Musimy z tej próby wyjść zwycięsko
Homilia ks. kard. Józefa Glempa wygłoszona w katedrze polowej Wojska
Polskiego w czasie Mszy św. w intencji ofiar katastrofy samolotowej pod
Katyniem
Czcigodni pogrążeni
w żałobie słuchacze!
Stajemy dziś licznie przed ołtarzami Pana, aby koić nasz ból. Naszych
bliskich dotknęła nagła i niespodziewana śmierć. W błagalnych suplikacjach
Kościół modli się: „Od nagłej, a niespodziewanej śmierci – zachowaj nas, Panie”.
Oto ta niespodziewana śmierć dotknęła dziś naszych rodaków, co więcej,
prezydenta Rzeczypospolitej, ministrów kierujących naszym życiem państwowym,
biskupów, generałów, duchownych i świeckich. Wierzący lub mniej wierzący stajemy
przed tajemnicą niespodziewanej śmierci i pytamy, czy to ślepy los, czy też wola
Boga, który wszystko przewiduje i działa według swoich planów. Nie damy na to
odpowiedzi teraz. Z czasem będzie odsłaniać się zarys prawdy o ludzkich błędach,
o staranności lub zaniedbaniach, o siłach przyrody itd. Dziś w tym narodowym, a
jakże często rodzinnym i osobistym bólu, potrzebna jest nam solidarność ludzka i
bycie razem. Obejmuje nas tajemnica istnienia na ziemi i jego nagły brak. Przez
nasze narodowe szeregi przeszedł Bóg i przez cieniutką granicę między życiem i
śmiercią skinął na tych najbardziej dojrzałych i poprosił ich prosto z samolotu
do siebie. Tam, w pobliżu Katynia, jest taki dyskretny właz do Nieba. Przed
siedemdziesięciu laty tędy co noc przechodzili polscy żołnierze czwórkami,
kompaniami, ponad 200 co noc. Dziś przeszła grupa skromniejsza, ale za to dwaj
prezydenci, kilku generałów, biskupi, ministrowie, parlamentarzyści. Fundamentem
naszego żalu i bólu jest to, że urwała się nadzieja z nimi łączona. A myśmy się
spodziewali… Każda z rażonych dziś śmiercią osób niosła w sobie nadzieję – dla
siebie i dla nas. Te rachuby się urwały.
Nie mogąc znaleźć łatwej pociechy w
argumentacji ludzkiej, odnieśmy się do Boga i do Jego myśli. Pociesza nas to, że
On w Osobie Jezusa Chrystusa wyprzedził sytuacje, w jakich my się znajdujemy,
oraz to, że objawił nam swoje miłosierdzie. Do ofiar Starego Testamentu dołączył
ofiarę z samego Siebie. Była to śmierć na krzyżu. Śmierć autentyczna,
poświadczona przebiciem boku włócznią. Żałość ludzi z otoczenia Chrystusa była
ogromna. Miał wskrzesić królestwo Ludu wybranego! A tymczasem grób. Był jednak
pod krzyżem starszy setnik, poganin, doświadczony żołnierz, niejednej śmierci
się przyglądał, niejedną śmierć zadał. On przyglądał się śmierci Chrystusa i
stwierdził: „Ten zaiste był Synem Bożym”. Apostołowie po śmierci Pana
zaryglowali się w Wieczerniku, a Zmartwychwstały Pan Jezus przybył mimo
zamkniętych drzwi i nie tylko przekazał im pokój, a więc wyzbycie się lęku, ale
nakazał wyjście: Weźmijcie Ducha Świętego, nauczajcie, odpuszczajcie grzechy,
nie czas na bezczynność. Powtórzył to raz jeszcze dla krytycznego
Tomasza.
Postawa ewangeliczna weszła w nasze życie narodowe. Podam kilka
przykładów. Upadek Powstania Styczniowego był wielką klęską Polaków i wywołał
niesłychane przygnębienie. Zaborca, gdy opanował sytuację, kazał spędzić ludzi
na ul. Długą w Warszawie, gdzie rankiem na stokach cytadeli, a więc w odległości
ok. 400 metrów, powieszono pięciu przywódców powstania razem z Romualdem
Trauguttem. Załamanie było wielkie, ale nie dotknęło istoty nadziei.
Jak
głęboko schowała się nadzieja w sercach, gdy Hitler zatryumfował, gdy rząd
uciekł za granicę, walczący żołnierz się wykrwawił, a obywatelstwo ginęło w
obozach koncentracyjnych. Skąd mogła nadejść nadzieja? A jednak pozostała i
zwyciężała.
Jeszcze jeden dziejowy moment z niedawnych lat. W czasie, gdy
rozrastała się „Solidarność”, Jan Paweł II – nowe natchnienie dla świata –
został śmiertelnie raniony, a Prymas Wyszyński w tym samym miesiącu oddał życie
Bogu, zaś zabójstwo ks. Jerzego miało dowodzić, że wierzyć w ideały nie warto –
wtedy pojawiły się czarne chmury nad nadzieją, ale Naród się nie
załamał.
Przeżywamy ból. Wiele razy przemawiałem w tej katedrze jeszcze za
czasów księdza arcybiskupa Głódzia. Nie myślałem, że przyjdzie mi głosić Słowo
Boże w katedrze polowej po śmierci biskupa polowego Tadeusza Płoskiego, który
zawsze mi przypominał, że to ja go wyświęciłem na diakona. Miał przygotowane
kazanie do wygłoszenia nad grobami w Katyniu. Jakże nie wzruszyć się nad osobą
czcigodnego prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego, który często z ks. Peszkowskim
wspominał kolegów z Kozielska. Pani prezydentowa Maria Kaczyńska podczas Drogi
Krzyżowej w ostatni Wielki Piątek, gdyśmy szli placem Piłsudskiego, w
wyczekiwaniu na minutę, w której mijała piąta rocznica śmierci Jana Pawła II,
chwyciła mnie ciepło za rękę, aby ominąć kałuże wody. Każdy z nas ma wiele
wspomnień, które łączą go z ofiarami tragedii smoleńskiej.
Musimy z tej próby
wyjść zwycięsko. Nad grobami Katynia powiewa chorągiew miłosierdzia Bożego,
dojrzeją owoce tych ofiar i będą promieniować czynami i dziełami sąsiedzkiej
życzliwości i dobrych czynów.
Amen.
