Mutacja po in vitro

Z prof. Stanisławem Cebratem, kierownikiem Zakładu Genomiki
Uniwersytetu Wrocławskiego, rozmawia Mariusz Bober
.

Rząd PO – PSL nie rezygnuje z przeforsowania w Sejmie ustawy o in vitro.
Nie wiadomo jeszcze dokładnie, czy w wersji Jarosława Gowina, czy poseł
Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Jak powinny wyglądać regulacje?

– Dla mnie nie ma znaczenia, kto jest autorem projektu i do jakiej partii
należy. Dyskusję nad jakimkolwiek projektem należy prowadzić w sposób
merytoryczny, zastanowić się nad samym projektem, a w zasadzie jego przedmiotem,
a nie przekonaniami jego autora. We Francji po wygranych wyborach prezydenckich
przez Fran÷ois Hollande´a prawdopodobnie zostaną zliberalizowane przepisy w
dziedzinie in vitro. Ale tam słychać głosy uczonych, że politycy powinni poznać
prawdę o in vitro. A u nas – czy chcą? Przy ocenie zapłodnienia in vitro
uciekamy się często do kryteriów natury moralnej, etycznej, a także religijnej,
odwołując się do tego, czy ktoś wierzy, czy nie, i to właśnie staje się podstawą
naszej oceny lub naszego stanowiska. Jeśli zaś spojrzymy na in vitro jak na
biologiczny eksperyment wykonywany na człowieku, to powinniśmy być mu przeciwni
przede wszystkim ze względu na właśnie biologiczne jego skutki. W moim
przekonaniu, zapłodnienie in vitro powinno być zabronione z powodów
biologicznych, nie mam więc powodów, aby popierać którykolwiek z proponowanych
projektów.

Lewicowi samorządowcy z różnych miast Polski chcą na in vitro zbić
kapitał polityczny, proponując finansowanie procedury przez samorządy. Jak Pan
ocenia takie działania w sytuacji, gdy brakuje pieniędzy na utrzymywanie
szpitali?

– Chciałbym podkreślić, że in vitro nie powinno być rozpatrywane w kategoriach
politycznych, choć w Polsce każda niemal dziedzina jest upolityczniona, nad czym
bardzo boleję. U nas takiego zapłodnienia dokonuje się bez jakiejkolwiek analizy
kosztów tego procederu i faktycznie ponosi je społeczeństwo. Ktoś powie, że to
osoby decydujące się na nią płacą za jej przeprowadzenie. Ale koszty leczenia
schorzeń powstałych na skutek lub po in vitro ponosi społeczeństwo. Profesor
Janusz Gadzinowski [kierownik Katedry i Kliniki Neonatologii Uniwersytetu
Medycznego w Poznaniu, wojewódzki konsultant ds. neonatologii w Wielkopolsce –
red.] powiedział kiedyś wprost: Jeśli władze Polski decydują się na wprowadzenie
in vitro, to muszą liczyć się ze zwiększeniem kosztów funkcjonowania oddziałów
ginekologiczno-położniczych i neonatologicznych. Już samo przyjęcie porodu od
kobiety po in vitro kosztuje trzykrotnie więcej niż po poczęciu naturalnym.
Koszty te poniesie służba zdrowia. Patrząc na problem tych kosztów, należy się
zastanowić, dlaczego są one wyższe. Jeżeli zwolennicy in vitro twierdzą, że ta
procedura nie jest obciążona ryzykiem, to jak można wytłumaczyć ich wzrost po in
vitro? Wniosek jest prosty – ciąże po in vitro są związane ze zwiększonym
ryzykiem zaburzeń ich biologicznego przebiegu. To są tzw. ciąże wysokiego
ryzyka, więc również ich koszty są wyższe. Po in vitro częściej rodzą się
wcześniaki, dzieci z niską masą urodzeniową i kilkadziesiąt razy częściej
zdarzają się (!) ciąże mnogie. Ale wraz z rozwojem dziecka, już po jego
urodzeniu, te koszty mogą jeszcze szybciej rosnąć ze względu na zwiększone
prawdopodobieństwo wystąpienia wad genetycznych. Gdy mówimy o tym, podnosi się
krzyk zwolenników tej procedury. Ale to tylko pokazuje, jak funkcjonuje lobby
popierające in vitro.

Chcą zakrzyczeć słabość swoich argumentów, bo chodzi o wielkie
pieniądze?

– Ogromne. A w przypadku legalizacji in vitro i jego umieszczenia na liście
procedur refundowanych, tych pieniędzy będzie jeszcze więcej, bo będą napływały
i z NFZ, i od klientów. Jest to trochę podobne do sytuacji firm
farmaceutycznych, które walczą o umieszczenie swoich medykamentów na liście
leków refundowanych.

Dlaczego placówki służby zdrowia nie reagują na plany wprowadzenia in
vitro?

– Już widoczny jest opór wśród pediatrów w Polsce, a myślę, że wkrótce będzie on
jeszcze silniejszy. Mam nadzieję, że niebawem do grona przeciwników in vitro
dołączą też firmy ubezpieczeniowe, gdy zorientują się, że muszą ponosić koszty
leczenia poczętych w ten sposób dzieci z wadami wrodzonymi. Należy jednak
zaznaczyć, że wiele defektów może się ujawnić dopiero w następnych pokoleniach,
tego nawet firmy ubezpieczeniowe nie dostrzegą. Problemem jest również to, że
procedura in vitro jest stosunkowo prosta i należy ją lokować bardziej po
stronie biznesu, i to doraźnego biznesu, niż nauki czy medycyny. W nauce są
dziedziny, które można by porównywać z technologiami in vitro, w których
dyskusja toczy się bardzo rzetelnie. Przykładem są np. terapie genowe. Są one
niezwykle trudne. Znany jest przypadek człowieka, którego poddano takiej
terapii, choć mógłby żyć bez niej, tyle że odczuwając pewne dolegliwości. Po
zastosowaniu tej terapii zmarł. Cały świat mówił wtedy o tym. Tymczasem w
przypadku in vitro, które jest relatywnie prostą, choć ryzykowną procedurą, mamy
zupełnie inną sytuację. W wyniku zastosowania tej metody urodziło się na świecie
ok. 4 mln ludzi, i nie bardzo wiadomo, jaki jest ich status zdrowotny. A mogłoby
się wydawać, że in vitro i terapia genetyczna to w gruncie rzeczy podobne
procedury. Mało tego, in vitro nie różni się istotnie od metod wytwarzania
organizmów modyfikowanych genetycznie (GMO). Wytwarzanie takich organizmów jest
ściśle regulowane prawnie, in vitro – nie. W polskich przepisach znajduje się
nawet sformułowanie, że jeżeli mówimy o GMO, to chodzi o organizmy "inne niż
człowiek", to znaczy, że ktoś zauważył, iż nie ma tu istotnej różnicy.

W Polsce celowo ukrywa się informacje o skutkach stosowania zapłodnienia
pozaustrojowego?

– Powiedziałbym raczej, że celowo nie prowadzi się takich badań. Dotyczy to
zresztą nie tylko Polski. Wydaje się czymś oczywistym, że powinno się śledzić
rozwój wszystkich dzieci (można już powiedzieć – i dorosłych ludzi) urodzonych
po in vitro. Mielibyśmy wtedy bardzo dobre, rzetelne statystyki dotyczące ich
stanu zdrowia i statusu genetycznego. Tymczasem żeby dowiedzieć się czegoś na
temat częstości występowania defektu po in vitro, należy zebrać grupę wszystkich
chorych na daną chorobę i sprawdzić, kto z nich urodził się po in vitro. Takie
badania statystyczne są bardzo niewiarygodne, ponieważ sposób poczęcia nie jest
jawny.

Jakie ryzyko niesie rozpowszechnienie in vitro, jeśli chodzi o dalszy
rozwój społeczeństwa? Czy nie pojawia się ryzyko kazirodztwa i jakie to może
mieć konsekwencje?

– Jeżeli ktoś twierdzi, że in vitro jest bezpieczną procedurą, niosącą ryzyko
urodzenia dziecka z defektem genetycznym nie większym niż po naturalnym
poczęciu, to po prostu kłamie. I nie trzeba odwoływać się tutaj do statystyk, do
których można mieć bardzo krytyczny stosunek. Wystarczy rozważyć oczywiste prawa
biologiczne. In vitro proponuje się między innymi w przypadkach, gdy mężczyzna
produkuje bardzo mało plemników. Zresztą proponuje się wtedy bezpośrednie
wstrzyknięcie plemnika do komórki jajowej. Pytanie: z jakiego powodu mężczyzna
nie produkuje plemników? Odpowiedzi może być wiele. Pierwsza: ponieważ ma
genetyczny defekt w chromosomie Y. Jeżeli dzięki in vitro urodzi mu się syn, to
z całą pewnością będzie on bezpłodny. Druga możliwość: bo doszło do tak zwanej
zrównoważonej aberracji chromosomowej w jego informacji genetycznej. Chociaż
taki mężczyzna jest zupełnie zdrowy, to natura w takich przypadkach blokuje
możliwość powstawania gamet (w tym przypadku plemników), żeby wyeliminować
możliwość urodzenia dziecka z ciężkim defektem genetycznym. In vitro przełamuje
tę barierę. Trzecia możliwość: mężczyzna cierpi na łagodną postać mukowiscydozy,
blokującej rozwój nasieniowodów. Plemniki są produkowane, ale nie pojawiają się
w ejakulacie. W tym przypadku każde jego dziecko będzie mieć w swoim genomie
defektywny gen odpowiedzialny za mukowiscydozę. Jeżeli od matki uzyska drugi
defektywny gen, to będzie ono cierpieć na tę chorobę, być może już w postaci
śmiertelnej. W naszej populacji jedna matka na 25 jest właśnie nosicielką
takiego defektu. Takich barier jest wiele, o wielu z nich prawdopodobnie nie
mamy nawet pojęcia – in vitro je łamie, a skutki tego po prostu muszą się
negatywnie odbić na strukturze genetycznej dzieci.
Problem możliwości kazirodztwa jest często podnoszony przez przeciwników in
vitro, ale myślę, że jest on przerysowany.

Na świecie ujawniane są nowe informacje na temat skutków in vitro?
– W USA wykonuje się tego rodzaju badania statystyczne na dość dużych grupach
ludzi, zwykle jednak dotyczą one jedynie informacji na temat samego "sukcesu"
urodzenia, a nie statusu zdrowotnego noworodka. Zasadniczo na świecie nie
przeprowadza się pełnych, rzetelnych badań prospektywnych, a więc opartych na
zbieraniu danych o życiu dzieci poczętych tą metodą od urodzenia po zgon. Mimo
to znany jest już fakt, że więcej dzieci z defektami genetycznymi rodzi się po
in vitro. Notuje się np. niemal 10-krotny wzrost zachorowań na retinoblastomę,
czyli siatkówczaka (postać sporadyczną, która nie jest skutkiem odziedziczenia
defektywnego genu od któregoś z rodziców). Jest to prawdopodobnie skutek mutacji
z powodu zastosowania procedury in vitro. Tak duży wzrost częstości mutacji na
dłuższą metę jest zabójczy dla populacji, która nie zniesie takiego "obciążenia"
genetycznego.

W opublikowanej wraz z córką prof. Małgorzatą Cebrat książce pt.
"Człowiek przejrzysty, czyli jego problemy z własną genetyką" ostrzega Pan też
przed stosowaniem metod eugeniki przy in vitro poprzez dobieranie cech
"zamawianego" dziecka…

– Podczas tej procedury można wybierać zarodki i badać je przed implantacją, aby
wybrać ten o cechach pożądanych przez rodziców. To jest niebezpieczne. Są dwa
aspekty tego problemu. Po pierwsze, ludziom wydaje się, że wiedzą, jakie cechy
dziecka trzeba wyeliminować. Tak samo uważali nasi przodkowie kilkaset lat temu.
W okresie międzywojennym hasła eugeniki były często podnoszone, i to przez
naukowców. Twierdzili oni, że wiedzą, co jest złe, i że należy to eliminować (na
przykład chorych na gruźlicę lub epilepsję). Ale ocena wartości genów wcale nie
jest taka jasna i oczywista. I tu jest drugi ważny aspekt. Zdarza się bowiem, że
w pewnych naturalnych okolicznościach defekt genetyczny tylko jednego z dwóch
alleli u danego człowieka może być korzystny dla niego i wręcz umożliwić mu
przeżycie. Znamy wiele takich przypadków.

In vitro jest więc współczesną wersją mitu o panowaniu człowieka nad
naturą, ujarzmienia własnego organizmu?

– Jest narzędziem pozwalającym na wprowadzenie w życie różnych innych procedur
eugenicznych, gdy tylko ktoś przekona daną osobę czy nawet całe społeczeństwo,
że warto wyeliminować jakąś cechę organizmu, którą uzna się za defekt genetyczny
albo która będzie po prostu niemodna. Rzeczywiście poprzez in vitro łatwiej to
zrobić, nie wspominając o tym, że jest ono także furtką do klonowania człowieka.
Jednak to jeszcze nie wszystkie problemy wywoływane przez in vitro…

Jakie jeszcze pociąga za sobą skutki?
– Zakłóca mechanizm piętnowania rodzicielskiego (ang. Imprinting). Podczas
procedury in vitro może zmienić się profil aktywności genów, tak że "nie
pamiętają" pochodzenia – czy są od matki, czy od ojca. Te błędy zdarzają się po
in vitro do 10 razy częściej niż po naturalnym poczęciu. Może to prowadzić do
częstszego występowania wad rozwojowych, włącznie z powstawaniem nowotworów.
Prócz tego mogą im towarzyszyć inne wady genetyczne wywołujące określone
choroby. Fakt powstawania takich błędów znany jest biologom zajmującym się
hodowaniem komórek macierzystych i uprzykrza im bardzo życie. Uprzykrza też
życie w technologiach reprodukcji in vitro bydła i… myszy laboratoryjnych. Nie
jest to więc coś nieznanego i byłoby dziwne, gdyby technologie in vitro u ludzi
nie stykały się z tym problemem.

Zalegalizowanie zapłodnienia pozaustrojowego oznaczałoby otwarcie
prawdziwej puszki Pandory?

– Tak może się stać, zwłaszcza że zachłanność firm z tej branży jest bardzo
duża. Niedawno uczestniczyłem w konferencji naukowej, na której pewna badaczka z
Australii zaprezentowała wyniki pozyskiwania komórek jajowych z… dzieci
poddanych aborcji. Najdroższym elementem w in vitro jest bowiem komórka jajowa.
U kobiety, która chce się poddać tej procedurze, trzeba ich produkcję indukować
hormonalnie, co jest niebezpieczne dla zdrowia, ale można też je kupić za kilka
tysięcy dolarów. W trakcie hodowania komórek jajowych w laboratorium
prawdopodobieństwo zakłócenia mechanizmu piętnowania jest zupełnie nie do
oszacowania. Gdy wyraziłem swoją wątpliwość, okazało się, że tego problemu w
ogóle nie rozważano w czasie planowania i wykonywania badań. Proszę sobie
wyobrazić, co mogłoby się stać, gdyby dyktator pokroju Hitlera dysponował takimi
technologiami reprodukcji człowieka, łącznie z produkcją komórek jajowych?
Wówczas potencjał technologiczny do tworzenia "rasy panów" byłby niemal
nieograniczony.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj