Na kogo możemy liczyć

Po ujawnieniu, że rządowy samolot Tu-154M został przez kontrolerów lotu w
Smoleńsku naprowadzony na ścieżkę śmierci, przybliżyliśmy się do kolejnej
kwestii o wymiarze znacznie poważniejszym. Czy maszyna stała się celem zamachu
rosyjskich służb specjalnych? Czy dokonano zaplanowanego mordu na kiełkującej
elicie kraju wychodzącego z postkomunizmu?

Odpowiedź na te pytania staje się nieodzowną potrzebą umysłu, choć nie tylko.
Staje się także wyraźnie zarysowaną polską racją stanu.
W obliczu ostatnich doniesień należy sobie uświadomić kilka zagadnień. Po
pierwsze, chodzi o stosunek wolnego świata – głównie Stanów Zjednoczonych i
Europy Zachodniej, ale także Izraela – do istniejących ustaleń w sprawie
katastrofy smoleńskiej. Wspominałem już na łamach "Naszego Dziennika" ("Co wie
Ameryka", 14 stycznia br.), że Ameryka posiada wiedzę na temat tego, że rządowy
Tu-154M stał się celem zamachu. Nie przekłada się to jednak na politykę obecnej
administracji. Ugodowa postawa wobec Rosji próbującej odzyskać wpływy w dawnych
republikach sowieckich, ale też w krajach byłego bloku sowieckiego, stanowi
wciąż kamień węgielny polityki Partii Demokratycznej. Polityki, której apogeum
była niegdyś Jałta.
Dla amerykańskiej ulicy – tej, która jest zorientowana w polityce światowej, a
która ma najsilniejsze korzenie w klasie średniej – nie ulega wątpliwości, że za
zamachem na polski samolot kryje się Rosja. Polacy mogą więc liczyć na sympatię
i zrozumienie, ale trudno je będzie odnaleźć w mediach, a w bieżącej polityce
może objawiać się brakiem reakcji na sygnały płynące z naszego kraju.
Po stronie Polaków będą także znaczące amerykańskie instytucje w rodzaju
Instytutu Hoovera z największym żyjącym specjalistą do spraw Rosji Robertem
Conquestem i kustoszem zbiorów słowiańskich Maciejem Siekierskim czy The
Institute of World Politics, którego rektorem jest dawny dyrektor ds.
bezpieczeństwa narodowego w administracji prezydenta Ronalda Reagana John
Lenczowski, a wśród współpracowników znajduje się generał US Air Force Walter
Jajko, a także znany już polskiej prasie z pierwszych analiz dotyczących zamachu
Gene Poteat i profesor Marek Jan Chodakiewicz, który uzmysłowił Polakom, jaka
jest wartość naukowa książek Jana Tomasza Grossa.
Co do Europy Zachodniej, to przy pojawiających się tu głosach empatii liczyć
może na nią Polska w taki sam sposób, jak w roku 1939. Z tą różnicą, że tym
razem nikt do żadnej wojny o Gdańsk przystępować nie będzie.
Także ze strony niektórych niezależnych dziennikarzy – przykładem austriacka
dziennikarka pochodzenia irlandzkiego Jane Burgermeister – możemy liczyć na
obiektywizm, będzie on przy tym zagłuszany przez wywodzących sie z dawnej PZPR
"ekspertów", niechętnych wszystkiemu, co zapowiada powrót w utarte tradycją i
historią koleiny, a także otwarcie przeciwnych duchowemu odradzaniu się i
powstawaniu społeczeństwa obywatelskiego.
Moralne wsparcie udałoby się wygenerować pewnie ze społeczności Izraela –
mianowicie z tej jej części, która nie jest polonofobiczna – prasa izraelska
jako pierwsza wskazywała na Putina jako możliwego sprawcę zbrodni (zwracam tutaj
uwagę, że w mowie potocznej pracowników rosyjskiego aparatu bezpieczeństwa
pojawia się on najczęściej jako "nomier adin"). Zorganizowanie konferencji z
udziałem izraelskich gości należałoby powierzyć takim osobom jak Bronisław
Wildstein i Ludwik Dorn. Odwróciłoby to podsycane świadomie wektory niechęci
wobec tego, co w trwającej wiele wieków kulturze było wspólne, a zmarnotrawione.
Od pewnego czasu pojawiają się głosy, że opozycja zamierza zaprosić do Polski
Sarę Palin, wiodącą postać Partii Herbacianej (Tea Party), która niewykluczone,
że odmieni dynamikę amerykańskiej polityki z korzyścią także dla tego, co
określiłem wcześniej jako polską rację stanu.
Nie sposób w tym rozwijającym się scenariuszu dochodzenia do prawdy nie
postulować jak najszybszego przesłuchania peerelowskiego (czy tylko?) szpiega w
Watykanie, a następnie wysokiego stopniem urzędnika MSZ i organizatora wyprawy
Lecha Kaczyńskiego do Katynia Tomasza Turowskiego. Równie pilną sprawą będzie
ustalenie jego kontaktów osobistych z przedstawicielami rosyjskiego wywiadu, a
także polskimi politykami, którzy pod jego wpływem na dopalających się
zgliszczach na Siewiernym próbowali zafundować społeczeństwu zwrot w stosunkach
pomiędzy Polską i Rosją, ze wskazaniem na jednego tylko beneficjenta takiego
zabiegu.
Czy polskie społeczeństwo odnajdzie się w następnych wyborach i wybierze
polityków potrafiących przedkładać interes państwa nad wąsko pojmowany interes
osobisty? Wątpię w to. Z pewnością nie w kraju, w którym możliwe jest bezkarne
zaproszenie do Rady Bezpieczeństwa Narodowego komunistycznych przestępców, a
Orderem Orła Białego odznacza się wczorajszą piewczynię stalinizmu, aktywną w
budowaniu państwa totalitarnego.
Droga do odzyskania pełnej suwerenności państwa, także odzyskania podmiotowości
przez instytucje tegoż państwa, jest długa i ma swoje meandry. Nikt jednak nigdy
nie obiecywał, że będzie inaczej. W tym względzie nie należy zresztą oglądać się
za siebie, ale przyjąć ową prostą zasadę: Alleluja! I do przodu! Jestem
przekonany, że Polska przemówi kiedyś własnym głosem. I nie będzie temu
towarzyszył głos suflera.

 

Henryk Skwarczyński
 

Autor jest pisarzem mieszkającym w USA. Opublikował m.in. w
wydawnictwie Arcana: "Jak zabiłem Piotra Jaroszewicza", "Majaki Angusa Mac".

drukuj