Na miejscu zbrodni budowali dacze

Z Olegiem Zakirowem, badaczem zbrodni katyńskiej, autorem książki "Obcy
element", która zwyciężyła w tegorocznym konkursie Książki Historycznej Roku,
rozmawia Mariusz Bober

Jako oficer KGB w Smoleńsku zainteresował się Pan jeszcze w latach 80.
zbrodnią katyńską, dotarł Pan do świadków mordu na polskich oficerach. Dlaczego
narażał Pan życie dla tej sprawy?

– Każdy człowiek ma szansę w swoim życiu przyczynić się do pokazania prawdy. Ja
wówczas dojrzałem już do tego, by coś dla niej zrobić. Miałem takie niezwykłe
poczucie jakby wołania o prawdę z tych dołów katyńskich, do których wrzucano
ciała zamordowanych polskich oficerów. To dodawało mi sił do badania zbrodni.
Czułem niemal metafizycznie, że ci oficerowie i pomordowani tam również rosyjscy
obywatele czuwają nade mną. Pan Bóg sprawił, że akurat wtedy zacząłem pracę w
Smoleńsku… Ale nie było łatwo. Czasami podchodzili do mnie pracownicy KGB,
mówiąc: "Zostaw Katyń, ten obiekt jest pod specjalną kontrolą KC KPZS, głowę ci
urwą"!

Mimo pogróżek prowadził Pan własne śledztwo w sprawie zbrodni katyńskiej. Co
było najbardziej poruszające w odkrywanej historii?

– Bardzo zapadła mi w pamięć postawa polskich oficerów. W trakcie mojego
śledztwa dowiedziałem się od kilku świadków, że tuż przed zamordowaniem
niektórzy oficerowie, domyślając się, co ich czeka, stawiali opór. Opowiedział
mi o tym emerytowany funkcjonariusz KGB Jegor Poliakow, ale też inni świadkowie:
Piotr Klimow, Nozdriew. Poliakow w 1940 r. pracował w smoleńskim NKWD jako
mechanik. Relacjonował, że gdy jednego oficera prowadzono na rozstrzelanie,
nagle wyrwał broń konwojentowi i zabił drugiego NKWD-zistę. Potem zamknął się w
piwnicy. Bronił się w niej przez trzy dni, dopóki nie otruto go gazem. Jeden
dzielny Polak sprawił, że cała okolica siedziby NKWD musiała zostać otoczona
przez wojsko! Napisałem nawet scenariusz filmu na ten temat pt. "Polonez
Ogińskiego". Ale nikt się nim w Polsce nie zainteresował, choć ci, którzy
czytali ten scenariusz, byli wzruszeni i mówili, że powinien zostać
zrealizowany.

Jak udało się Panu wydobyć zeznania świadków zbrodni, którzy często okazywali
się także jej uczestnikami?

– Pomogło mi to, że byłem pracownikiem KGB. Legitymacja oficera często otwierała
usta byłym funkcjonariuszom, którzy uwierzyli, że na fali pierestrojki trzeba
dokonać rehabilitacji ofiar mordu sprzed pół wieku. Niektórzy zresztą sami
chcieli mówić o tej zbrodni.

Zbrodnia katyńska była traktowana jako największa tajemnica Związku
Sowieckiego. Do teczki numer 1 skrywającej najważniejsze dokumenty na temat
ludobójstwa na polskich oficerach dostęp mieli tylko przywódcy ZSRS. Prawda
miała nigdy nie wyjść na jaw…

