Na Euro 2012 najłatwiej dolecimy samolotami

Z Jerzym Polaczkiem, byłym ministrem transportu, członkiem sejmowej
Komisji Infrastruktury, prezesem Polski Plus, rozmawia Mariusz Bober

Będziemy mogli bez problemów dojechać samochodami na mecze Euro 2012? W
ostatnim raporcie Najwyższa Izba Kontroli miała co do tego wątpliwości?

– Ten raport to ostatni dzwonek alarmowy. Z tego dokumentu wyciągam również
następujący wniosek – nawarstwia się potężny problem z pełnym finansowaniem, a w
szczególności terminowym rozliczeniem inwestycji do 2013 roku. Moim zdaniem,
mankamentem raportu NIK jest całkowite pominięcie oceny modelu finansowania
choćby budowy dróg, które zostało "wyprowadzone w większości" poza budżet, w
szczególności do Krajowego Funduszu Drogowego będącego funduszem Banku
Gospodarstwa Krajowego. Przecież docelowa emisja obligacji "drogowych" na ponad
50 mld zł jest dzisiaj poza kontrolą, a niektóre nieoficjalne głosy stwierdzają,
iż warunki finansowe tej emisji dla nabywców są lepsze od np. amerykańskich. Za
wszystko to dopiero w przyszłości państwo będzie musiało zapłacić, ten pieniądz
jest po prostu droższy.

Przedstawiciele rządu bronią się, że raport jest już nieaktualny i wiele
inwestycji uznanych w nim za nierealne już ruszyło, jak choćby budowa II linii
metra do Stadionu Narodowego w Warszawie…

– Ale oświadczenia rządu trzeba zestawić z deklaracjami władz stolicy odnośnie
do zakończenia budowy II linii metra w roku 2012. Wcześniej były buńczuczne
zapowiedzi, a fakty sprowadzą się do braku czynnej II linii metra przy Stadionie
Narodowym w 2012 roku. Dziwię się również, że minister sportu ocenia raport NIK
w sytuacji, w której nie ma on do tego żadnych kompetencji, ponieważ nie buduje
dróg, dworców ani nie remontuje lotnisk. Skorzystam też z okazji, aby zwrócić
uwagę, że np. nierozpoczęta budowa A2 od Strykowa do Warszawy (mamy już koniec
sierpnia 2010 r.) każe wątpić w przejezdność tego 100-kilometrowego odcinka, nie
mówiąc już o jego wykonaniu. Podobnie wygląda sytuacja z drugim, najbardziej
oczekiwanym dla ruchu samochodowego, odcinkiem autostrady A1 Stryków –
Pyrzowice, którego budowa również się nie rozpoczęła. Wypada on całkowicie z
harmonogramu, gdyż konsorcjum prywatne, które miało wybudować ten odcinek w
ramach partnerstwa publiczno-prywatnego, się wycofało. O skali opóźnienia w tym
projekcie świadczy również to, że przygotowywaną tam dokumentację projektową
trzeba wyrzucić do kosza, ponieważ nie da jej się wykorzystać. Rząd musi pilnie
znaleźć ponad 5 miliardów złotych i nowego wykonawcę.

To znaczy, że chcąc dostać się podczas Euro 2012 z Gdańska do Warszawy,
będzie trzeba stać w korkach na wciąż modernizowanej drodze S7?

– Opóźnienie w budowie autostrady A1 na najbardziej atrakcyjnym odcinku Stryków
– Pyrzowice w centrum kraju spowoduje, że na kilka lat kompletnie zakorkuje się
Częstochowa. Oczywiście droga ekspresowa S7 – tak jak do tej pory – będzie
obciążona ciężkim ruchem tranzytowym, gdyż wydaje się, że na południe od Torunia
autostrada A1 będzie jeszcze w budowie. Obym się mylił. Sądzę, iż najlepsza
komunikacja drogowa będzie w miastach, które rząd przewidział jako miejsca
(stadiony) rezerwowe, to jest w Chorzowie i Krakowie. Akurat w tych miastach nie
rządzą prezydenci związani z Platformą Obywatelską.

Więc może najłatwiej będzie dopłynąć Wisłą na mecze rozgrywane przynajmniej w
Gdańsku i Warszawie?

– Rzekami to raczej trzeba by transportować niesfornych kibiców, by mieli więcej
czasu na przemyślenia… A przy okazji warto wspomnieć, iż po powodziach
kompletnie zablokowała się żegluga śródlądowa na Odrze, i jakoś nikt z
przedstawicieli rządu tego problemu, który trzeba rozwiązać, nie podnosi.

Dlaczego jest tak wiele zaległości? Przecież nowe drogi zaczęliśmy budować
już 20 lat temu, a od około 5 lat są na nie pieniądze.

– Obecny rząd kontynuuje przygotowany przeze mnie i przyjęty w 2007 roku przez
rząd Jarosława Kaczyńskiego Program budowy dróg na lata 2008-2012. Jednak rząd
Donalda Tuska podpisuje istotną część umów autostradowych w formule "projektuj i
buduj". Przyjmując ten model działania, rząd przerzuca obowiązek przygotowania
projektu budowlanego na wybranego wykonawcę. Prowadzi to do sytuacji, której
efektem może być to, iż jako obywatele dostaniemy nowe autostrady bądź drogi
ekspresowe, które jakościowo będą z niższej europejskiej półki. Wspomniałem już
o gigantycznych problemach z wykorzystaniem dokumentacji projektowej na
przygotowanym w 2009 roku odcinku A1 Pyrzowice – Stryków przez prywatne
konsorcjum – którą trzeba było wyrzucić do kosza.

Chce Pan powiedzieć, że obecne władze w praktyce nie nadzorują jakości
wykonanych dróg?

– Forsowany przez rząd model "projektuj i buduj" ("design and build") jest w
zasadzie okresowym zdjęciem z państwa odpowiedzialności za jakość budowanych
dróg. W czasie pełnienia funkcji ministra rozpocząłem wraz ze współpracownikami
prace nad standaryzacją techniczną warunków przygotowania do budowy określonych
kategorii dróg, w tym autostrad. Podnosiłem również publicznie, że
uporządkowanie odziedziczonej stajni Augiasza powinno być kanonem prac
Ministerstwa Infrastruktury. Część tych prac jest kontynuowana, oby nastąpił tu
przełom. Od tego bowiem zależy, czy te nowe drogi i tory kolejowe będą nam
służyły przez wiele lat, czy też zaczniemy je remontować zaraz po zakończeniu
mistrzostw Europy. Obecny rząd ma wszelkie możliwości, aby wykorzystać wiedzę
naszej kadry inżynieryjnej. Przypadek remontowanego od lat odcinka autostrady A4
z Katowic do Krakowa powinien mieć w pamięci każdy minister infrastruktury oraz
szef Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Ostatnim przykładem tego, o
czym mówię, jest odcinek autostrady A2 oddany do użytku kierowcom w 2004 roku
przez prywatną firmę – Autostradę Wielkopolską SA, należącą do Jana Kulczyka. Po
niecałych pięciu latach ponad 30 kilometrów autostrady z uwagi na fatalną jakość
trzeba było kompletnie przebudować. W finale zapłacą za to kierowcy. Jeśli więc
nie dopilnujemy jakości wykonanych robót, to za kilka lat będzie nas czekał
gigantyczny spór o to, czy nie zmarnowaliśmy miliardów złotych na komunikacyjne
buble, i o to, kto zapłaci następne miliardy za ich remonty, choć budujemy jedne
z najdroższych autostrad w Europie.

To może łatwiej będzie dojechać na Euro 2012 koleją?
– W stosunku do budowy dróg na polskich kolejach widać regres inwestycyjny. Tu
wszystko się załamuje – zakup nowego taboru, modernizacja sieci kolejowej, oraz
panuje chaos organizacyjny. Dziwię się temu, tym bardziej że od 2006 roku
znacząco zwiększała się liczba klientów (pasażerów), a kondycja spółek była
lepsza niż obecnie. Przypominam, że wychodziliśmy z gigantycznych,
odziedziczonych po grupie PKP, problemów finansowych.

Z czego wynikają te opóźnienia?
– O tym rozstrzyga dobór ludzi i cel, który chce się zrealizować, z czym jest
dziś największy problem. Wyrzucenie w tej kadencji Sejmu przez obecne władze
kilku dobrych inżynierów i menedżerów spowodowało spore kłopoty. Sam odbieram
tak wiele dramatycznych sygnałów od ludzi, którym zależy na dobru kolei w
Polsce. Mówiąc trochę żartem, czasami prowadzę terapię podtrzymującą motywację
tych osób do dalszej pracy w tym sektorze publicznym.

To znaczy, że goście z zagranicy będą mieli problemy z przyjechaniem na
mistrzostwa Europy do Polski również koleją?

– Myślę, że komunikacja międzynarodowa z Polską – per saldo – będzie za 2 lata
tą lepszą twarzą naszego kraju. Gorzej będzie z połączeniami regionalnymi.
Symbolem tego, o czym mówię, było ostatnio polityczne unieważnienie przez
zdominowaną przez PO Radę Nadzorczą Spółki Przewozy Regionalne konkursu na
prezesa. Przypomnijmy, że wygrał go najlepszy w historii były prezes firmy PKP
Intercity (w latach 2006-2008 osiągała rekordowe zyski) Czesław Warsewicz. Stało
się to tylko dlatego, że przypięto mu etykietę "pisiora". Tacy ludzie, oddani
służbie publicznej, zamiast dla kraju muszą pracować dla międzynarodowych
koncernów, które z zadowoleniem ściągają ich z rynku. A firma Przewozy
Regionalne znów ma milionowe straty, które taki menedżer mógłby szybko
zniwelować. Niestety, w obozie rządzącym zwycięża luzacka zasada – "jakoś to
będzie".

