Najwięcej spalono teczek Informacji Wojskowej

Z Wojciechem Sawickim, zastępcą dyrektora Biura Udostępniania i
Archiwizacji Dokumentów IPN, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Z opublikowanego przez Pana dokument u odnalezionego w archiwum Stasi
wynika, że w 1952 r. ówczesny ppłk Wojciech Jaruzelski („Wolski”) został
zwerbowany przez kpt. Informacji Wojskowej Czesława Kiszczaka w celach
kontrwywiadowczych. Ale przecież Jaruzelski został zarejestrowany w sieci
agenturalnej już w 1946 roku…
– Nie twierdzę, że był dwa razy
zwerbowany. Uważam, że jest to informacja, którą wywiad wojskowy NRD uzyskał
albo z podsłuchu, albo też człowiek, który mu ją przekazał, nie miał kompletnej
wiedzy z powodu braku dostępu do teczki „Wolskiego”. Wbrew temu, co sugerowały
media, stawiam tezę, że Jaruzelski rzeczywiście został zwerbowany w 1946 roku.
Czy był jego drugi werbunek przez Kiszczaka w 1952 roku? Nie możemy tego
wykluczyć, ale uważam to za mało prawdopodobne. Natomiast jest niemal pewne, że
w końcu 1952 roku doszło do interwencji Kiszczaka na rzecz Jaruzelskiego, o czym
mówi znaleziony przeze mnie dokument, bo wszystkie okoliczności idealnie się
zgadzają.

Mówi Pan o próbie zwolnienia Jaruzelskiego z armii z powodu jego
„burżuazyjnego pochodzenia” przez ówczesnego szefa Głównego Zarządu Politycznego
Wojska Polskiego, gen. Kazimierza Witaszewskiego. Dlaczego Kiszczak z takim
zaangażowaniem bronił wtedy Jaruzelskiego, przedkładając odpowiednie dowody na
„nadzwyczaj pozytywną postawę i nastawienie tow. Jaruzelskiego do państwa i
armii”?

– To bardzo dobre pytanie. Widzę tu dwa rozwiązania.
Pierwsze, Kiszczak wiedział, że Jaruzelski jest świetnym agentem, bo znał go
osobiście albo przynajmniej z akt tzw. sprawy zamojsko-lubelskiej, i żal mu się
zrobiło dobrego agenta i donosiciela. To oczywiście zakłada, że Kiszczak nie
jest koniunkturalistą i lituje się nad konfidentem, kiedy widzi, w jak głupi
sposób jakiś generał chce go zwolnić tylko z powodu jego pochodzenia
społecznego. Oczywiście, taka teoria jest możliwa, ale czy rzeczywiście tak
było, nie wiemy. Drugie rozwiązanie zakłada, że obaj panowie naprawdę poznali
się już wcześniej, co więcej – darzyli się przyjaźnią, wbrew temu, co sami
dzisiaj twierdzą, że ich znajomość datuje się na koniec lat 60. lub początek
70., co uważam za kompletną bzdurę.

Wspomniał Pan o sprawie zamojsko-lubelskiej. Jaki związek miał
Jaruzelski z aresztowaniem w 1948 roku członków Zrzeszenia „Wolność i
Niezawisłość”?
– Niestety, brakuje nam dokumentów, które by
jednoznacznie na to wskazywały, możemy więc jedynie spekulować. Coraz bardziej
utwierdzam się jednak w przekonaniu, że Jaruzelski miał ścisły związek z tą
sprawą. Wszystkie cztery dokumenty (trzy polskie i jeden niemiecki), które w tej
chwili posiadamy o Jaruzelskim i jego współpracy z Informacją Wojskową, są dość
lakoniczne, tak naprawdę zawierają jedynie ułamkową wiedzę na ten temat. Nie
wiemy, czym na pewno zajmował się Jaruzelski. Mógł się zasłużyć w każdy inny
sposób. Jednak stosunkowo krótko przed wybuchem sprawy zamojsko-lubelskiej
Jaruzelski był jeszcze w 3. Dywizji Piechoty, w samym centrum późniejszych
masowych aresztowań oficerów oskarżonych przez GZI o przynależność do WiN. A
trzeba wiedzieć, że tego rodzaju operacje zwykle poprzedzane są w pragmatyce
służb długotrwałą pracą operacyjną. Wiemy też, że przełożony Kiszczaka,
pułkownik Ignacy Krzemień z Głównego Zarządu Informacji interesował się bardzo
tą sprawą. Śmiało możemy więc zakładać, że Kiszczak był w nią wmieszany, tym
bardziej że już na początku lat 90. został opublikowany w jednej z gazet
codziennych interesujący dokument z 1948 roku, który jednoznacznie to sugeruje.
Smutne tylko, że wedle mojej wiedzy, nie mamy dziś, niestety, jego oryginału w
zasobie IPN.

Wróćmy jednak do dokumentu odnalezionego przez Pana, w którym
wyraźnie jest napisane, że „w roku 1952 tow. Jaruzelski został pozyskany przez
kpt. Kiszczaka jako 'nieoficjalny współpracownik’ przez niego zaprzysiężony i
wykorzystany do wykonania zadań kontrwywiadowczych”. To jedyny znany dokument,
który mówi o werbunku Jaruzelskiego przez Kiszczaka?
– Tak. Mamy w
tej chwili trzy wspomniane dokumenty polskie, które są znane od 2005 i 2006
roku, i które wyraźnie mówią, że Jaruzelski został zwerbowany na początku roku
1946. Przy czym dwie z owych trzech wzmianek źródłowych są zapisami
ewidencyjnymi, z natury bardzo lakonicznymi. Wszystkie trzy podają niezmiennie
pseudonim operacyjny Jaruzelskiego – „Wolski”. Te informacje nie budzą dziś więc
żadnej wątpliwości. Natomiast do tej pory nie znaliśmy istoty tej współpracy.
Dokument niemiecki, równie lakoniczny, także nie mówi, na czym polegała ta
aktywność, ale podkreśla – jak jedno ze źródeł polskich – że Jaruzelski był
bardzo cennym tajnym współpracownikiem. Chodzi tu o dokument z maja 1949 roku,
który zawiera informację, że jest dobrym, wypróbowanym konfidentem, który nadaje
się na rezydenta, a odkryte z kolei przeze mnie źródło niemieckie podaje, że
jego współpraca została bardzo wysoko oceniona. To jest pewna istotna zbieżność.
Mogę tylko dodać od siebie, że nie wiemy, kiedy ta współpraca uległa
zakończeniu. Przypuszczam, że stało się to prawdopodobnie w listopadzie roku
1955. Nie dlatego, że Jaruzelski nie chciał już dalej informować czy się obraził
na Informację Wojskową, lecz dlatego, że został wtedy awansowany na bardzo
wysokie stanowisko – szefa Zarządu Akademii Wojskowych, Szkół i Kursów
Oficerskich w Głównym Zarządzie Wyszkolenia Bojowego, co wymagało – po raz
pierwszy w jego karierze – specjalnego, dodatkowego zatwierdzenia przez KC PZPR.
Innymi słowy (w żargonie partyjnym), wszedł wówczas w skład tzw. nomenklatury
KC. Ta okoliczność stała się, jak sądzę, formalną przeszkodą do dalszego
prowadzenia go jako konfidenta przez Informację Wojskową. W konsekwencji teczki
„Wolskiego” zostały zamknięte i wylądowały w ściśle tajnym archiwum, obok
tysięcy podobnych wypełnionych po brzegi donosami równie gorliwych, co
Jaruzelski, konfidentów wojskowej bezpieki.

Co sprawiło, że Jaruzelski był w 1952 roku tak pożądanym i cennym
współpracownikiem Informacji Wojskowej?
– Do końca tego nie wiemy,
bo nie mamy teczek „Wolskiego”. Mało tego, nie mamy również zdecydowanej
większości teczek Informacji Wojskowej, co może być szokującą informacją,
zważywszy, że np. akta UB z tego samego okresu są praktycznie w całości
zachowane. W 1989 r. funkcjonariusze SB na masową skalę niszczyli głównie akta
bieżące z lat 80., starszymi nie zawracali już sobie głowy, dzięki czemu się
zachowały. Natomiast w przypadku wojska niszczono dosłownie wszystko, przy czym
najstarsze akta Informacji Wojskowej spalono nawet w większym stopniu (84 proc.)
niż bardziej istotne, jak wydawałoby się z operacyjnego punktu widzenia, akta
Wojskowej Służby Wewnętrznej (77 proc.). To jest fakt publicznie zupełnie
nieznany.

Dlaczego właśnie te akta komuniści szczególnie
niszczyli?

– Bo zdawali sobie sprawę, że Informacja Wojskowa była
najbardziej zbrodniczą służbą i w prawie każdej teczce znajdowały się dowody
potwierdzające ten fakt. Oprócz tego Kiszczak i wielu innych generałów, którzy
wywodzili się ze służb wojskowych, po prostu czyścili w ten sposób swoje
życiorysy. Wiedzieli, że w tych teczkach są rzeczy, z których kiedyś pewnie byli
dumni, ale które w nowej epoce mogły być dla nich bardzo obciążające, a ściśle
rzecz biorąc – mogły doprowadzić ich wprost przed oblicze niezawisłego sądu.
Takie jest prawdopodobnie wyjaśnienie fenomenu, że akta Informacji Wojskowej,
które w tamtym okresie nie powinny teoretycznie już nikogo interesować jako
operacyjnie bez znaczenia, bo dotyczyły przecież ludzi, którzy w 1989 roku w
większości nie żyli lub byli na emeryturze, zostały tak dokładnie zniszczone.
Przez to dziś nie możemy ustalić, czym tak naprawdę zajmowali się tajny
informator „Wolski” i gen. Kiszczak. Oczywiście, co jakiś czas jakieś pojedyncze
dokumenty wypływają cudem, ale to wciąż za mało, by precyzyjnie wypowiadać się w
tej kwestii.

Uważa Pan, że Kiszczak przyłożył rękę do niszczenia teczek
Jaruzelskiego?
– Chociaż jest to spekulacja, jestem przekonany, że
jeżeli te teczki nie zostały zniszczone w 1989 roku, bo co do tego nie można
mieć pewności, tylko już wcześniej zaginęły, to na pewno zrobił to Kiszczak.
Myślę, że m.in. właśnie po to został odsunięty od władzy generał Teodor Kufel,
szef WSW w latach 1964-1979. To oczywiste, że musiał się interesować
przeszłością Jaruzelskiego, na pewno nie było dla niego cenniejszej teczki. Nie
sądzę, żeby zniszczył ją Kufel, raczej właśnie Kiszczak. Przecież gdyby
generałom nie zależało na zachowaniu w tajemnicy istnienia „Wolskiego”, to
teczka Jaruzelskiego znajdowałaby się w archiwum WSW, które było tajne i dostępu
do niego nie miał nikt poza szefem archiwum i archiwistami. W przypadku teczki
„Wolskiego”, analogicznie zresztą do teczki agenta gdańskiej SB „Bolka”,
dokumenty zniknęły w niejasnych okolicznościach. Po teczce „Wolskiego” pozostały
dziś tylko wielce znaczące dopiski w inwentarzu archiwalnym GZI: „materiały u
kierownictwa” z lat 60. i jeszcze późniejszy: „materiały u Szefa Służby [czyli
WSW]”. Najwyraźniej szefujący w latach 1979-1981 WSW Kiszczak nigdy nie zwrócił
już jej do magazynu archiwalnego, czyli do naturalnego miejsca, gdzie powinna
być ona przechowywana.

Z dokumentu kontrwywiadu enerdowskiej bezpieki wynika, że Kiszczak
zaopatrywał rodzinę Jaruzelskiego w zagraniczne towary, że istniała zażyłość
między żonami obydwu generałów. Związki między nimi musiały być wyjątkowo
silne…

