Najważniejsze jest bezpieczeństwo pracowników
Z Bożeną Borys-Szopą, głównym inspektorem pracy rozmawia Krzysztof Losz
Pani Minister, czy z perspektywy ostatnich kilku lat można powiedzieć, że sytuacja pracowników na rynku pracy się poprawia?
– To jest za daleko idący wniosek. Zmienia się skala naruszeń i zmienia się rodzaj naruszeń. Można by rzeczywiście powiedzieć, że w zakresie tej sfery, która była do niedawna trudna do zaakceptowania, czyli niewypłacanie pracownikom wynagrodzeń przez wiele miesięcy, jest lepiej. Dzisiaj to też się zdarza, ale takich przypadków jest mniej niż kiedyś, gdy setki nawet dużych firm w ten sposób postępowały, kredytując swoją działalność z pieniędzy pracowników. Jakie są powody poprawy tej sytuacji? Przyczyn jest wiele, ale myślę, że swoje zrobiły tu również działania inspekcji pracy. Kilka lat temu uzyskaliśmy możliwość wydawania nakazów wypłaty z rygorem natychmiastowej wykonalności, w przypadku stwierdzenia niewypłacenia bezspornych świadczeń pracowniczych.
W tej sytuacji pracownik nie musi już chodzić do sądu…
– W przypadkach bezspornych już n ie trzeba. Natomiast są sytuacje, gdy pracodawca nie uznaje roszczenia pracowniczego, np. z tytułu kosztów delegacji, wówczas inspekcja pomaga wystąpić pracownikowi do sądu z roszczeniem o zaległe pieniądze. Problemem jest jeszcze realizacja wyroków sądowych w takich przypadkach. Od 1 lipca br. jest to już przestępstwo przeciwko prawom pracowniczym, zagrożone określoną sankcją karną, i myślę, że za jakiś czas też będziemy mogli powiedzieć, że ten proceder zanika lub uległ całkowitej likwidacji.
Oprócz zalegania z wypłatą wynagrodzeń, jakie są jeszcze inne najczęstsze przypadki łamania praw pracowniczych?
– W ostatnich kilku latach nasiliło się zjawisko fałszowania ewidencji czasu pracy. Są przedsiębiorstwa, które się w tym specjalizują. Myślę, że jedną z przyczyn tego zjawiska jest fakt, że coraz mniej jest pracowników, którzy przychodzą do pracy za tzw. niewielkie wynagrodzenie. Tacy ludzie, którzy wcześniej pracowali czy to w budownictwie, górnictwie, czy handlu wyjechali za granicę. To jest zresztą problem dotyczący wszystkich branż, wiemy, że pielęgniarki i lekarze też wyjeżdżają. A skoro brakuje pracowników, nadmiernymi obowiązkami obarcza się tych, którzy pozostali, tylko nie płaci im się dodatkowo, np. za nadgodziny.
Inspektorzy pracy wyspecjalizowali się w kontrolowaniu czasu pracy, mimo że działania pracodawców w niektórych przypadkach są tak perfekcyjne, że musimy działać jak śledczy. Nie opieramy się tylko i wyłącznie na tym, co nam pracodawca pokazuje. Wiemy, że są firmy, które prowadzą podwójną ewidencję czasu pracy: jedną oficjalną – na użytek inspekcji pracy, i drugą – tę rzeczywistą.
Jak sobie z tym radzą inspektorzy pracy?
– Przeprowadzamy kontrole w różnych porach dnia, także nocą, kilkakrotnie w tym samym zakładzie. Kontrolujemy rolki kasowe, sprawdzamy logowania i wylogowania w systemach komputerowych w firmie. Zdarza się, że pracownik podpisuje listę przy wejściu u służb, które chronią obiekt, a potem podpisuje listę u pracodawcy. Staramy się nadążyć za „postępem”, aby w sposób rzeczywisty i realny ocenić, jak wygląda przestrzeganie norm czasu pracy.
Nowa ustawa o Państwowej Inspekcji Pracy, obowiązująca od 1 lipca br., wniosła ważny zapis – przesłuchiwany przez inspektora pracy na okoliczność kontroli pracownik uzyskał pewność ochrony jego danych osobowych, gdy inspektor pracy wyda postanowienie w tej sprawie. W dużych przedsiębiorstwach z reguły sprawdzamy dane dotyczące wybranej grupy pracowników, wszystkich nie da się sprawdzić. Choć dochodzi też do kontroli kompleksowych. Tak jak po wypadku w kopalni „Halemba”, gdzie sprawdzaliśmy warunki zatrudnienia nie tylko pracowników, którzy ulegli wypadkowi, ale także wszystkich pracowników spółki, która wykonywała usługi na rzecz kopalni.
Zgadza się Pani Minister z tezą, że te problemy związane z ewidencją czasu pracy będą coraz częstsze, właśnie z uwagi na rosnący deficyt pracowników?
– Chciałabym zwrócić uwagę, że normy czasu pracy są nie po to, aby utrudniać prowadzenie działalności gospodarczej, lecz po to, by chronić pracownika. Wielce nagannym jest zwłaszcza łamanie przepisów o czasie pracy w warunkach szkodliwych i uciążliwych. A przy tym często chodzi nie tylko o bezpieczeństwo jednego pracownika, ale też o jego zdrowie i życie osób współpracujących z nim. W przypadku kierowców chodzi też o bezpieczeństwo innych użytkowników dróg. Świadomość, że kierowca jeździ osiem godzin u pracodawcy, a następne osiem godzin jako podmiot samozatrudniony, musi dotrzeć nie tylko do świadomości społeczeństwa, nie tylko do kierowców, ale przede wszystkim do pracodawców, którzy wiedząc o tym, zatrudniają takiego kierowcę.
W takiej sytuacji są jednak nie tylko kierowcy…
– Oczywiście. Jeśli prawodawca wprowadził ograniczenie czasu pracy ze względu na występowanie niebezpiecznych czynników w środowisku pracy, np. w pracowniach RTG, to jest rzeczą oczywistą, że pracownik może wykonywać prześwietlenia przez określoną liczbę godzin. Jeśli po południu pracuje dodatkowo, w innej pracowni, to tak naprawdę działa wbrew sobie, narażając się na promieniowanie. Bardzo istotne jest trafienie do świadomości pracowników, ale przede wszystkim uzmysłowienie tego pracodawcom. Może się bowiem okazać, że pracownik, który przebywa w nadmiernym zapyleniu, w nadmiernym hałasie lub w środowisku, gdzie występują inne czynniki szkodliwe dla zdrowia, pracuje w ponadnormatywnym, czyli dłuższym niż dopuszczalny czas pracy, już po krótkim okresie zatrudnienia zostanie rencistą…
Straty są tym większe, bo firma straci pracownika…
– …pracownik zaś przeżywa dramat. A zdarza się, że z takich właśnie powodów od pracy odsuwany jest młody człowiek. To strata również dla jego pracodawcy, ale też dla całego społeczeństwa, bo przecież na rentę tego człowieka będziemy się składać wszyscy.
Czy zgodzi się Pani z tezą, że ze względu na spadek bezrobocia, emigrację zarobkową, kłopoty ze znalezieniem nowych pracowników, wielu pracodawców, którzy do tej pory lekceważyli pracowników, zaczyna ich doceniać i przestrzegać prawa pracy?
– Z pewnością świadomość prawa, zarówno wśród pracowników, jak i pracodawców jest dzisiaj wyższa, także rynek trochę reguluje tę sytuację. Nawet dobre firmy, które nie są u nas notowane, mówiąc w cudzysłowie, na „czarnej liście”, które nie miały kłopotów ani z inspekcją, ani z sądami, poszukują pracowników, oferując coraz atrakcyjniejsze warunki pracy. Niestety, na zachód wyjechało wielu dobrych specjalistów, i to z pewnością powoduje zmiany w warunkach zatrudnienia pracowników w Polsce. Choć na razie nawet emigracja nie spowodowała, aby np. w budownictwie poprawiły się warunki pod kątem bezpieczeństwa i higieny pracy, choć zapewne wzrosło tu wynagrodzenie. Jak pokazały ubiegłoroczne statystyki, pod względem liczby wypadków jest tu dramatycznie. Intensyfikujemy zatem nasze działania prewencyjne i edukacyjno-promocyjne, mające na celu likwidację zagrożeń i zwiększenie bezpieczeństwa pracy na budowie. Dzięki nowej ustawie o PIP możemy kontrolować także te miejsca, gdzie pracę wykonują tzw. podmioty samozatrudnione, a to z pewnością przyczyni się do poprawy warunków pracy tej grupy zatrudnionych.
Te negatywne zjawiska, o których mówi Pani Minister, nie występują jednak od roku czy dwóch, ale są znane od bardzo dawna. Jak wynika z waszych sprawozdań, udaje się je ograniczać…
– Tak, podam jeden przykład. Pod koniec lat 90., z mojej inicjatywy, Rada Ochrony Pracy podjęła uchwałę o konieczności przeprowadzenia kompleksowych kontroli w super- i hipermarketach. Dzisiaj możemy stwierdzić, że obecne warunki pracy w tych placówkach handlowych są nieporównywalnie lepsze od tych, jakie panowały tam wcześniej. Ze statystyk wynika, że w marketach, w których byliśmy wcześniej, jest zdecydowanie mniej naruszeń prawa pracy. Nie twierdzę, że jest już dobrze, bo nadal daleko nam do doskonałości, choćby w zakresie przestrzegania norm czasu pracy. Ale poprawiła się sytuacja osób zatrudnionych choćby na zapleczu. Pojawiają się coraz częściej wózki, które pomagają w rozładunku, pracownicy są wreszcie odpowiednio szkoleni.
Nie brakuje głosów, że ogromnym wyzwaniem dla Polski, ale także i dla inspekcji pracy, będą inwestycje związane z mistrzostwami Euro 2012. Napięte terminy, brak fachowców może także rodzić pokusę wykorzystywania pracowników i zmuszania ich do pracy ponad siły, w trudnych warunkach…
– Postaramy się temu przeciwdziałać. Będziemy chcieli dotrzeć ze społeczną kampanią odnoszącą się do zagrożeń związanych z pracą w budownictwie do przedsiębiorstw, a także władz miast, które będą gościć zawodników lub kibiców podczas mistrzostw i gdzie z tego powodu planowane są duże inwestycje. Te miasta zamienią się w wielkie place budów. Oznacza to rozwój i boom budowlany, ale też możliwość naruszeń przepisów bezpieczeństwa i zagrożenie wypadkami. Będziemy prowadzić takie działania, aby z jednej strony nie utrudniać pracy, z drugiej zaś – dotrzeć z prewencją do pracodawców, którzy powinni w sposób bezpieczny przygotować i prowadzić roboty.
Poruszyliśmy już trochę sprawę bezpieczeństwa i higieny pracy. Mam jednak wrażenie, że choć, jak wynika z Pani słów, PIP przywiązuje do tej sprawy dużą wagę, to w świadomości społecznej, w mediach ta problematyka jest mało obecna. Czy dzięki działaniom inspekcji i innych służb praca w Polsce jest już bezpieczna, a przynajmniej bardziej bezpieczna niż wcześniej?
– Niestety, ciągle jest wiele do zrobienia. I dlatego żałuję, że tak mało się o tych sprawach pisze i mówi. Zapewne wynika to z faktu, iż kwestie zaległości w wypłatach wynagrodzeń, przekraczania norm czasu pracy czy mobbingu są bardziej nagłaśniane. Natomiast starania o poprawę BHP to żmudna praca, często rozłożona w czasie. To, że w ubiegłym roku inspektorzy pracy swoimi decyzjami zmienili warunki pracy dla ponad 60 tys. zatrudnionych, to że dokonujemy wstrzymania niebezpiecznych prac, przesuwamy pracownika na inne miejsce, mniej niebezpieczne dla niego, nie jest być może medialne. Nie da się przecież udowodnić, że przez takie działania ktoś na pewno nie zginął, nie został ranny. Ale wiemy też, do jakich tragedii prowadzi nierealizowanie naszych zaleceń. Zdarza się, że inspektor wstrzymuje prace na maszynie, bo nie ma ona osłon. Po dwóch, trzech dniach dochodzi tam do wypadku właśnie z powodu braku osłony, bo pracodawca i tak dopuścił pracownika do jej obsługi.
