikiem. Jako
pierwszy w Polsce stosował także styl nożycowy w skoku wzwyż oraz zwyczaj
noszenia dresów. W latach 1926-1927 był wiceprezesem zarządu głównego AZS.
Współpracował również z „Przeglądem Sportowym” oraz tygodnikiem „Stadion”, w
których publikował zdjęcia, sprawozdania z zawodów oraz wiele artykułów
szkoleniowych. Był ponadto pierwszym wykładowcą WF na Uniwersytecie Warszawskim.
Niestety, z tego powodu, że był katyńczykiem, nie wolno było o nim czegokolwiek
publikować.

Medycyna konkuruje w Pani rodzinie ze sportem?
– Wśród
wielu lekarzy z powołania w naszej rodzinie był również mój tata. Po skończonych
studiach i stażu w Warszawie przeniósł się do Kalisza, gdzie stworzył oddział
pediatryczny w szpitalu, którego został ordynatorem.

W Kaliszu ojciec poznał Pani mamę?
– Mama była córką
podkaliskich ziemian, którzy posiadali spory majątek. Rodzice poznali się
podczas jednego z balów urządzanych u jej dziadków. Zakochali się w sobie od
pierwszego wejrzenia. Chociaż mama była wówczas zaręczona z bardzo bogatym
przemysłowcem z Łodzi, tato nie przejął się tym. Pewnego dnia potajemnie
przyjechał na motocyklu do majątku mamy i za jej zgodą porwał ją… Zaręczyny z
poprzednim narzeczonym oczywiście zostały zerwane. Mama wyszła za tatę i byli
bardzo szczęśliwi. Byłam ich jedyną córką. Rodzice bardzo pragnęli mieć syna,
ale już się go nie doczekali…

We wrześniu 1939 r. Pani ojciec pracował jako lekarz szpitala
polowego w Stanisławowie. Tam właśnie został wzięty do niewoli
sowieckiej?
– Tato już przed wybuchem wojny wiedział, że do niej
dojdzie. Był bowiem lekarzem rodzinnym, jak byśmy dziś powiedzieli, Józefa
Lipskiego, ambasadora polskiego w Berlinie. Od niego dowiedział się o
niemieckich planach napaści na Polskę. Wysłał więc nas do brata matki w głąb
kraju, w pośpiechu nie zdążyłyśmy się z tatą nawet pożegnać… Ojciec został
zmobilizowany 30 sierpnia 1939 roku i wysłany na wschodnie rubieże kraju.
Później dowiedzieliśmy się, że znalazł się w szpitalu polowym w Stanisławowie.
Tam został wzięty do niewoli przez Armię Czerwoną, sowiecki żołnierz uderzył go
w głowę za to, że ojciec wstawił się za rannymi leżącymi na trawie przed
szpitalem, w których wjechał czołg. Nic mu się na szczęście nie stało.

Niektórzy z oficerów wziętych do niewoli próbowali ukryć swoją
tożsamość, zdejmując mundur, by ułatwić sobie ucieczkę. Pani ojciec też mógł tak
postąpić…
– Możliwość ucieczki nadarzyła się już w pociągu, który
wiózł jeńców polskich do Starobielska. W wagonie znajdowało się m.in. dwóch
młodych ludzi, których przed wojną tato uczył rzucać oszczepem. To oni namawiali
go, by uciekł razem z nimi, bo udało im się wyważyć przestrzeloną deskę w
wagonie. Tato stanowczo odpowiedział, że tego nie uczyni, bo lekarz nie opuszcza
rannych. Doskonale wiedział, że jest im potrzebny. Na postojach sanitariusz
biegł wzdłuż pociągu i krzyczał: „Ranni i chorzy do doktora Grunera”. Chłopcom
udało się zbiec z pociągu, tato w nim pozostał. Tę relację usłyszałam po latach
z ust jednego z nich, pana Domaniewskiego, z którym spotkałam się w Giżycku.

To była jedyna możliwość ucieczki? Na początku niewoli jeńców nie
pilnowano zbyt starannie.

– W obozie w Starobielsku tato stworzył
lazaret, w którym troskliwie opiekował się wszystkimi chorymi. Z relacji tych,
którzy przeżyli Starobielsk, dowiedziałam się, że chorzy bardzo szanowali i
lubili ojca. Jeden z nich, pan Józef Łokucjewski, który zmarł w ubiegłym roku w
Szczecinie, był wówczas młodym podchorążym. Wspominał, że ojciec szczepił
wszystkich przeciw tyfusowi. Zapamiętał go, bo po raz pierwszy widział, że to
nie kolejka ustawiała się do lekarza, tylko lekarz przechodził wzdłuż niej i
szczepił. Nawet sowieccy lekarze usiłowali namówić tatę, żeby nie wracał do
Polski, tylko został u nich. Mógł skorzystać z tej propozycji i prawdopodobnie
by nie zginął. Była jeszcze trzecia możliwość uratowania się. Nasz przodek w
którymś pokoleniu był synem niemieckiego barona, na początku XIX wieku
przyjechał do Polski i tu ożenił się z Polką. Rodzina wywodząca się od niego
całkowicie się spolszczyła. Ojciec mógł jednak wspomnieć o swoim pochodzeniu,
powiedzieć, że czuje się Niemcem, może Sowieci by go wypuścili… Nie skorzystał
z tego, był honorowy, czuł się i był Polakiem.

Z obozu w Starobielsku przychodziła od ojca
korespondencja?
– Mama dostała dwie kartki i telegram. Tato prosił o
przysłanie ciepłego ubrania – bo został wzięty do niewoli w szpitalnym fartuchu
– bielizny, skarpet, ciepłych kalesonów, butów myśliwskich. Paczka nie mogła
przekroczyć 10 kg i miały być w niej rzeczy używane, bo nowe Sowieci kradli. Nie
wiem, czy doszła do niego. Nie dostałyśmy żadnego potwierdzenia.

Na wiosnę 1940 r. informacje ze Starobielska przestały napływać. To
wzbudziło jakiś niepokój Pani mamy?
– Próbowała szukać taty
wszelkimi sposobami przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż, skąd później dostałyśmy
pismo, że figuruje na liście zaginionych w czasie wojny. Ten dokument w pewnym
sensie mnie uratował, to znaczy pozwolił mi się uczyć i studiować, bo nie
wskazywał na to, że tato zginął z rąk sowieckich katów. Dowiedziałam się
później, że mama, która również miała korzenie niemieckie, napisała w rozpaczy
list do ambasady niemieckiej w Moskwie z prośbą o odszukanie taty. Pisała też do
niemieckiego ministerstwa spraw zagranicznych, powołując się na niemieckie
pochodzenie ojca. Skąd mogła wiedzieć, że tato już nie żył… Dostała odpowiedź,
że zajmą się jego odszukaniem. Nic więcej nie wskórała.

Prawdę o śmierci ojca poznała Pani dopiero w latach 90. XX
wieku…
– Wtedy gdy przyszły dokumenty przekazane przez Michaiła
Gorbaczowa. Do tego czasu myślałam, że ojciec zaginął w czasie wojny. Z początku
wyobrażałam sobie, że może żyje, tylko został wysłany gdzieś bardzo daleko na
tzw. przymusowe osiedlenie. Myśl tę podsunął mi spotkany polski żołnierz
wracający z zsyłki, który powiedział, że mój tato żyje w omskiej obłasti w
obozie nr 146, gdzie w trudnych warunkach pracuje jako lekarz, operując ludzi
narzędziami wykonanymi z kości zwierząt. Oczywiście uwierzyłam. Był to czas, gdy
do władzy doszedł Nikita Chruszczow i wydawało się, że będzie pewna odwilż.
Pojechałam więc na wycieczkę do Związku Sowieckiego i starałam się kupić bilet
do omskiej obłasti. Mało brakowało, a skończyłoby się to moim aresztowaniem,
ponieważ żeby pojechać z jednej obłasti do drugiej, trzeba było mieć pozwolenie
władz miejskich, którego nie posiadałam.

