Na Bolka ucho
Ze Zdzisławem Moniuszką, ojcem Justyny Moniuszko, stewardesy, która
zginęła na Siewiernym, rozmawia Adam Białous.
Maciej Lasek, szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, z
uporem maniaka brnie w historię o rzekomej obecności gen. Andrzeja Błasika w
kokpicie. Nawet rozstrzygnięcia Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie
sporządzone pod rygorem odpowiedzialności karnej nie robią na nim wrażenia.
– Słowa pana Macieja Laska, mającego osobisty interes w reanimowaniu ustaleń
komisji ministra Jerzego Millera, której był członkiem, o tym, jakoby generał
Błasik miał być w czasie katastrofy w kokpicie, uważam za szczyt absurdu. Lasek
okopuje się na swoich pozycjach – winni katastrofy są piloci i generałowie. Szef
PKBWL i inne osoby, które wraz z nim w tym okopie siedzą, zamykają się na
jakiekolwiek racjonalne argumenty, które tego domniemania nie potwierdzają.
Przecież wiadomo, że zapisów rozmów z kokpitu osoby z komisji Millera słuchały –
może i kilkaset godzin – ale na tzw. Bolka ucho, bez eksperckiego przygotowania
i oprzyrządowania. Nawet dla laika oczywiste jest, że przy tak chałupniczej
metodzie nie da się poczynić żadnych poważnych ustaleń. Dlatego członkowie
komisji Millera nie chcą i boją się dziś wskazać, który z nich miał niby
rozpoznać głos generała Błasika. Pomimo to zawzięcie bronią stworzonej jeszcze w
Moskwie bajki "o generałach w kokpicie". Moim zdaniem, chodzi tu tylko o
kurczowe trzymanie się zajmowanych przez nich wygodnych stołków. Przecież gdyby
przyznali się do popełnionych w raporcie błędnych ustaleń, szybko by je
stracili.
Mijają dwa lata śledztwa prokuratorskiego, za nami już dwa raporty,
polski i rosyjski. Wyniki tych prac uznaje Pan za zadowalające?
– W żaden sposób nie mogę ich uznać za zadowalające, bo właściwie nic nie
wyjaśniły. Po dwóch latach wszystkie te instytucje – czy to polskie, czy
rosyjskie – wysuwają ten sam wniosek: katastrofę spowodowali piloci. Wniosek ten
jest, moim zdaniem, zupełnie błędny, gdyż niepoparty żadnymi dowodami. To nie
jest ustalenie faktów, ale z góry przyjęta, wygodna dla jej autorów hipoteza.
Świadczy o tym chociażby ujawnione ostatnio nagranie rozmowy ministra Radosława
Sikorskiego, który już kilka godzin po katastrofie mówi, że to wina pilotów i
wszyscy zginęli. A po trwającym miesiącami śledztwie MAK ustala dokładnie to
samo, że zawinili piloci. Jak obserwuję działania i decyzje ministra
Sikorskiego, to naprawdę nie wiem, jakiego to jest kraju minister spraw
zagranicznych – czy na pewno Polski. W moim przekonaniu, za tego ministra i tych
rządów nie poznamy prawdy o przyczynach katastrofy. O wiele bardziej wiarygodne
są dla mnie ustalenia specjalistów z komisji Antoniego Macierewicza. Na ich
poparcie przedstawiają konkretne dowody, obliczenia. To, co mówią, jest
logiczne, ma sens. Przerażająca jest wobec wyników prac tej komisji postawa
czynników państwowych, które odmawiają nawet próby ich weryfikacji. Prokuratura
prowadząca śledztwo w sprawie katastrofy nie raczy nawet zainteresować się tym,
co mówią fachowcy mający w swoim dorobku naukowym badania przyczyn awarii promu
kosmicznego. A jeden z posłów PO próbuje panicznie tym ustaleniom niezależnych
ekspertów zaprzeczyć. Jakie on ma kompetencje, żeby podważać ekspertyzy
fachowców tak wysokiej klasy? Ośmieszył się. Taka postawa potęguje tylko moje
wrażenie, że twórcy oficjalnej wersji przebiegu i przyczyn katastrofy coraz
bardziej się boją, że ona za chwilę runie.
Był Pan 10 kwietnia na Siewiernym?
– Nawet gdybyśmy chcieli tam z żoną lecieć, to ta cała wizyta była organizowana
w ostatniej chwili, więc i tak nie zdążylibyśmy dopełnić formalności. Nie mówiąc
już nawet o tym, że nie dano nam zupełnie czasu na zastanowienie się.
Zaproszenie otrzymaliśmy bardzo późno, wszystkie sprawy związane z tym wyjazdem
trzeba załatwić w cztery dni. Wygląda na to, że rząd zorganizował ten wyjazd na
uroczystości tylko dlatego, że wcześniej media zwróciły uwagę opinii publicznej
na fakt, że ani premier, ani prezydent nie mają zamiaru udać się 10 kwietnia do
Smoleńska. Premier więc kazał lecieć ministrowi Bogdanowi Zdrojewskiemu, a ten
na chybcika organizował cały ten wyjazd. Nawet w zaproszeniu, które
otrzymaliśmy, minister informował nas, że organizację wyjazdu zlecił mu premier.
Poza tym wraz z żoną byliśmy w ubiegłym roku w Smoleńsku i trzeba powiedzieć, że
ta wyprawa jest trudna, szczególnie dla osób starszych czy mających kłopoty ze
zdrowiem. Przeloty odbywają się nocą. Samolot leci do Moskwy i dopiero z tego
lotniska trzeba jechać autokarem do Smoleńska aż pięć godzin w jedną stronę.
Jak ocenia Pan projekt pomnika, który prezydenci Polski i Rosji chcą
wspólnie postawić w Smoleńsku?
– Prezydent Komorowski podczas prezentacji pomnika powiedział m.in., że ma on
łączyć oba narody. Moim zdaniem, już sama jego forma, którą jest mur, temu
przeczy, bo mur to symbol podziału, np. mur berliński, mur w Izraelu. Kiedy
oglądam projekt pomnika, mam też obawę, że jego część, którą jest obszerna
platforma, może przykryć teren miejsca katastrofy, który – jak twierdzą polscy
archeolodzy – do końca nie jest zbadany. Poza tym bardziej interesuje mnie
sprawa budowy pomnika przed Pałacem Prezydenckim i fakt, iż ci, którzy chcą go
wznieść, nie dostają na to pozwolenia władz.
Pana Córka była bardzo lubiana przez pasażerów, którymi opiekowała się
podczas lotu.
– Justyna szczególnie ciepło mówiła o prezydencie Lechu Kaczyńskim i osobach z
jego otoczenia. Twierdziła, że to ludzie wielkiej kultury, także osobistej.
Według jej słów prezydent za każdym razem, kiedy wchodził do samolotu, witał się
z całą załogą, a kobiety całował w rękę. Był bardzo uprzejmy i szarmancki.
Justyna była bardzo lubiana przez VIP-ów. Zawsze witała ich z uśmiechem, miłym
słowem. Kiedy przypominała pasażerom, aby zapięli pasy, a czasem im w tym
pomagała, to również z uśmiechem. Była osobą bardzo otwartą, zawsze chętną do
pomocy, szczerą. Te wszystkie jej cechy osobowości potwierdzają ci, którzy z nią
latali. Bardzo cenili ją jako fachowca, ale przede wszystkim jako człowieka. W
36. Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego latała dwa lata. Była z tej pracy
bardzo zadowolona, głównie dlatego, że po prostu kochała latać i być pomocna
ludziom.
Dziękuję za rozmowę.
