Mówiąc o pokoju, Platforma podkłada ogień

Z Arturem Górskim, posłem PiS ubiegającym się o reelekcję z warszawskiej
listy Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Maciej Walaszczyk

Warszawska lista PiS to "lista śmierci", multum bardzo znanych nazwisk, w
2005 r. zdobył Pan mandat z 20. miejsca i z 8. miejsca 4 lata temu. Teraz może
być ciężej.

– Myślę, że czterech lat ostatniej kadencji Sejmu nie przespałem. Uczciwie
pracowałem w Sejmie i w środowisku lokalnym. Walczyłem o sprawy najważniejsze
dla Polski i pomagałem w trudnych sprawach zwyczajnym ludziom. Całkiem serio
potraktowałem pracę parlamentarną jako służbę publiczną. Dostrzegły to władze
PiS, przesuwając mnie nieco wyżej na liście kandydatów. Mam nadzieję, że zauważą
to także wyborcy, oddając na mnie głosy.

Ale wyborcy warszawscy mają do wyboru samego prezesa.
– Prezes Kaczyński jest od wielkiej polityki. Ja od pracy z ludźmi, od
codziennego kontaktu z wyborcami. Prezes Kaczyński jest od układania i
realizowania strategii politycznych, w które czasem wpisuje się kompromis, ja
mogę pozwolić sobie na bezkompromisowość w obronie zasad katolickich. Jarosław
Kaczyński musi być przewodnikiem i autorytetem dla wielu grup społecznych,
wyborców centrum i prawicy, ja – jako poseł prawicy konserwatywnej – staram się
godnie reprezentować tych wyborców, dla których najważniejsze są wiara,
tradycja, rodzina i własność. No i na koniec powtarzam, że prezes Kaczyński i
tak zostanie wybrany, i to przytłaczającą większością głosów, a ja muszę
zabiegać o każdy "katolicki" głos, gdyż faktycznie konkurencja na liście jest
bardzo duża, jest na niej wielu znakomitych, przyzwoitych ludzi.

Gdyby przyszło Panu zdiagnozować najbardziej negatywne zjawisko mijających
czterech lat. Mną na przykład najbardziej wstrząsnął widok tłumu atakującego
grupkę osób modlących się pod krzyżem przed Pałacem Prezydenckim. Ale były też:
katastrofa smoleńska, morderstwo polityczne w Łodzi, afery z udziałem rządowych
polityków.

– Wszystkie te wydarzenia mają jeden wspólny mianownik. Były pokazywane
nieprawdziwie, zostały użyte do manipulacji i do prowokacji, do jątrzenia i
budzenia nienawiści, lub były owocami takiej polityki i takiego przekazu
medialnego. Za obecnych rządów kłamstwo uzyskało legitymację, stało się
oficjalną doktryną tej władzy. Politycy PO, mówiąc o pokoju, wciąż prowadzą
wojnę, już nie tylko z opozycją, wykorzystując do tego media, ale przez fatalną,
sprzedajną politykę walczą z własnym Narodem, ze znaczną jego częścią, która nie
godzi się na poniżenie i rozkradanie Polski. Bo polityka tej władzy jest
wymierzona w Polskę, to jest antypolska polityka, a najlepszym przykładem na to,
że dla tego rządu często bardziej liczy się interes i dobre samopoczucie Rosjan
niż dobro własnego państwa i narodu, jest wszystko to, co działo się wokół
rozwikłania tajemnicy katastrofy smoleńskiej. W tej sprawie byliśmy świadkami
gry pozorów ze strony naszego rządu, który udawał, że zależy mu na wyjaśnieniu
przyczyn katastrofy, a nie potrafił nawet sprowadzić do Polski wraku samolotu,
który przecież jest własnością państwa polskiego i kluczowym dowodem w sprawie.
Albo umowa gazowa z Rosją, która także jest dla nas niekorzystna. Tak, mamy
jeszcze do czynienia z drugą doktryną tej władzy, a zamyka się ona w słowach:
serwilizm wobec Rosji.

Po uroczystościach po katastrofie w Smoleńsku oskarżył Pan Rosjan o
mataczenie i złe intencje. Po półtora roku, czytając wywiad "Oskarżam Moskwę",
trudno uznać, że Pan przesadził.

– Gdy udzielałem tego wywiadu, miałem wyraźne sygnały ze strony dziennikarzy,
którzy byli na miejscu katastrofy, że Rosjanie utrudniali im pracę i
manipulowali, podsuwając nieprawdziwe informacje, choćby z tym wielokrotnym
podchodzeniem samolotu do lądowania. Od początku Rosjanie zachowywali się tak,
jakby chcieli coś ukryć. Myślę, że niżsi funkcjonariusze rosyjscy, którzy
znaleźli się na miejscu katastrofy, a doskonale znają swoją władzę, sami nie
wiedzieli, czy to był wypadek, czy to tylko miało wyglądać jak wypadek. No, ale
gdyby to był wypadek, tylko zbieg fatalnych okoliczności, to po stronie
rosyjskiej powinna pojawić się refleksja. Należałoby oczekiwać pełnego otwarcia,
rzeczywistej współpracy i przede wszystkim zwrotu szczątków samolotu, czyli
chęci szybkiego ukazania prawdy. Taka refleksja nie nastąpiła. A dowody, które
ujawniło śledztwo dziennikarskie "Naszego Dziennika" i zespół Antoniego
Macierewicza, tylko te wątpliwości pogłębiły. Wtedy mogło się zdawać, że
oskarżyłem Moskwę o złą wolę zbyt pochopnie, dziś wiemy, że Moskwa nie tylko nie
wykazała dobrej woli, ale Rosjanie dopuścili się jeszcze wielu zaniedbań, które
mogły przyczynić się do tej katastrofy, począwszy od braku sprawnego oświetlenia
pasa startowego, a skończywszy na nieprecyzyjnym naprowadzaniu samolotu przez
wieżę, które mogło być naprowadzeniem "na śmierć".

Opozycja nie miała łatwego życia w tej kadencji Sejmu.
– Rola posła opozycji jest niełatwa, a praca sejmowa bardzo często skazana na
niepowodzenie. Ja zająłem się administracją publiczną i społeczeństwem
informacyjnym, a także nauką i szkolnictwem wyższym, między innymi
przeciwstawiając się komercjalizacji publicznego szkolnictwa wyższego. Ponadto
działałem na rzecz obrony praw Polaków z Wileńszczyzny, pracowałem w komisji,
która zajmowała się obywatelskim projektem ustawy o repatriacji Polaków z
dawnych terenów ZSRS. Oczywiście angażowałem się w spory ideowe,
światopoglądowe. Występowałem za zakazem metody sztucznego zapłodnienia in vitro
i zrównania praw związków homoseksualnych z prawami rodzin heteroseksualnych,
opowiadałem się za pełną ochroną życia ludzkiego, a także występowałem w obronie
chrześcijan prześladowanych na świecie. Z satysfakcją mogę powiedzieć, że według
Katolickiego Latarnika Wyborczego we wszystkich najważniejszych głosowaniach
byłem zgodny z katolicką nauką społeczną. Co do sukcesów, to mogę mieć
satysfakcję, że w pracach komisji i podkomisji udało mi się w wielu miejscach
poprawić ustawy, wyeliminować z nich niektóre szczególnie niebezpieczne zapisy.
Często jesteśmy zaniepokojeni prawem, które Sejm uchwala. Zapewniam państwa, że
to prawo mogło być w wielu przypadkach jeszcze gorsze, jeszcze bardziej
niebezpieczne.

Podobno podjął Pan moralne zobowiązanie, że w nowej kadencji Sejmu wróci do
obywatelskiego projektu, który przewidywał całkowitą delegalizację aborcji.

– Owszem, dodam jeszcze postulat bardziej aktywnego prowadzenia polityki
prorodzinnej. Będę namawiał moich kolegów posłów, aby w kolejnej kadencji Sejmu
projekt obywatelski został złożony jako projekt poselski. Oczywiście zrobimy to
w pełnym porozumieniu ze środowiskami obrońców życia. Ponieważ projekt ten
został odrzucony tylko pięcioma głosami, można mieć nadzieję, że jeśli wybory
wygra PiS, to uchwalimy tę ustawę. Byłem w gronie wnioskodawców dwóch ważnych
projektów: jednego, który z mocy prawa miał przekształcać użytkowanie wieczyste
we własność, co jest istotne również dla Warszawy, a także drugiego projektu,
który miał likwidować tzw. podatek Belki w odniesieniu do kont osobistych.
Uważam, że wobec narastającej biedy trzeba zrobić wszystko, aby fiskus nie
drenował kieszeni obywateli, czyli w tym przypadku pozostawił na ich kontach
więcej pieniędzy, tym samym zwiększając bezpieczeństwo finansowe rodzin.
Pierwszy projekt ugrzązł w komisji, a drugi przeleżał w szufladzie marszałka
Sejmu. Wraz z końcem kadencji oba trafiły do śmieci i trzeba będzie je ponownie
złożyć.
No i oczywiście będę kontynuował walkę o prawa Polaków mieszkających na Kresach
dawnej Rzeczypospolitej, a szczególnie na Wileńszczyźnie. Na tym odcinku rząd
Tuska poniósł całkowitą porażkę, więc na pewno pracy mi nie zabraknie. Tak jak i
w tej kadencji mam zamiar zgłosić swój akces do Zgromadzenia Parlamentarnego
Sejmu i Senatu RP i Sejmu Republiki Litewskiej.

Dlaczego rząd ograniczył dostęp do informacji publicznej?
– Sprawa faktycznie jest bulwersująca i karygodna, a przede wszystkim
przeprowadzona w sposób skandaliczny, z naruszeniem Konstytucji. Tutaj PO
działała na bezczelnego, nie licząc się z niczym i z nikim. Wymyślono, że prawo
dostępu do informacji publicznej można ograniczyć z powodu ważnego interesu
gospodarczego państwa, ale tak naprawdę chodzi tu o interes tych, którzy będą
gospodarować majątkiem Skarbu Państwa. Zapisy, które wprowadzono do ustawy o
dostępie do informacji publicznej na ostatnim posiedzeniu Sejmu, ograniczają
prawa obywateli do kontroli władzy publicznej w zakresie gospodarowania
majątkiem narodowym, a zatem naszym, wspólnym. Teraz pod pretekstem ochrony
interesu gospodarczego państwa urzędnicy będą mogli uznaniowo utajniać dokumenty
i informacje dotyczące np. sprzedaży tego majątku. Co prawda prezydent RP
zapowiedział skierowanie ustawy do Trybunału Konstytucyjnego, ale tylko w
zakresie trybu wprowadzenia tych zapisów, a nie co do meritum rozstrzygnięcia,
które krytykowali liczni eksperci. W każdym razie wprowadzono zapisy, które
kłócą się z ideą nowelizacji, zamiast rozszerzyć dostęp do informacji
publicznej, drastycznie go ograniczono, co niewątpliwie zwiększy pole do
korupcji i nieprawidłowości.

Pana zdaniem, Polskę czeka scenariusz węgierski, a więc kolejne lata rządów
PO do spółki z PSL i SLD i kryzys polityczny, który zmiecie establishment?

– Ja myślę, że my te wybory wygramy. Mówią, że nie mamy zdolności koalicyjnej,
ale zapewniam pana, że partia, która znacząco wygrywa wybory, taką zdolność
uzyskuje. Jeśli wygramy wybory, a prezydent Komorowski desygnuje na premiera
Tuska czy innego polityka liberalno-lewicowego, to będzie oznaczało, że
powstanie rząd PO z SLD, a może i z Palikotem. Jestem przekonany, że dla wielu
posłów PO taka koalicja będzie nie na rękę, gdyż ostatecznie obnaży ich
bezideowość. Taka koalicja nie tylko nie będzie spójna politycznie, ale
przesunie PO w lewo, a to oznacza, że bardzo szybko wielu wyborców Platformy,
szczególnie tych chodzących w niedzielę do kościoła, poczuje się zawiedzionych i
oszukanych. No i wobec drugiej fali kryzysu taki rząd nie będzie w stanie
prowadzić konsekwentnej, spójnej polityki, gdyż będzie rozdzierany wewnętrznymi
sprzecznościami. W takiej sytuacji nie miną dwa lata i będziemy mieli kolejne
wybory, a wówczas PiS ma szansę uzyskać ponad połowę wszystkich mandatów i
samodzielną władzę. Prezydent Komorowski będzie musiał wtedy powierzyć misję
stworzenia rządu liderowi jedynej parlamentarnej opozycji Jarosławowi
Kaczyńskiemu. Scenariusz nierealny? Zobaczymy.

Jest Pan jednym z niewielu posłów mocno zaangażowanych w ochronę praw Polaków
z Wileńszczyzny. Co polskie władze powinny robić, by skutecznie zmusić Litwinów
do przestrzegania praw, które tamtejszym Polakom gwarantuje wiele
międzynarodowych traktatów i konwencji?

– To była kolejna spóźniona interwencja polskiego rządu, która nie przyniosła
nic poza chwilowym efektem medialnym. Ponieważ Litwini zastrzegają się, że
ustawy oświatowej nie zamierzają nowelizować, wszelkie rozmowy nie mogą
przynieść pozytywnego efektu. Skoro premierowi Tuskowi ponoć tak bardzo zależy
na poprawie sytuacji Polaków na Litwie, powinien jeździć do Wilna kilka miesięcy
temu, gdy trwały prace nad tą ustawą. Wtedy był czas, by spotykać się z
przedstawicielami rządu i prawicowej większości sejmu litewskiego i złożyć
konkretne propozycje współpracy w obszarze gospodarki czy choćby energetyki, w
zamian za odstąpienie od kilku artykułów reformy oświaty, które uderzają w
polską mniejszość. Litwini są interesowni i gotowi do robienia z nami interesów
gospodarczych i realizowania wspólnych inwestycji. Mogliśmy to wykorzystać.
Obecnie pozostaje jedynie interwencja na arenie międzynarodowej. Ale ten rząd
jest zbyt tchórzliwy, żeby dla tak "marginalnej" sprawy, jak ochrona polskiej
mniejszości na Litwie, poruszać sprężyny polityki europejskiej, a przecież okres
prezydencji byłby najlepszy do tego typu działań. Protesty polskich posłów w
Parlamencie Europejskim są ważne, ale to polski rząd musi wystąpić oficjalnie ze
skargą na państwo litewskie. Trzeba w tę sprawę wciągnąć siłą rządowego
autorytetu wszelkie europejskie instytucje, które zajmują się ochroną praw
mniejszości i ogólnie prawami człowieka. Wiemy, że Litwa jest czuła, jeśli
chodzi o jej wizerunek w Unii Europejskiej. Jestem przekonany, że w przypadku
zdecydowanego pogorszenia relacji polsko-litewskich same władze UE wymuszą na
Litwie zmianę jej polityki względem mniejszości narodowych.

Zaskoczyła Pana odmowa zarejestrowania list komitetu Prawicy Rzeczypospolitej
oraz to, co przytrafiło się Nowej Prawicy?

– Takiego scenariusza nie przewidywałem. Jeśli chodzi o Prawicę RP, to po
połączeniu jej z partią Jerzego Roberta Nowaka chyba nikt nie wątpił, że
zarejestruje się w ponad połowie okręgów i zawalczy o wejście do Sejmu.
Tymczasem Marek Jurek postawił się poza Sejmem na kolejną kadencję, co
niewątpliwie jest ze szkodą dla polskiego parlamentaryzmu i spraw, o które
walczymy w Sejmie, a które są bliskie marszałkowi. W przypadku Nowej Prawicy jej
casus pokazał wadliwość obecnego prawa wyborczego, które może być interpretowane
na niekorzyść komitetów wyborczych. Odmawiając rejestracji Nowej Prawicy, choć
ta spełniła warunki formalne, dokonano precedensu, który może zemścić się na
całym systemie demokratycznym. Pozbawiono partię szans na mandaty nie wolą
wyborców, tylko uznaniową decyzją urzędników. To jest niebezpieczna sytuacja,
która oznacza, że w nowej kadencji Sejmu trzeba będzie nowelizować kodeks
wyborczy, by w przyszłości uniknąć tego typu sytuacji. Ale brak w Sejmie innych
partii prawicowych musi oznaczać jeszcze jedną rzecz, otóż konsolidację posłów
katolicko-konserwatywnych. Musimy po wyborach się odnaleźć, zorganizować w
środowisko polityczne w ramach Klubu Parlamentarnego PiS i podejmować inicjatywy
legislacyjne, które będą realizowały oczekiwania elektoratu
prawicowo-katolickiego.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj