Nasz człowiek w niebie

Dokładnie siedem lat temu, w wigilię Święta Miłosierdzia i w pierwszą
sobotę miesiąca, 2 kwietnia 2005 roku, "odszedł do Domu Ojca" Jan Paweł II. Na
oczach całego świata z życia ziemskiego do życia wiecznego przeszedł człowiek, o
którego świętości może powiedzieć dziś każdy, kto choć raz miał okazję Go
spotkać. Nie było w tym zatem niczego zaskakującego, że niemal od razu lud Boży
zawołał: "Santo subito!" – Natychmiast święty!

"W momencie kiedy Ojciec Święty skonał, dostrzegłem niezwykły kontrast" –
napisał ks. prof. Tadeusz Styczeń, przyjaciel Jana Pawła II, obecny przy Nim w
ostatnich chwilach życia. "Jeszcze niedawno ten niezwykły ból na jego twarzy. To
skrępowanie przyrządami, które miały pomóc przedłużyć mu życie. On, który widzi
swoją wierność Ojcu przez to, że służy, ale służąc ma prawo, żeby mu nie skracać
drogi cierpienia do Ojca. Byłem świadkiem, jak podnosił ręce skonane… (…)
Wysoko podnosił, jak gdyby wołał: nie oddzielajcie mnie od Tego, który jest
symbolem dobrego pasterza, ponieważ ja chcę być do końca według miary mierzonej
przez Ojca mojego" – podkreślił ks. Styczeń.
Na placu św. Piotra dobiegała końca modlitwa różańcowa, w której uczestniczyło
ponad 100 tysięcy wiernych. Wtedy ok. godz. 22.00 do mikrofonu podszedł ks. abp
Leonardo Sandri i wzruszonym, ale spokojnym głosem oznajmił, że Jan Paweł II
odszedł do Domu Ojca.

Narodowe rekolekcje

Na tę wiadomość niemal cały świat zamarł w bezruchu. Tłumy ludzi wyszły na
ulice. Płakali i modlili się. Obraz klęczącego wprost na chodniku człowieka z
różańcem nie należał do rzadkości i dla nikogo nie był powodem zdziwienia.
Kościoły przepełnione modlącymi się, dźwięk dzwonów, kolejki przed
konfesjonałami, świece i krzyże na ulicach, wizerunki Ojca Świętego w oknach…
Nikogo to nie dziwiło.

Władze państwowe ogłosiły żałobę narodową. Przepasane kirem flagi opuszczono
do połowy masztów. Parlamentarzyści przyjęli okolicznościową uchwałę. Odwołano
koncerty i przedstawienia teatralne. Polska stała się jedną wielką świątynią.
Rozpoczęły się wielkie narodowe rekolekcje… Dziś, po siedmiu latach od tych
chwil, trzeba tylko zapytać: co w nas zostało z tamtych dni?

Siedem lat temu byliśmy świadkami wydarzenia, które nie trafi się już żadnemu
pokoleniu. Odszedł do Domu Ojca człowiek święty, a najlepszym dowodem Jego
świętości jest fakt, że tajemnicy Jego życia po prostu nie sposób wiernie
opisać, posługując się wyłącznie ludzkimi słowami. Również Jego pontyfikatu nie
sposób zrozumieć i wyjaśnić przy zastosowaniu czysto racjonalnych tłumaczeń.
Można go zrozumieć tylko poprzez misterium działania łaski, którego naocznymi
świadkami byliśmy siedem lat temu…

Orędownik w Domu Ojca

Jan Paweł II to człowiek święty i dlatego przez Niego w sposób widzialny
przemawiała rzeczywistość niewidzialna i dzieje Bożej ekonomii, w której
świętość nie jest przywilejem nielicznych, lecz celem, który Bóg stawia przed
każdym człowiekiem, stworzonym na Jego obraz i podobieństwo. Świętość Papieża z
Polski pomogła nam uświadomić sobie, na czym polega wielkość chrześcijańskiego
życia, w sprzeczności z którym pozostaje powierzchowność i nienaturalność. Jego
osoba pokazała, że święty to wcale nie jest człowiek, który całe swe życie
spędza w kościele, choć modlitwa ma być dla niego glebą, z której wyrasta
wszystko inne. Bo sam dowiódł jednoznacznie, że tylko na kolanach, otwierając
drzwi swego serca Chrystusowi, można realnie rzucić wyzwanie przeciwnościom i
podjąć złożone problemy ludzkości.

Świadectwo Papieża z Polski, tchnące autentyzmem i mocą świadka Ewangelii, to
jedna z najbardziej zdumiewających i wzruszających historii dziejów ludzkości.
Ale historia ta nie zakończyła się wraz z Jego pontyfikatem. Bo jeśli za życia
był dla nas Skałą – symbolem siły i niezłomności wiary, która nie lęka się
niebezpieczeństw, ponieważ jasno widzi swój cel i kierunek – to w Domu Ojca swym
wstawiennictwem wesprze tę wiarę u każdego, kto do niego gotów jest się o to
wsparcie zwrócić. Bo świętość jest powołaniem powszechnym, skierowanym do
każdego z nas.

Wezwani do świętości

Siedem lat temu, 2 kwietnia 2005 roku, stałem na placu św. Piotra w Rzymie.
Chwilę po tym, jak ks. abp Sandri oznajmił, że Ojciec Święty odszedł do Domu
Ojca, odebrałem telefon. Mój rozmówca z płaczem pytał: "I co teraz będzie?".
Odpowiedziałem bez wahania: "To zależy od nas. Od wierności Jego świadectwu. Od
tego, czy będziemy od siebie wymagać, nawet gdyby inni od nas nie wymagali. Od
tego, czy będziemy "mocni mocą wiary", "mocni mocą nadziei, która przynosi pełną
radość życia i nie dozwala zasmucać Ducha Świętego" i "mocni mocą miłości, która
jest potężniejsza niż śmierć"…".

Siedem lat temu ziemskie życie Papieża z Polski dobiegło końca. Jan Paweł II
patrzy dziś na nas z Domu Ojca. I choć zapewne także teraz dziwi się naszym
wątpliwościom i naszemu zagubieniu, to wciąż gotowy jest nam pomagać i przytulać
nas do swego serca, wypełnionego po brzegi miłością do człowieka. Bo tu, na
ziemi, nie potrzebuje fanów i entuzjastów swej świętości. Potrzebuje jej
autentycznych świadków.

Sebastian Karczewski

drukuj