– Przeżyłem szok, gdy odkryłem, że KGB zbudowało w Katyniu dacze dla swoich
generałów w miejscach, gdzie do dołów w ziemi wrzucono ciała polskich oficerów.
Mój były przełożony, generał Anatolij Szywierskich, szef smoleńskiego KGB,
przyznał, że zbudowano je tam specjalnie, aby nikt nie zbliżał się do tych
grobów. Dacze generalicji KGB i łaźnie dla nich zbudowano z drzew wyrosłych na
szczątkach ofiar represji komunistycznych! Nie mogłem zrozumieć tego
barbarzyństwa! Generalicja jeździła razem z rodzinami odpoczywać na miejscu,
które było wielkim masowym grobem! Wiedzieli o tym. Żonom zabraniali nawet kopać
ziemię głębiej niż na 30 cm, by nie odkryły kości pomordowanych. Później
dowiedziałem się też, że cały Związek Sowiecki był usiany takimi daczami KGB
zbudowanymi na grobach ofiar komunistycznych mordów… Ale te metody i tak nie
pomogły. Miejscowi ludzie po cichu mówili, co naprawdę skrywa ziemia katyńska.
Po wiosennych roztopach często ściągano do Katynia ciężarówki z piaskiem, aby
zasypać rozpadliny, które obnażały kości, czaszki i szczątki ofiar terroru.
Jakby sama ziemia chciała odkryć tajemnicę siepaczy, nie mogąc ukryć tej
straszliwej zbrodni.

Zebrał Pan bezcenną wiedzę, docierając do kolejnych świadków i dokumentów…
– Z rozmów ze świadkami dowiedziałem się, że polskich jeńców zabijano i wrzucano
do dołów także w innych miejscach, również w samym Smoleńsku, gdzie pracowałem.
Świadkowie – uczestnicy zbrodni, z którymi rozmawiałem, zeznali np., że na
własne oczy widzieli, jak polskich księży mordowano w piwnicy NKWD w tym
mieście. Raport kapitana NKWD z maja 1940 r., do którego dotarłem, czytając
książkę Tadeusza Kisielewskiego "Katyń. Zbrodnia i kłamstwo", podawał liczbę
4630 jeńców rozstrzelanych w Katyniu. Wśród nich byli polscy księża,
przetrzymywani wcześniej w obozach. W Lesie Katyńskim rozstrzelano więc 200 osób
więcej, niż się przyjmuje.

Kagiebista odkrywający prawdę o Katyniu to, przyzna Pan, szokujące
zestawienie. Dlaczego podjął Pan pracę w tej zbrodniczej formacji?

– Naiwnie myślałem, że pracując tam, będę mógł walczyć z wszechobecną w ZSRS
korupcją. Ale szybko zrozumiałem, że to syzyfowa praca. Dopiero wówczas pojąłem,
że to partia komunistyczna stworzyła system, który sam generował korupcję i nie
dało się tego naprawić. On cały był w ponad 90 procentach skorumpowany. Ale
wtedy jeszcze łudziłem się, że walcząc z korupcją, można osiągnąć to, co
nazywano "socjalizmem z ludzką twarzą". A teraz myślę sobie, że kapitalizm też
trzeba zmienić, by miał "ludzką twarz", bo widzę też moralny upadek Zachodu,
przede wszystkim rządzących, ich cynizm i moralną degenerację, co udowadniają
przecieki WikiLeaks. Pamiętam, jak Jan Paweł II wzywał do umieszczenia zapisu o
chrześcijańskich korzeniach w konstytucji dla Europy. Nie widzę, żeby komuś na
tym zależało. A przecież to bardzo ważna sprawa.

Pana losy są też przykładem niezwykłej przemiany. Jak wyglądała ta droga od
niewiary do chrześcijaństwa?

– Po namowach mojej teściowej zacząłem czytać Biblię, oczywiście po kryjomu.
Wpadło mi w rękę kilka jej egzemplarzy, skonfiskowanych obywatelom przez KGB.
Uratowałem je przed spaleniem i sam zacząłem czytać. Można było za to dostać
odsiadkę. Ale zaryzykowałem i nie żałuję. Później do czytania Pisma Świętego
zachęcał mnie też śp. ks. prałat Zdzisław Peszkowski. To doprowadziło mnie do
wiary. Dziś wierzę, że Pan Bóg opiekuje się mną, widzi wszystko i pomaga
ludziom, którzy szukają prawdy. Czuję, że pomaga mi ta armia polskich oficerów
zamordowanych w Katyniu.

Opuścił Pan Rosję z powodu prześladowań za badanie sprawy Katynia. Czy te
problemy się zakończyły? Znalazł Pan pracę?

