Nasza przygoda z edukacją domową

Edukacja domowa to ekscytująca przygoda, szaleństwo i piękne
doświadczenie! Jednak w naszym przypadku – z różnych względów – trwało to
jedynie dwa lata.

Kiedy nasz najstarszy syn poszedł do zerówki prowadzonej przez Siostry
Opatrzności Bożej, pojawiło się mnóstwo pytań o jego przyszłość: jaka szkoła?
jaka edukacja? Przypadkiem (przez duże "P") trafiliśmy na informacje o nauczaniu
domowym. Wówczas nie pomyśleliśmy nawet, że taka forma nauczania akurat nas
będzie dotyczyć. Myśl ta dojrzewała i… dojrzała, tym bardziej że syn miał
tymczasowy problem zdrowotny. Wiedzieliśmy, że więcej skorzysta z nauki w domu
aniżeli z masowego nauczania. Dyrektor szkoły podstawowej przyjęła nas niezwykle
życzliwie i od razu wyraziła zgodę na tę formę edukacji.
Od września rozpoczęliśmy nauczanie domowe pierworodnego syna. Nieco przerażeni,
ale szczęśliwi. Kilkuletnie doświadczenie pracy w szkole jako nauczyciela
matematyki i wychowawcy klas dodawało mi otuchy. Codzienne lekcje urozmaicane
rebusami, krzyżówkami, zagadkami i eksperymentami cieszyły nas wszystkich.
Zajęcia "przy biurku" zajmowały około dwóch godzin dziennie. Poza tym uczyliśmy
się wszędzie: w lesie rozmawialiśmy o roślinach i zwierzętach, w samochodzie
powtarzaliśmy poznany materiał lub nasz syn, Staszek czytał na głos lekturę,
podczas obiadu układaliśmy zagadki i zadania matematyczne. Mieliśmy też czas na
wyjaśnianie trudniejszych zagadnień, z którymi się spotykał. W ciągu dnia
wysyłał e-maile do taty do pracy i w ten sposób poznawał klawiaturę, układał
zdania i obsługiwał komputer (nie wspominając o dodatkowym budowaniu relacji z
ojcem!). Często też tworzył swoje dziecięce arcydzieła w prostych programach
graficznych. Staraliśmy się wykorzystywać każdą chwilę, by czegoś go nauczyć. Ja
uczyłam przedmiotów szkolnych, a mąż czuwał nad wychowaniem w duchu
patriotycznym, zabierając dzieci do muzeów, na wystawy czy pokazy historyczne.
Chcąc podzielić się naszym entuzjazmem z innymi edukatorami i pasjonatami
nauczania domowego, prowadziliśmy blog "Mali Odkrywcy" (www.edukacja-domowa.blogspot.com
). To było piękne!

Blaski i cienie
Niezaprzeczalną zaletą nauczania w domu, którą odkryliśmy, była nauka w tempie
dostosowanym do potrzeb syna. Z niektórymi zagadnieniami świetnie sobie radził,
ale były i takie, na które należało poświęcić dużo więcej czasu. Nikt nam nie
narzucał, ile lekcji i na jaki temat mamy przeznaczyć, nikt nie zmuszał do
czytania i omawiania lektur znanych nam od dawna… Doskonale wiedzieliśmy, co
Stach już umie, a nad czym trzeba jeszcze popracować. Z każdym miesiącem nasz
syn stawał się coraz bardziej samodzielny w wykonywaniu zadań. Dostawał pracę,
siadał i robił… czasem przychodził do mnie z pytaniami. Miał też dużo czasu,
by rozwijać własną twórczość: rysował, majsterkował, kleił, niemal ze
wszystkiego budował konstrukcje. Na samotność nie narzekał, gdyż w naszej
pięciodzietnej rodzinie zawsze wiele się dzieje – jest się z kim pobawić,
pokłócić, pogodzić czy pójść na kompromis.
Ale czy edukacja domowa to jedynie sielanka? Niestety, jak niemal wszystko, co w
życiu robimy, ma ona ciemniejsze i jaśniejsze strony. Kiedyś wydawało nam się,
że jako edukatorzy będziemy wolni, że nie będą nas ograniczać ferie i wakacje.
Nic bardziej mylnego, bo cały rytm zajęć dodatkowych (a takie okazały się w
naszym przypadku wysoce wskazane) jest w pełni im podporządkowany. Oczywiste, a
jednak nam to umknęło. Mieszkałam z dala od miasta, a z gromadką malutkich
dzieci było dla mnie nie lada wysiłkiem regularne zawożenie Stacha na lekcje
angielskiego czy treningi sportowe. Czasem samo skoordynowanie zajęć okazywało
się wręcz niemożliwe, gdyż ich godziny się pokrywały. Na pewno są edukatorzy,
którzy potrafią swoje dzieci biegle nauczyć kilku języków obcych, historii,
biologii, informatyki, fizyki i chemii, mają zaplecze laboratoryjne, boisko pod
nosem i innych edukatorów po sąsiedzku, z którymi współpracują. My tej
sposobności nie mieliśmy. Choć wspólna nauka dawała dużo radości, wymagała
jednak ode mnie życia na dwa etaty: codzienny (domowy) i nauczycielski. Lekcje
należało przemyśleć, dokładnie przygotować, zgromadzić potrzebne materiały i
przekazać dziecku w sposób dla niego ciekawy i zrozumiały. W dodatku z kilku
przedmiotów niemal jednocześnie. Nauczanie początkowe to drobiazg, jak sądzę, w
porównaniu z wyższymi klasami, gdzie zakres przedmiotowy znacznie się rozszerza.
Ucząc w domu przez dwa lata, zauważyliśmy, że homeschooling nie sprzyja (co nie
znaczy, że jest to niewykonalne!) subordynacji i dyscyplinie "określonej w
czasie". W szkole dokładnie o godz. 8.00 zaczynają się lekcje (nie 10 minut
później); teraz (nie za chwilę) wszyscy wstają i mają gimnastykę; przerwa trwa
dokładnie 10 minut, a nie 13; uczniowie idą z grupą, a nie 10 kroków przed nią
lub za nią. W domu z natury jest trochę samowolki, co bywa nie lada
utrudnieniem, np. gdy dziecko wyjedzie na wycieczkę zorganizowaną. Oczywiście,
jak już wspomniałam, nie jest to niemożliwe, ale wymaga dużej czujności i
dodatkowego trudu włożonego ze strony rodziców.

Porażająca dyskryminacja
Nie wiadomo kiedy minęła nam pierwsza klasa. Nadszedł czas egzaminów. Tak, tak,
dziecko uczące się w domu ma obowiązek zdać kilka egzaminów na koniec roku
szkolnego. Na etapie nauczania początkowego nie jest to wielkim problemem (poza
drżeniem serca, które w naturalny sposób towarzyszy uczniowi i rodzicom), ale w
starszych klasach bywa poważnym kłopotem, szczególnie gdy uświadomimy sobie, że
syn czy córka ma do zdania od 5 do 12 egzaminów, a każdy z nich składa się z
części pisemnej i ustnej. A jeśli nie powiedzie mu się choćby z jednego
przedmiotu? Będzie musiał zrezygnować z homeschoolingu i powtarzać klasę, ucząc
się już w szkole. Niestety, niesprawiedliwość systemu jest porażająca. Dziecko
edukujące się w domu nie ma możliwości niezdania i jednocześnie pozostania w tym
systemie. Ono ma tylko jedną szansę!
Z edukacją w domu i z egzaminami rocznymi wiąże się jeszcze jeden problem –
"wyścig szczurów". Rodzic ucieka od chorej rywalizacji pomiędzy uczniami, gardzi
ocenami, które nie są odzwierciedleniem wiedzy, a tymczasem, decydując się na
nauczanie w domu, wpada z deszczu pod rynnę. Brzmi to absurdalnie, ale niestety
taka jest rzeczywistość. Dziecko powinno dostać najwyższą notę, by komisja
egzaminacyjna nie patrzyła krzywo, by nie sugerowała, że syn czy córka "marnuje
się w domu". Jednym słowem – należy wzbudzić zachwyt otoczenia i tym samym
pokazać, że nauka w domu to dobry wybór. Presja społeczeństwa (w tym również
bliższej i dalszej rodziny) jest tak silna, że rodzice walczą o oceny. To, od
czego chcieli uciec, staje się motorem ich działania, nie zawsze uświadomionym.
A dzieci błyskawicznie chłoną ten styl.

Trudne pytania
Druga klasa Staszka poszła za ciosem: system nauczania ten sam, tylko uczeń
wykazywał mniejszy zapał do pracy. Jak zawsze lubił czytać, rozwijać swoje
pasje, ale buntował się przeciw żmudnej pracy w szkolnych książkach. Można by,
podążając za niektórymi edukatorami, odsunąć na bok podręczniki, zeszyty i uczyć
tak, by sprawiało to tylko przyjemność. Jednak pytanie o przyszłość nasuwało się
samo. Co czeka naszego syna, gdy przez lata będzie otrzymywał wiedzę elegancko
podaną? Co będzie, gdy trafi na nudnych wykładowców na studiach? Co będzie, gdy
przyjdzie mu pracować z trudnym szefem lub wykonywać pracę, która jest
potrzebna, ale niekoniecznie będzie ją lubił? Czy ucząc się w sielankowych
warunkach, podoła później pracy w dużym biurze, gdzie dzwonią telefony, ktoś z
kimś rozmawia i o wyciszeniu nie ma mowy? Czy da radę?
Po zdanych egzaminach do trzeciej klasy znów pojawiło się pytanie: "Co dalej?",
coraz częściej powracało, szczególnie że problemy zdrowotne Staszka poszły w
zapomnienie. Ponadto, drugi nasz syn, Antek, skończył zerówkę i chciał iść do
szkoły. Zawsze był towarzyski, przebojowy i pchał się do ludzi. Decyzja nie była
łatwa. Nie obyło się bez lęków, w szczególności o Staszka. Jak się
zaaklimatyzuje? Jak poradzi sobie z wejściem w środowisko, które już się poznało
i zgrało? Czy dostosuje się do systemu lekcji, przerw, klasówek? I wreszcie,
jaki wpływ będzie miała szkoła na system wartości naszych chłopców?

Oręż wczesnej Komunii Świętej
Wszystkie problemy, a w szczególności ostatni z nich, całkowicie zawierzyliśmy
Bogu. W wieku 6 i 7 lat, wbrew ogólnym tendencjom na Mazowszu, chłopcy
przystąpili do wczesnej Komunii Świętej. Dostali oręż najsilniejszy z możliwych
– sakramenty. Poszliśmy za głosem św. Piusa X, który powiedział: "Kiedy Pan
weźmie w posiadanie czułe serca dzieci, demon nie będzie już mógł nimi zawładnąć
(…) byłoby lepiej, gdyby dzieci przyjmowały Jezusa, kiedy mają jeszcze czyste
serca, tak, aby Jezus wszedł do ich młodych serc zanim uczyni to szatan". Mając
Boga w sercu i stałego spowiednika, który od dwóch lat czuwa nad najskrytszymi
zakamarkami ich dusz, gdzie nawet my, rodzice, nie mamy dostępu; 9 miesięcy temu
nasi synowie wkroczyli w życie szkolne. Po pierwszym roku są zadowoleni,
uczęszczają na lekcje z entuzjazmem, starają się stać na straży katolickich
wartości, choć nie zawsze jest to łatwe.
Co się zmieniło po pójściu Staszka do szkoły? Życie stało się spokojniejsze, ja
mam czas na pisanie. Przez kilka godzin rozłąki stęsknimy się za sobą na tyle,
że z większym entuzjazmem rozmawiamy. Nadal razem gramy w gry planszowe,
oglądamy filmy fabularne, przyrodnicze i naukowe, wciąż poszukujemy ciekawych
książek, wciąż się rozwijamy. Staszek, zapytany o różnicę pomiędzy szkołą a
edukacją domową, powiedział, że i jedna, i druga forma nauki jest fajna. Teraz
brakuje mu jedynie eksperymentów, ale to akurat da się nadrobić.

 

Joanna M. Ryguła
 


Joanna M. Ryguła jest nauczycielką, autorką książek dla dzieci, matką
pięciorga dzieci.

drukuj