Na podstawie list wywozowych ze Starobielska do Charkowa można było
dokładniej odtworzyć ostatnie chwile życia Pani ojca…

– Nie
ukrywam, że był to dla mnie szok. Zresztą nie tylko dla mnie. Od samego początku
pracuję w Stowarzyszeniu „Katyń” w Szczecinie, więc wszystkie te dokumenty
przeszły przez moje ręce. Nie miałam trudności ze znalezieniem nazwiska taty.
Wszyscy ludzie, którzy przychodzili do klubu garnizonowego, gdzie pokazywaliśmy
listy wywozowe jeńców Starobielska, przyjmowali wiadomość o śmierci swoich
bliskich, jak gdyby zostali oni zamordowani przez Sowietów dzisiaj lub wczoraj.
Dla wszystkich było to ogromnie dramatyczne przeżycie. Samej trudno mi było w
ogóle myśleć o Charkowie…

W 1995 i 1996 roku wzięła jednak Pani udział – jako członek ekipy i
zarazem jej lekarz – w ekshumacjach w Charkowie…

– Gdy wyznaczono
mnie do wyjazdu, zrozumiałam, że mam tylko dwa wyjścia: jechać lub nie jechać, i
że obydwa są złe. Wiedziałam, że jeżeli odmówię, to do końca życia będę tego
żałować, a jeżeli nie odmówię, to na pewno zdarzy się coś złego. I zdarzyło
się…

Co takiego?
– Byłam przekonana, że jestem świetnie
przygotowana, przynajmniej zawodowo do ekshumacji. Mam bowiem dwie
specjalizacje: chirurga i anestezjologa, które powinny mnie uodpornić. Z natury
jestem opanowana, więc myślałam, że skoro tak wiele lat minęło od śmierci taty,
to stojąc nad grobami pomordowanych, będę reagowała spokojnie. Myliłam się
jednak. Już po dwóch tygodniach prac ekshumacyjnych zdałam sobie sprawę, że tego
nie wytrzymam. Miałam koszmary senne, że śpię w grobie obok ciał pomordowanych.
Z jednej strony chciałam jak najwięcej dowiedzieć się o tej zbrodni, a z drugiej
– bałam się natrafić przypadkiem na szczątki ojca. Trudno wyrazić, co wówczas
czułam. Gdy w 2000 roku wróciłam do Charkowa, by na otwarciu tamtejszego
cmentarza przemawiać w imieniu Rodzin Katyńskich do premierów Jerzego Buzka i
Wiktora Juszczenki, tuż przed swoim wystąpieniem dostałam zawału serca. Nie
udźwignęłam tego ciężaru…

W jednym z dołów śmierci w Charkowie znaleziono w czasie prac
ekshumacyjnych sygnet i zegarek należące do Pani ojca.
– Wyjeżdżając
z Charkowa, pozostawiłam spis przedmiotów, które mój ojciec mógł mieć przy
sobie. Były to: papierośnica, sygnet i zegarek – wszystkie te przedmioty miały
wygrawerowane na sylwetce tarczy herbowej litery JG. Po paru dniach otrzymałam
telefon z Charkowa, że znalazł się sygnet z takim monogramem, a po kilku
kolejnych dniach zegarek. Sygnet trafił do Muzeum Katyńskiego, zegarek zaś,
który był w bardzo złym stanie, wręcz rozpadał się w palcach, został oceniony
jako nienadający się do ekspozycji. Od tej pory cały czas noszę na palcu taki
sam sygnet, jak miał tato, dostałam go od stryjka. Cały czas mam przy sobie
cząstkę taty…

Dziękuję Pani za rozmowę.

drukuj