– Gdy przyjechałem do Polski, miałem problemy nie tylko ze znalezieniem pracy,
ale także z mieszkaniem, a nawet z… wizą, choć pomoc w ich uzyskaniu obiecali
mi polscy wysocy urzędnicy, m.in. z polskich służb konsularnych w Rosji i z
kancelarii ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsy. Dlatego gdy przyjechałem do
Polski, poczułem się tak, jakby – mówiąc językiem Biblii – zamiast chleba podano
mi kamień. Doświadczyłem też niestety rusofobii, ale to na szczęście dotyczy
bardzo małej części społeczeństwa. Muszę przyznać, że w Rosji nie zauważyłem
polonofobii…

Gdzie Pan widzi u nas rusofobię?
– Media często generalizują, mówiąc ogólnie "Rosja", zamiast wskazywać
konkretnie: rząd rosyjski, Kreml lub inne instytucje. Ale mam też osobiste
przykre doświadczenia. Mojej córce odebrano paszport i odesłano do rosyjskiej
ambasady. Mnie i żonie – również. Nawet wrogowie tak nie postępują. To podejście
do nas nie zmieniało się bez względu na to, czy prezydentem był Lech Wałęsa,
Aleksander Kwaśniewski czy Lech Kaczyński. Teraz odczuwam po prostu obojętność.
Nasza sytuacja zmieniła się trochę pod naciskiem dziennikarzy, naukowców i
historyków. To właśnie oni nakłonili mnie, żebym przyjął Krzyż Kawalerski Orderu
Odrodzenia Polski. W końcu zgodziłem się, pomyślałem sobie, że może przypnę go
sobie do ubrania i pójdę żebrać… W Polsce zobaczyłem, że też nie ma pełnej
wolności. – Między innymi w niepełnej wolności prasy. Ani rosyjska, ani polska
prasa oraz światowe media nie zauważają dokonywanych w byłych republikach ZSRS
czystek etnicznych, pisząc – poza nielicznymi wyjątkami – o "konfliktach
etnicznych". Jakie to "konflikty etniczne", gdy kirgiscy nacjonaliści zabijają w
Dolinie Fergańskiej Uzbeków żyjących tam od tysiąca lat. Pisząc w taki sposób o
problemie, dziennikarze uczestniczą w kłamstwie, podobnie jak władze zarówno
Rosji, jak i USA oraz Polski. W ostatnich latach zamordowano tam kilka tysięcy
ludzi. To wielokrotnie więcej, niż zginęło podczas konfliktu w Gruzji. A jednak
polski rząd nie zareagował na to. Pewnie dlatego, że Amerykanie chcą w tamtym
regionie utrzymać swoją bazę, dzięki czemu mogą lądować tam samoloty zmierzające
do Afganistanu. Dlatego Waszyngton nie chce sobie psuć relacji z kirgiskim,
nacjonalistycznym rządem. Zaś władze Polski milczą z powodu ich bliskich relacji
z USA. Tak samo zachowują się władze Rosji, kierując się zimną kalkulacją swoich
interesów, choć podczas tych czystek zginęli także rosyjscy obywatele.

Co Zachód powinien zrobić w tej sytuacji?
– Zareagować tak jak w przypadku innych konfliktów i wysłać tam wojska
międzynarodowe dla zapobieżenia mordom etnicznym. Kirgiscy nacjonaliści zabijają
w miastach: Osz [tuż przy granicy z Uzbekistanem – red.], Dżalalabad i innych
Uzbeków w ich własnych domach: mężczyzn, kobiety i dzieci. Moim zdaniem, tam
powinny zostać wysłane międzynarodowe siły militarne, także z Polski, Rosji, USA
i innych krajów. Dziś jednak rozumiem, że światem manipulują różne silne grupy
interesów, które rządzą w różnych państwach. Gdy w ich interesie leży
nagłaśnianie jakichś spraw, media robią wokół nich wielki szum, a jeśli nie, to
nikt się nimi nie przejmuje. Dlatego pełnej prawdy nie poznają ani obywatele
Rosji, ani USA, ani Polski, ani też innych krajów. Co prawda, w niektórych jest
gorzej, np. w Rosji, gdzie dziennikarzy się nawet zabija.