Czasami z powodu łamania zasad BHP zdarzają się przecież tragedie, wypadki dotykające nie jednego człowieka, ale wielu pracowników…
– Tak, podam tylko ten najgłośniejszy w ostatnim czasie przypadek katastrofy w kopalni „Halemba”, gdzie zginęły 23 osoby. Rada Ochrony Pracy, zaniepokojona sygnałami płynącymi ze spółek okołogórniczych, czyli takich, jaka pracowała w „Halembie”, zleciła Państwowej Inspekcji Pracy – dużo wcześniej niż doszło do tej tragedii – przeprowadzenie pilotażowych kontroli w tych spółkach. Pamiętam to doskonale, bo zasiadałam wtedy w tej radzie. Z raportu, jaki dostaliśmy z inspekcji, wynikało, że skala zaniedbań jest ogromna i może to doprowadzić do wypadków przy pracy. Rok przed katastrofą rada wypracowała stanowisko, w którym pokazaliśmy, na jakie nieprawidłowości muszą zwrócić uwagę sami przedsiębiorcy i odpowiednie ministerstwa. Według Wyższego Urzędu Górniczego, chodzi o bezpieczeństwo nie tylko pojedynczych pracowników, ale całej grupy osób pracujących w danym wyrobisku. I o tym stanowisku nikt nie mówił, nie interesował się nim. Nie mówiły media, choć była temu poświęcona konferencja prasowa.
Trochę tych informacji było, ale to prawda, że głównie w prasie śląskiej. Jednak można było też wtedy przeczytać uspokajające wypowiedzi pracodawców, że inspekcja pracy przeszkadza, panikuje…
– No właśnie, i trzeba było, aby nastąpiła wielka katastrofa w kopalni, żeby kontrole naszych służb i urzędu górniczego potwierdziły to, o czym akurat od roku wiedzieliśmy. O tym, że pracownicy w spółkach nie są szkoleni; o tym, że osoba, mająca być prowadzącą dla tych nowych pracowników, pracowała w innej kopalni; o tym, że 21-, 22-letni chłopcy nie mieli pojęcia, na czym polega praca w kopalni, bo byli lakiernikami samochodowymi, nie skończyli szkoły górniczej, nie mieli praktyki pod ziemią. Wskazywaliśmy w tym stanowisku, że wiek górnika odgrywa ważną rolę. A przecież w „Halembie” zginęli albo bardzo młodzi ludzie, albo emerytowani górnicy.
Czy istnieją inne niebezpieczne zjawiska, niekoniecznie w górnictwie, które też grożą ludzkimi tragediami, a z których nie zdajemy sobie sprawy?
– Tak. Chciałabym podkreślić, że nie jesteśmy przeciwnikami swobody w prowadzeniu działalności gospodarczej, ale nie możemy się godzić na patologie. Podam pierwszy z brzegu przykład: stacje autogazu. Wiele z tych obiektów nie powinno działać, bo nie mają zgody Urzędu Regulacji Energetyki, a tylko zezwolenie na prowadzenie działalności gospodarczej. Są stacje, które stoją pod parasolami z reklamami piwa. Ale kontrola takich miejsc była trudna, bo nie podlegały one PIP, gdyż nie zatrudniały pracowników. Nie kontrolował ich też URE, bo formalnie nie istniały. A Urzędowi Dozoru Technicznego podlegały tylko zbiorniki ciśnieniowe. Na szczęście nasza współpraca z UDT jest na tyle dobra, że staramy się reagować w razie zagrożeń. Jednak o wielu rzeczach nie wiemy. Mamy tylko 1400 inspektorów i nie możemy być wszędzie. Ale od dawna podnosimy na posiedzeniach Rady Ochrony Pracy, komisji sejmowych problem tej luki prawnej. Mam nadzieję, że coś w tej sprawie drgnie, zanim dojdzie do tragedii.
Uwaga społeczna w sprawach bezpieczeństwa i higieny pracy koncentruje się głównie na przemyśle czy transporcie. Ale przecież nie mniej zagrożeń jest także w rolnictwie. Inspekcja zresztą dostrzega i ten problem…
– Mówimy o dwóch rodzajach rolnictwa. Są zakłady rolnicze, które zatrudniają pracowników. Te podlegają naszej kontroli. Z drugiej strony, mamy setki tysięcy gospodarstw indywidualnych, gdzie pracuje najbliższa rodzina, a nawet dzieci. My takich gospodarstw nie możemy kontrolować, nie jesteśmy do tego uprawnieni. Nie oznacza to jednak, że nic nie robimy. Inspektorzy pracy przeprowadzają wizytacje, zwracając uwagę na stan techniczny używanych maszyn, szkolą, doradzają. 29 czerwca rozpoczęliśmy ogólnopolską kampanię na rzecz bezpieczeństwa pracy w rolnictwie, szczególnie bezpieczeństwa dzieci. Wiele z nich co roku, zwłaszcza w okresie żniw, ulega wypadkom, także śmiertelnym. Od trzech lat nie prowadzi się statystyk wypadków z udziałem dzieci w rolnictwie, bo obowiązuje zakaz pracy dzieci w warunkach niebezpiecznych, ale te dzieci, niestety, dalej pracują. Nieszczęść jest wiele. Słyszymy o tym, że rodzic przejechał traktorem dziecko albo że spadło ono z przyczepy. To są dramaty na całe życie, bo nawet jak dziecko przeżyje taki wypadek, to jest kaleką do końca życia. Nie dochodziłoby do tego, gdyby dorośli poświęcali im więcej uwagi.
Jest to o tyle ważne, że przecież dzieci same często garną się do pracy, chcą pomagać rodzicom…
– Ależ tak jest na całym świecie, dzieci pomagają rodzicom i w USA, i w krajach Europy Zachodniej. Z tym że tam, gdzie rolnictwo jest bardziej rozwinięte, na wyższym poziomie technicznym, tych wypadków jest mniej.
Dzieci mogą pracować, ale w miarę swoich możliwości i sił oraz pod opieką dorosłych. Jest przecież wykaz prac, których absolutnie nie powinno się powierzać dzieciom. Pamiętajmy, że dziecko nie jest odporne na stres i nie wiadomo, jak się zachowa, gdy nagle ruszy ciągnik albo pojawi się jakieś inne zagrożenie. Powodem wielu wypadków jest brak wyobraźni dorosłych. Bo jak inaczej nazwać fakt, że na stercie siana, na przyczepie kilka metrów nad ziemią sadza się dzieci. Nawet dla dorosłego jest to niebezpieczne.
Pani Minister, sporo mówi się o problemach, jakie w pracy mają kobiety w ciąży lub matki małych dzieci. Czy ten problem też jest przez was dostrzegany?
– Takie osoby są objęte szczególną ochroną prawną. Jest to zawarte zarówno w kodeksie pracy, jak i przepisach okołokodeksowych. I myślę, że pod tym względem przepisy w Polsce są na dobrym poziomie, choć zdarza się czasami, że pracodawcy mają wątpliwości, jak niektóre z nich stosować. Jednak istnieje oczywiście problem – część firm niechętnie chce zatrudniać młode kobiety, które niedawno wyszły za mąż, bo liczy się z tym, że wkrótce mogą zajść w ciążę i wtedy nie będzie ich w pracy. Ale to już nie wynika z prawa, lecz z poziomu relacji międzyludzkich.
To samo można zresztą powiedzieć o mobbingu. Inspekcja pracy ma ograniczone możliwości, aby pomóc pracownikom. Takie sprawy rozstrzyga sąd, który musi wysłuchać wszystkich stron, ocenić dowody i skutki mobbingu. Takie zjawisko zawsze istniało, ja też pamiętam podobne zachowania, gdy zaczynałam pracę zawodową, ale wtedy mówiło się po prostu, że ma się w pracy do czynienia z chamstwem.