Rząd zapowiadał niedawno budowę szybkich kolei w Polsce…
– I jakoś cicho na ten temat. A Donald Tusk w swoim exposé w Sejmie zapowiadał,
że jeszcze za kadencji tego rządu rozpocznie się w Polsce budowa szybkich kolei.
Warto więc pytać premiera o realizację tych obietnic.

Więc najłatwiej będzie dostać się na mecze samolotami?
– W porównaniu z resztą naszej infrastruktury komunikacja lotnicza prezentuje
się najbardziej poprawnie. Chciałbym zauważyć, że w naszym kraju gwałtownie
wzrosła liczba operacji lotniczych. Dlatego obecnie największy nacisk władze
portów lotniczych powinny położyć na sfinansowanie nowoczesnej infrastruktury
nawigacyjnej oraz terminali do obsługi pasażerów i płyt postojowych dla
samolotów. Jako były minister transportu chcę przypomnieć, iż poprzedni rząd po
raz pierwszy w historii włączył środki europejskie do finansowania modernizacji
portów lotniczych i przygotowywał, po raz pierwszy, do ich wykorzystania zarządy
tych firm. O tym, jaka będzie sytuacja, rozstrzyga czasem również struktura
własnościowa danych portów lotniczych i decyzje ich akcjonariuszy.

Dlaczego?
– Ponieważ udziałowcem wielu z nich są samorządy wojewódzkie, a w takim
przypadku oby o inwestycjach rozwojowych nie decydowała polityka. Niestety,
można już dziś wskazać palcem kilka takich miejsc w Polsce.

I odbije się to na przygotowaniu portów lotniczych na Euro 2012?
– Jest to możliwe (gdy chodzi o wykorzystanie środków z Unii Europejskiej).
Ponadto zdumiewająca jest ślamazarność przebudowy terminalu I na Okęciu w
Warszawie.

Lotniska mogą sobie nie poradzić z przyjęciem kibiców? Z raportów wynika, że
to właśnie samolotami przyleci ich do Polski najwięcej…

– Poradzą sobie, pod warunkiem modernizacji infrastruktury nawigacyjnej. W
krótkim okresie bowiem nasze lotniska będą mocno dociążone zwiększonym ruchem
samolotów rejsowych, czarterowych oraz tysięcy małych samolotów "biznesowych",
których należy się spodziewać. Ważne jest zapewnienie także zaplecza
technicznego, aby np. pracujący na lotniskach technik nie był uznawany już za
fachowca, gdy umie tylko wymienić koło w samolocie… Podobnie jak całe
społeczeństwo – niezależnie od poglądów politycznych, nie życzę rządowi źle.
Jednak po katastrofie smoleńskiej coraz częściej się przekonuję, że rząd Donalda
Tuska to rzeczywiście gabinet luzaków, którym rządzi nonszalancja i PR.

Kolejnym słabym punktem może być infrastruktura przeciwpowodziowa. Jeśli
przyroda podda ją takiej próbie jak w tym roku, może się okazać, że np. powódź
zmiecie z powierzchni ziemi fragment jakiejś autostrady albo nawet zaleje
stadion…

– Już w ubiegłym roku rząd powinien przeprowadzić w Sejmie ustawodawstwo
przeciwpowodziowe wynikające z tzw. dyrektywy przeciwpowodziowej Parlamentu
Europejskiego. Do dzisiaj w Sejmie trwa susza legislacyjna w tej sprawie. W 2010
roku powinny trwać już intensywne prace przygotowujące mapy ryzyka powodziowego
dla Polski – tutaj jest kompletne zero. Nie przypominam sobie również, by od
maja w sprawach działań powodziowych choć raz zabrał publicznie głos nieznany
Polakom minister środowiska, który powołuje przecież prezesa Krajowego Zarządu
Gospodarki Wodnej. Jedynym publicznym głosem ministra środowiska była udzielona
kilka dni temu wypowiedź, że "kocha puszczę", gdy lewaccy aktywiści Greenpeace
weszli na dach ministerstwa z transparentem. Podsumowując – gdy kolejne problemy
stają przed obecnym rządem – to nie zajmuje się nimi właściwe ministerstwo,
tylko… jedyny w rządzie minister – akurat bez teki – Michał Boni, który
pracuje nad "spóźnionymi ustawami", np. "hazardową", nad "pomocą powodzianom" i
sprawami emerytalnymi. Jak to w rządzie luzaków…

Dziękuję za rozmowę.

drukuj