Nie bój się!

Rabini żydowscy obliczyli, że w Starym Testamencie aż 365 razy Bóg mówi:
"Nie bój się". Może to zbieg okoliczności, że niejako na każdy dzień roku
dostajemy zachętę do pokonania w sobie lęku? A może to jednak nie przypadek?…
Kto uważnie śledzi adwentową Liturgię Słowa, bez trudu dostrzeże, że wspomniane
Boże wezwanie jest wyjątkowo często powtarzane przez proroka Izajasza, pada
również z ust Archanioła Gabriela zwiastującego Maryi, że będzie Matką Mesjasza.

Słyszy je Józef, posłuszny prośbie anioła, by nie oddalać młodziutkiej żony,
choć w tym momencie jeszcze tak mało rozumie. Usłyszą je pasterze w betlejemską
świętą noc. Wydaje się, że spośród wielu adwentowych wezwań to jest najbardziej
odpowiednie dla człowieka początku XXI wieku. Nasze życie po brzegi wypełnione
jest lękiem o codzienny byt, o pracę, o przyszłość własną i dzieci, o
bezpieczeństwo finansowe. Boimy się nie tylko przyszłości, ale też demonów
przeszłości, które czają się w przepastnych, ukrytych esbeckich szafach,
przeszłości wciąż kneblującej prawdę i – jak to lapidarnie ujął jeden z byłych
funkcjonariuszy służb komunistycznych – pozwalającej traktować wiele
prominentnych osób w państwie jak bankomaty. Pojawia się także fałszywy strach –
o to, że Bóg broni dostępu do wolności i szczęścia, że Kościół drapieżnie
wkracza w przestrzeń publiczną, próbując narzucić ton trwającej debaty i
przyporządkować ją własnym kryteriom. Te z kolei mają być nieżyciowe,
nietolerancyjne, ksenofobiczne itd. Powstaje mur nie do przebicia, strach
paraliżuje człowieka od wewnątrz tak mocno, że nie jest w stanie zrobić ani
jednego kroku. Obudowuje się coraz szczelniej w warowni swojego ja. Lęk napędza
koniunkturę, pozwala budować programy polityczne i społeczne, zapewnia
dominację, przynosi profity. Tak było od zawsze i niewiele wskazuje, by w tej
materii miało się cokolwiek zmienić. Z jednym wszakże wyjątkiem. Zmieni się, gdy
na serio przyjmiemy słowo Jezusa Chrystusa. Od samego początku chrześcijan
wyróżniało to, że nie bali się mierzyć z pogańską wizją świata – często okrutną
i nieludzką. Niestraszne im były prześladowania, upokorzenia, spływające krwią
areny cyrkowe starożytnego Rzymu. Na ich odwadze wyrosła cywilizacja, która
stała się fundamentem Europy. Byli pewni, że nie są sami – że towarzyszy im Ktoś
silniejszy. Prześladowany Kościół umacniał się pomimo męczeństwa i cierpienia
swoich dzieci. A kiedy słabł? Wtedy gdy w jego szeregach pojawiał się lęk o
utratę wpływów, koniunkturalizm, skłonność do ustępstw na rzecz dopuszczenia do
współpanowania, gdy zaczynał szukać potwierdzenia swojej roli z dala od krzyża
Jezusa Chrystusa. To zasada uniwersalna. Przegrywamy zawsze wtedy, gdy ponad
zaufanie Bogu stawiamy ludzkie kalkulacje, gdy nasze wyobrażenia przedkładamy
ponad zamysły Stwórcy w obawie, że nie będziemy w stanie ich udźwignąć. Uciekamy
od logiki krzyża, boimy się "ciemnych nocy wiary", ponieważ przeraża nas to, że
możemy nagle znaleźć się w świecie, którego topografii nie znamy – w świecie,
gdzie trzeba po prostu zaufać. Najmocniej jak człowiek tylko potrafi. Dopiero
wtedy w pełni może do niego dotrzeć prawda, że wiara to trwanie u stóp
Tajemnicy. Dlatego św. Józef jest tak ważnym patronem naszego adwentowego
czuwania. Choć ewangeliści nie notują ani jednego jego słowa, on uczy nas tego,
co najważniejsze w wierze: że kiedy jest się blisko Boga, wszystko jest możliwe.
A tam, gdzie udaje się pokonać lęk, zaczyna się prawdziwa wolność.

ks. Paweł Siedlanowski

drukuj