Czuje się Pan jak "obcy element" w polskiej rzeczywistości?
– Teraz widzę, że i na Zachodzie nie ma pełnej demokracji i wolności słowa. To
nie znaczy, że rozczarowałem się Polską. Macie bardzo wiele dobrych rzeczy,
m.in. jawność życia publicznego. Różne sprawy, np. afery korupcyjne, prędzej czy
później są ujawniane. W Rosji natomiast nawet w ocenie rosyjskich publicystów
dochodzi do moralnej degeneracji życia publicznego. Szacuje się, że ok. 100 tys.
ludzi umiera na skutek zażywania narkotyków. Notuje się też wiele śmiertelnych
ofiar alkoholizmu itd. To jest bardzo niebezpieczne. W reżimie
Putina-Miedwiediewa nie ma ani prawdziwej demokracji, ani wolności mediów.

Podczas ostatniej wizyty w Polsce prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew
zapewniał, że Rosja się zmieniła. Nie wierzy Pan w te zapewnienia?

– Nie przywiązuję wagi do deklaracji. Patrzę na działania. A żadnych konkretnych
działań w walce z korupcją nie widzę, a korupcja jest powiązana z mafią, która
faktycznie rządzi Moskwą, co pokazały wydarzenia w stanicy Kuszczowskiej. Odbija
się w nich jak w zwierciadle cała Rosja.

To, co mówi Miedwiediew o modernizacji Rosji, walce z korupcją,
demokratyzacji, to tylko propaganda?

– W Rosji nie będzie prawdziwej modernizacji, dopóki nie będzie wolnych mediów.
Nie będzie również prawdziwej demokratyzacji bez wolności słowa. Rosyjscy
internauci obecną Rosję nazywają "Imperium Pu-Mie", tzn. imperium
Putina-Miedwiediewa. A zwykli ludzie bardziej boją się milicji niż bandytów.

Kreml apeluje właśnie do Zachodu, zwłaszcza Unii Europejskiej, o pomoc w
modernizacji Rosji…

– Zachód już stawiał warunki, od których uzależnia pomoc w modernizacji Rosji –
zwalczanie zorganizowanej przestępczości itd. Ale ja od dawna powtarzam, że
najważniejszy warunek to walka z nacjonalizmem. Proszę sobie wyobrazić, co
działoby się, gdyby Unia Europejska – jak chce Kreml – zniosła wizy dla Rosjan?
Wtedy w niebezpieczeństwie będą nawet zachodni dziennikarze, którzy odważą się
krytykować rosyjską politykę.

Czy to oznacza, że Kreml nie panuje nad nacjonalistami?
– Moim zdaniem, ewidentnie widać, że władze tolerują ich zachowanie. Kremlowi
przemoc stosowana przez nacjonalistów jest na rękę, bo pomaga utrzymać w strachu
resztę społeczeństwa, która już i tak nie ma ani swobody wypowiedzi, ani
działania. Dochodzi do tego, że nawet przedstawiciele władz wyrażają się
pogardliwie o społeczeństwie, mówiąc, że jest niezdolne do demokratycznego
funkcjonowania. Dodam, że tacy urzędnicy nadal sprawują swoje funkcje…
Tymczasem w Rosji nacjonalizm coraz bardziej się umacnia. Rosyjscy nacjonaliści
zabijają obcokrajowców, choć mało się o tym pisze i mówi. Ich organizacje
działają także pod przykrywką klubów kibiców piłkarskich. Zastanawiam się, jak w
związku z tym Zachód wyobraża sobie zapewnienie bezpieczeństwa zagranicznym
kibicom, jeśli będą chcieli przyjechać do Rosji na mistrzostwa świata w piłce
nożnej, które mają być organizowane właśnie w tym kraju za 8 lat.

Władze nie będą w stanie zapewnić kibicom bezpieczeństwa?
– A czy mogły je zapewnić np. zagranicznym kibicom, którzy niedawno zostali
zabici w Petersburgu? Ale rosyjskie media nie podejmują tego tematu, ponieważ
boją się nacjonalistów. Proszę zauważyć, że zwykle niezależne demonstracje w
Rosji skupiają około kilkuset osób. Tymczasem na manifestacje nacjonalistów
przychodzą tysiące ludzi.

Skoro zwykli ludzie mają tego dość, to dlaczego wybierają rządy, które
utrwalają bezprawie?

– Rosyjskie społeczeństwo głosuje na tych, których już zna, w obawie, że władzę
przejmą jeszcze gorsi od nich.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj