NBP – rząd: próba sił

Korzystanie z elastycznej linii kredytowej Międzynarodowego Funduszu
Walutowego jest kosztownym przedsięwzięciem i – niepotrzebnym, gdyż bank
centralny posiada dość własnych rezerw – przekonuje Narodowy Bank Polski i jakby
na poparcie tych słów przeprowadza interwencję na rynku walutowym w celu
osłabienia złotego. Rząd chce, by MFW ubezpieczył jednak złotego na wypadek
załamania. Rezerwy NBP wolałby sam wykorzystać.

Same koszty korzystania z kredytu MFW przez 5 lat wyniosą 7,4 mld zł – wynika
z informacji przedstawionej przez Agatę Łagowską z Departamentu Zagranicznego
NBP. Wykorzystanie linii kredytowej MFW następuje w formie swapa walutowego
poprzez zakup waluty wymienialnej za walutę krajową. Po upływie 5 lat zakupione
środki muszą zostać zwrócone MFW. Polska po raz pierwszy skorzystała z oferty
MFW w ubiegłym roku. Za sam dostęp do linii kredytowej, bez korzystania z
pieniędzy, zapłaciliśmy już 182 mln złotych. Kwota ta zmniejsza wynik banku
centralnego. Według NBP, dalsze ubezpieczanie naszej waluty pieniędzmi MFW jest
zbędne z uwagi na wysoki poziom rezerw i stabilną sytuację
ekonomiczno-finansową. Jakby na potwierdzenie tego stanowiska wczoraj w południe
NBP interweniował na rynku walutowym w celu osłabienia złotego. „NBP dokonał
zakupu pewnej ilości walut po korzystnym kursie” – poinformował bank centralny w
komunikacie. Według ekonomistów, NBP zakupił „do 10 mln euro”, co spowodowało
spadek kursu złotego do euro o mniej więcej 3 grosze.
Stanowisko NBP poparł
ostatnio wicepremier Waldemar Pawlak z koalicyjnego PSL. – Nie ma na razie
potrzeby przedłużania „polisy” w MFW. Trzeba skupić się na wzroście i
wykorzystaniu środków z UE – stwierdził.
Rząd jest odmiennego zdania – chce
część rezerw przekazać do budżetu, zastępując brakujące środki elastyczną linią
kredytową na 20,5 mld USD z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Poparła go
Rada Polityki Pieniężnej zdominowana przez osoby wskazane przez Platformę
Obywatelską, która wprowadziła z mocą wsteczną zmiany w przepisach o sposobie
tworzenia rezerw tak, aby więcej pieniędzy skierować do budżetu. Z tego wynikł
konflikt pomiędzy zarządem NBP a RPP.
Z elastycznej linii kredytowej MFW,
poza Polską, skorzystały dotychczas tylko Kolumbia i Meksyk. Odrzuciły
propozycję Czechy i Korea Południowa, do których także Fundusz skierował swoją
ofertę. Kredyt przyznawany jest krajom o silnych fundamentach i stabilnej
sytuacji, którym jednak grozi, że „zarażą się kryzysem”. Za umową z MFW opowiada
się premier Donald Tusk. – Lepiej dmuchać na zimne – oświadczył.
Przedłużenie
linii kredytowej poparła prof. Anna Zielińska-Głębocka z RPP, przypominając
zapaść w Grecji i jej negatywny wpływ na stabilność systemu finansowego. – Nie
mam wątpliwości, że w pierwszym okresie posiadanie elastycznej linii kredytowej
pozytywnie wpłynęło na polską gospodarkę, poprawiło oceny makroekonomicznej
stabilizacji naszego kraju – stwierdził prof. Witold Koziński, wiceprezes NBP,
ale podkreślił, że obecnie uwarunkowania się zmieniły. – Nie musimy podpisywać
kolejnej umowy z MFW 5 maja, w dniu wygaśnięcia dotychczasowej. Możemy to zrobić
za kilka miesięcy, a nawet za rok – przekonywał.
Środowisko ekonomistów
dopatruje się w działaniach rządu zamachu na niezależność NBP i ostrzega przed
skutkami tej ingerencji. „Utrata niezależności NBP doprowadzi do głębokiej
dewaluacji złotego i w konsekwencji wejścia do strefy euro przy bardzo
osłabionej złotówce, nawet do 6 zł za euro” – czytamy w komunikacie
Stowarzyszenia „Przejrzysty Rynek”. – Rząd od miesięcy gra na umocnienie
złotego, co zwiększa ryzyko przyszłej gwałtownej dewaluacji. Obawiam się, że
załamanie to zbiegnie się z wprowadzeniem Polski do strefy euro. Jeśli zaś
wejdziemy do eurostrefy przy niskim kursie złotego – nasze płace, emerytury i
majątek, przeliczone np. po 6 zł za euro, drastycznie stracą na wartości, a
zaciągnięte kredyty walutowe wzrosną w relacji do pensji – wyjaśnia prezes
Stowarzyszenia Jerzy Bielewicz. Jego zdaniem, byłoby to także niekorzystne dla
przedsiębiorców – wprawdzie zyskaliby oni na konkurencyjności, mając najtańszych
w Europie pracowników, ale utraciliby najlepiej wykształcone kadry i możliwość
działania w zaawansowanej technologii.

Małgorzata Goss

drukuj