– Tak, ale to już jest historia z lat 70., gdy Kiszczak był
szefem wywiadu wojskowego. Natomiast jeżeli chodzi o lata 60., obaj pracowali
wtedy jeszcze w innych pionach, ale ewidentnie musieli się znać. Czytając ich
sprzeczne enuncjacje z zeszłego tygodnia, coraz bardziej utwierdzam się w
przekonaniu, że ich osobista znajomość istotnie sięga owego 1952 roku. Niech pan
zauważy, że po opublikowaniu przeze mnie dokumentu niemieckiego Jaruzelski i
Kiszczak w pierwszym momencie stwierdzili, że jest to kompletna bzdura i
prowokacja, bo się rzekomo w ogóle nie znali w 1952 roku. Jaruzelski dowodził,
że nie mogli się fizycznie spotkać, bo Kiszczak był w organach Informacji
marynarki wojennej. Jeszcze tego samego wieczoru zmienił swą wersję zeznania,
mówiąc, że był on wówczas jednak pod Ełkiem w lesie. Widać wyraźnie, że sami nie
wiedzieli, co mają mówić. Moim zdaniem, fakt, że z ust Jaruzelskiego padły w
ogóle informacje o pobycie Kiszczaka w kontrwywiadzie marynarki wojennej i 18.
Dywizji Piechoty, której sztab stacjonował wówczas w Ełku, świadczy o tym, że
musieli się wtedy dobrze znać. Kiszczak rzeczywiście był w Ełku w latach
1951-1952, ale wiadomo dokładnie, że w listopadzie 1952 roku wrócił do Warszawy.
Był też istotnie w jednostce kontrwywiadu marynarki wojennej, ale już w ramach
WSW – od 1959 do 1965 roku. Nie trzeba być wcale psychologiem, by zauważyć, że
jeśli Jaruzelski dziś jeszcze doskonale pamięta różne faktyczne etapy kariery
Kiszczaka, począwszy od 1952 roku, na stosunkowo przecież niewysokich
stanowiskach w GZI/WSW, to świadczy to tylko o tym, że musiał go po prostu już
wtedy poznać osobiście i utrzymywać z nim stale kontakt. Gdyby bowiem
rzeczywiście go poznał dopiero na początku lat 70., z pewnością nie wiedziałby
dziś tak dokładnie, co Kiszczak robił wcześniej.

Można powiedzieć, że odkryty przez Pana dokument w jakimś stopniu
wyjaśnia tajemnicę niezwykłej kariery Jaruzelskiego w PRL mimo jego
ziemiańskiego pochodzenia?

– To jest skomplikowane. Uważam, że
łatwiej można wyjaśnić karierę Kiszczaka. Proszę zwrócić uwagę, że w 1952 r.
Kiszczak był tylko kapitanem, a Jaruzelski już podpułkownikiem, a przecież także
później to Jaruzelski był głową tego duetu. Tylko tak się złożyło, że w tych
ponurych czasach stalinowskich nawet podpułkownik był werbowany przez zwykłego
kapitana i zależał od niego i od Informacji Wojskowej. Zasadniczo to jednak
Jaruzelski był lepiej wykształcony, inteligentniejszy i bardziej strategicznie
myślący i to on ewentualnie później ciągnął Kiszczaka w górę. Niektórzy próbują
karierę Jaruzelskiego w latach 40. i 50. tłumaczyć tym, że był on wówczas
agentem „Wolskim”, jak to jest przedstawione np. w (skądinąd świetnym) filmie
„Towarzysz Generał”. Do końca jednak mnie to nie przekonuje, ponieważ Jaruzelski
miał przede wszystkim znakomite układy z Sowietami. Już w 1943 roku był w szkole
oficerskiej w Riazaniu, został przeszkolony przez Rosjan, a od 1945 roku robił
błyskotliwą karierę. Niewątpliwie jego współpraca z Informacją Wojskową jest
bardzo ważna, ale gdyby nawet z nią nie współpracował, to, moim zdaniem, także
piąłby się w górę, tylko może nie aż tak szybko. Odkryty przeze mnie dokument
wskazuje na ważną rzecz, że ta kariera mogła zostać przerwana z powodów w
istocie absurdalnych, czyli pochodzenia Jaruzelskiego. A przecież każdy wokół
widział, że jest jak mało kto oddany komunizmowi i Sowietom. Jego kariera na
pewno była związana z jakimiś układami z Rosjanami, o których nie wszystko dziś
wiemy. Praktycznie na wszystkich stanowiskach wojskowych przełożonymi
Jaruzelskiego po 1945 roku byli skierowani do LWP oficerowie sowieccy, to oni
byli jego mentorami i pisali mu wnioski awansowe. Warto jednak przypomnieć, że
także Informacja Wojskowa w pewnym okresie była, zwłaszcza w warstwie
przywódczej, strukturą niemal czysto rosyjską.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj