Moralne gotowce?
Spór na temat antykoncepcji toczy się w tzw. cywilizacji atlantyckiej prawie wyłącznie w obrębie wspólnoty katolickiej. Reszta świata, zdaje się, tę sprawę już przesądziła: albo nie ma się żadnych wątpliwości odnośnie do jakoby godziwości takich praktyk, albo też uważa się je za możliwe do oceny wyłącznie prywatnej, rachującej nade wszystko moralne „samopoczucie” samych zainteresowanych. Z tej globalnej perspektywy patrząc, można sensownie powiedzieć, że dobrze, iż katolicy się w tej sprawie jeszcze spierają. Gdyby byli jak owa „reszta świata”, to by znaczyło, że i ich samych trzeba posolić, co byłoby już jednak niewykonalne. Możemy się zatem cieszyć, bo jeszcze żyjemy, skoro się spieramy. Ale nasza sytuacja jest z pewnością dużo lepsza od tej okołoagonalnej, kiedy to chory przejawia tylko ślady żywotności. Magisterium Kościoła nie funduje bowiem wiernym jakichś tzw. pobożnych ogólników, z których nic ważnego nie wynika odnośnie do własnego postępowania. Otrzymujemy natomiast wręcz krystaliczną poznawczo sytuację odnośnie do oceny antykoncepcji. Niektórych to niepokoi – jak zbyt dobra pogoda, kiedy się nie zmienia – bo jakoby świadczy o infantylności świata katolickiego, funkcjonującego z użyciem moralnych „gotowców”, produktów do natychmiastowego spożycia, nadających się zatem dla bezradnych dzieci lub osobników infantylnych, nieużywających rozumu, z braku informacji o jego istnieniu. Aby nie nadstawiać się na te niecne podejrzenia, niekiedy zatem modeluje się fryzurę katolików jakimś żelem, np. organizując modne dzisiaj debaty „za, a nawet przeciw”. Widzowie mają wrażenie wreszcie własnego dowartościowania, doświadczenia klimatu otwartości i tolerancji dla różnych poglądów. Oddychają jakby z ulgą, niosąc do domów w teczkach zarówno „Miłość i odpowiedzialność” K. Wojtyły, jak i „Etykę w działaniu” J. Hołówki, jakoś przeoczając, iż tak złożony tandem mocą ogólnoludzkiej słabości już wręcz szybuje w tym ostatnim kierunku – w dół – powagą papieskiego autorytetu.
Przed tym szybowaniem mają chronić trafne moralne „gotowce” – czyli normy moralne zawsze i wszędzie obowiązujące, będące moralnymi zakazami. Są one, po pierwsze, wyrazem szacunku dla godności człowieka jako istoty rozumnej, zdolnej zatem do odczytania prawdy na swój własny temat. Wszystkie działania, które uderzają w tę ludzką naturę, muszą być uznane za zawsze i wszędzie moralnie negatywne. Czemu zatem biadolić, że magisterium Kościoła rozsyła wszystkim – byle „dobrej woli” – informacje, czego zawsze czynić nie należy? Owo „nie wolno” – przybierające w istocie rozumnej postać „nie powinienem” – stoi na straży naszego człowieczeństwa, na straży dobra człowieka jako człowieka, wyznaczonego przez jego człowieczeństwo. Czyżby pasterzom Kościoła miałaby być obojętna troska o owo dobro człowieka jako człowieka?
Po drugie, zapominają krytycy Kościoła katolickiego – zaniepokojeni panującą tam bardzo dobrą pogodą dla bezpiecznego dla naszego człowieczeństwa żeglowania, iż człowiek chętnie i regularnie zapomina o własnej, bo trudnej wielkości. Z tego też powodu trzeba mu przypominać sprawy najbardziej elementarne. Arystoteles zauważył, że pewne sytuacje moralne człowieka mogą być beznadziejne, bo skutkiem przywiązania do zła następuje jego nieidentyfikowanie. Aby nawet w tych beznadziejnych, według Arystotelesa, sytuacjach znaleźć wyjście, ustawiono ludzkości aż kamienne tablice z moralnymi „drogowskazami”, obowiązującymi na zawsze. Chociaż są one ciągle wywracane, to jednak cierpliwie na nowo ustawia je magisterium Kościoła. Widać, poważnie traktuje ludzką słabość. Narzekanie na zbyt czytelne niebo katolickich moralnych wymagań to zatem tylko racjonalizacja swojego moralnego dryfowania, które znakomicie wypada we własnych oczach dopiero przy złej pogodzie.
Marek Czachorowski