Pani Minister, 1 lipca zmieniły się niektóre przepisy dotyczące prawa pracy. O niektórych podczas tej rozmowy już wspominaliśmy. Inna poważna zmiana to przejęcie przez PIP policji pracy. Zabiegała Pani o taką zmianę, czy też stało się to poza wiedzą inspekcji?
– Była to ustawa prezydencka i od początku zapisano w niej, że urzędy kontroli legalności zatrudnienia przejdą w gestię inspekcji pracy. Ci pracownicy już do nas przeszli. Najpierw musimy ich gruntownie przeszkolić, muszą skończyć naszą szkołę inspekcyjną, gdzie poznają dokładnie prawo pracy, budowlane, energetyczne, ochrony zdrowia i wiele innych przepisów. Muszą odbyć praktyki pod okiem doświadczonego inspektora, a na koniec zdać egzamin państwowy. U nas nie ma podziału na specjalności. Gdy inspektor przychodzi do zakładu, musi wiedzieć i umieć wszystko: skontrolować czas pracy, ocenić warunki bezpieczeństwa. Nie może bowiem dojść do takiej sytuacji, że inspektor jest w przedsiębiorstwie i tylko kontroluje legalność zatrudniania pracowników, a lekceważy sprawy bezpieczeństwa pracy i potem dochodzi tam do wypadku. Nowych pracowników na pewno otoczymy opieką, będziemy im pomagać, aby odnaleźli się w nowym środowisku i podołali swoim obowiązkom.
Czy kontrola legalności zatrudnienia stała się zarazem od lipca nowym zadaniem dla PIP?
– Ustawa z 13 kwietnia br. o Państwowej Inspekcji Pracy nałożyła na nas wiele dodatkowych obowiązków związanych z legalnością zatrudnienia, jednak nie wszystkie zagadnienia z tym związane są dla nas nowe. Już wcześniej nasi inspektorzy sprawdzali, czy z pracownikami zawarte są umowy i jaka jest ich treść. Tylko w ubiegłym roku spowodowaliśmy, że pracodawcy zawarli z pracownikami 13 tys. umów o pracę, a w przypadku 45 tys. skorygowali ich treść. To porównywalne z tym, co osiągała policja pracy.
Korzyść z takich kontroli jest i taka, że wiele firm, gdy dowiaduje się o działaniach inspektorów u sąsiadów lub znajomych, z własnej woli podpisuje umowy z pracownikami…
– I o to nam właśnie chodzi. Zadaniem inspekcji nie jest karanie, wystawianie mandatów, ale troska, by stan przestrzegania przepisów prawa pracy był odpowiedni. Dla nas byłoby satysfakcjonujące, gdyby pracodawca sam na podstawie naszych list kontrolnych, które zamieszczamy na stronie internetowej, przeprowadzał u siebie kontrolę i sam poprawiał to, co źle funkcjonuje. Chciałabym móc kiedyś powiedzieć w Sejmie, że stan przestrzegania prawa pracy jest w Polsce zadowalający, że zlikwidowaliśmy patologie, że występują pojedyncze przypadki łamania prawa i że wreszcie możemy zająć się tylko prewencją.
A jest to możliwe?
– Niestety, nie. Nawet w krajach od nas bardziej rozwiniętych nie jest idealnie. Byłam ostatnio na spotkaniu unijnych wyższych inspektorów pracy i wszędzie problem bezpieczeństwa pracy jest bardzo poważnie traktowany. Próbuje się przeciwdziałać wypadkom przy pracy, których koszty ekonomiczne i społeczne są rzeczywiście ogromne. Ja wiem, że przy okazji ludzkiego nieszczęścia, tragedii niezręcznie jest mówić o kosztach, ale w całej Europie szacuje się je na miliardy euro. A przecież musimy pamiętać o tych częściach świata, gdzie praca w ogóle się nie liczy, gdzie nie ma żadnych regulacji i śmiertelność podczas pracy jest ogromna, także wśród dzieci, które wykorzystuje się do najcięższych zajęć.
W Polsce wiele jeszcze musimy zrobić w zakresie bezpieczeństwa pracy, a wydawać by się mogło, że po upadku wielkich, państwowych zakładów przemysłu ciężkiego powinno być z tym lepiej…
– Jedne zakłady upadły, a inne powstały. Bywa, że podczas kontroli w nowoczesnych na pozór zakładach, inspektorzy spotykają tzw. samoróbki, maszyny, które już dawno nie powinny być w użytku, odkupione od upadających przedsiębiorstw. W takich sytuacjach reagujemy natychmiast, bo przecież park maszynowy też powinien spełniać określone normy.
Wiele zakładów znajduje się w piwnicach, barakach, starych magazynach. Docieramy do tych miejsc, ale o wielu przypadkach łamania praw pracowniczych dowiadujemy się dopiero ze skarg pracowników. Niektóre firmy nie są nawet zarejestrowane.
Czy Państwowa Inspekcja Pracy ma wystarczającą kadrę, aby podołać tym wszystkim zadaniom?
– Mieliśmy dotąd 1400 naszych inspektorów, a po 1 lipca br. doszło do nas 250 pracowników tzw. policji pracy. Realizujemy wiele zadań, także takich, o których mało się mówi. Nasz obszerny plan pracy zatwierdza co roku Rada Ochrony Pracy, nadzorująca pracę inspekcji z ramienia Sejmu RP. Przeprowadzamy kontrole i szkolenia na zlecenie związków zawodowych. W naszej gestii jest też kontrola badań lekarskich, odbiór obiektów pod kątem przestrzegania zasad bezpieczeństwa pracy. Jestem pełna podziwu dla inspektorów pracy, przecież wiele kontroli, jakie prowadzą, to żmudne działania, trwające czasami wiele miesięcy. Przykładem może być kontrola sklepów sieci „Biedronka”, która trwała ponad rok, w którą zaangażowanych było 223 inspektorów. My się jednak nie skarżymy.
Nieraz można usłyszeć opinię, że wobec słabnącej roli związków zawodowych, ich zadnia musi przejmować właśnie inspekcja pracy. Zgadza się Pani z takimi poglądami?
– Tak, choć może nie zastępujemy związków zawodowych, ale wypełniamy pewną lukę w zakresie prawa i bezpieczeństwa pracy. Tam, gdzie działają związki, gdzie relacje z pracodawcą są partnerskie, my tak naprawdę nie mamy, co robić. I jeśli pracownicy występują do nas, to raczej z prośbą o opinię, czy jakieś rozwiązanie jest zgodne z prawem, czy też nie. Oczywiście, zdarzają się skargi ze strony związków zawodowych, ale ich jest niewiele wobec skarg indywidualnych z zakładów, gdzie związków nie ma. Lepiej jest też tam, gdzie działają społeczni, zakładowi inspektorzy pracy, jak to ma miejsce np. w górnictwie. Oni też nam pomagają.
Inspekcja pracy, jak każda służba publiczna, jest też narażona na korupcję. Czy dużo jest przypadków przekupywania inspektorów?
– To rzadkie przypadki, ale gdy tylko mamy sygnały na ten temat, natychmiast wszczynamy wewnętrzne postępowanie i zawiadamiamy odpowiednie służby. Dla takich zachowań nie ma w PIP miejsca i korupcję będziemy zwalczać z całą bezwzględnością. Ściśle kontroluję choćby sprawę dodatkowej działalności gospodarczej, którą wykonują inspektorzy. Jeśli będzie ona kolidować z ich pracą, to nie będę wyrażała na nią zgody. Nie do pomyślenia jest taka oto sytuacja, że inspektor przeprowadza szkolenie w jakiejś firmie z prawa pracy, a potem przeprowadza w niej kontrolę. Inspektor pracy to osoba zaufania publicznego i urząd na takie zaufanie zasługuje.
Dziękuje za rozmowę.
