Nie będę kozłem ofiarnym

Z Andrzejem Grzmielewiczem, burmistrzem Bogatyni, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Krajobraz
w mieście wygląda jak po bitwie, a całą odpowiedzialność za to, co się
stało, a zwłaszcza za brak stanowczości i skuteczności, szef MSWiA
próbuje zrzucić na Pana.

– Jestem tylko małym samorządowcem, a
Jerzy Miller jest wielkim ministrem. Nie czuję się żadnym winowajcą, i
szczerze mówiąc, nie mam ochoty komentować wypowiedzi przedstawiciela
rządu. Odnoszę jednak wrażenie, że minister mówi to tylko po to, aby na
etapie, kiedy trzeba ratować ludzi, ich dobytek, kiedy bez zwłoki trzeba
zorganizować i zapewnić ludziom żywność, szukać kozła ofiarnego. Czy
się to komuś podoba, czy nie, nie będę kozłem ofiarnym. Absolutnie
robimy wszystko, co tylko w naszej mocy, by pomóc ludziom. Jak wielu
mieszkańców naszego miasta już trzecią dobę jestem na nogach. Dbam o to,
by moje miasto miało szansę się podnieść.

Konflikt powstaje dlatego, że Pan jest z PiS, a minister z PO?
– Nie wstydzę się swojej przynależności, wręcz przeciwnie. Jednak
przede wszystkim jestem samorządowcem, kocham Bogatynię i zrobię dla
niej wszystko. I to jest to, co czynię dzisiaj w obliczu zagrożenia. Nie
chcę natomiast wnikać w żadne zależności polityczne. W obliczu tragedii
nie ma to znaczenia. Jeżeli tragedia zagląda nam w oczy, to jako Polacy
wszyscy powinniśmy się wziąć do pracy. Jakakolwiek próba podziału
politycznego jest niepotrzebna i może tylko utrudniać doraźne działania.

Kto zatem, Pana zdaniem, odpowiada za tragedię w Bogatyni?
– A kto odpowiada za falę, która ma wysokość kilku metrów i przychodzi
znienacka? Przyrody, która rządzi się swoimi prawami, natury, która w
ciągu praktycznie godziny zniszczyła to miasto, nie da się okiełznać.
Wbrew temu, co się o nas mówi, byliśmy przygotowani na tyle, na ile było
można. Jedyną informacją, jaką otrzymaliśmy, był komunikat IMiGW, że
będą zwiększone opady. Zgodnie z procedurą policja monitorowała stan
wody. To, co się potem wydarzyło, było nagłe. Nie wolno też porównywać
Bogatyni i Zgorzelca, gdzie fala dotarła za kilka godzin i był czas, aby
choć w minimalnym zakresie się przygotować i więcej ocalić przed
zniszczeniem. Zrobię wszystko, by pokazać, jaka była rzeczywistość w
Bogatyni i dlaczego komuś może zależeć na oskarżaniu gospodarza, że
czegoś nie dopilnował. Faktycznie zrobiliśmy wszystko, co było w naszej
mocy. Osobiście ratowałem ludzi z powodzi, a wszystkie zarzuty wobec
mnie są niesprawiedliwe, nierzetelne, po prostu niegodziwe.

Jak ocenia Pan dotychczasową pomoc państwa dla miasta?
– Najlepiej można zobrazować to na przykładach. Czekaliśmy na
śmigłowiec do ewakuacji, który z uwagi na niski pułap chmur nie
przyleciał. Czekaliśmy w Bogatyni na amfibie, które dotarły do nas w
momencie, kiedy właściwie nie były już potrzebne. Pomoc państwa…
ciężko mi to oceniać. Na pewno chcę, żeby Bogatynia została odbudowana,
żeby ludzie mogli tu normalnie mieszkać i żyć. Chcę jeszcze jednego –
żeby przekaz informacji o wydarzeniach był rzetelny. Byłoby dobrze,
gdyby nawet wtedy, kiedy ktoś z kimś się nie zgadza pod względem
politycznym, w tak trudnych chwilach odrzucił wszelkie podziały i podjął
rzetelną współpracę. Nie można mieszać polityki z ludzkimi tragediami.
Do rządu apeluję o pomoc dla Bogatyni.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj