Młodzi zdalnie sterowani

Rząd Donalda Tuska zdaje sobie sprawę, że wychowanie i edukacja to doskonałe
narzędzia celowego i świadomego sterowania społecznego. W tym obszarze wykazuje
się wyjątkową wręcz aktywnością i uporem. Trzy jego ustawy: o przeciwdziałaniu
przemocy w rodzinie, o kolejnej reformie szkolnictwa oraz o nauce i szkołach
wyższych obejmują swoim zakresem ten etap życia człowieka, w którym kształtuje
się jego społeczna osobowość.

Stare porzekadło mówi, że rozum jest rzeczą najsprawiedliwiej podzieloną między
ludźmi, bo nikt się nie skarży, że ma go za mało. Zauważenie u siebie jakichś
deficytów intelektualnych jest też chyba ostatnią rzeczą, która przychodzi do
głowy współczesnym Polakom. Pycha i samozadowolenie z własnego wyposażenia
umysłowego rozpierają zwłaszcza młodych, wykształconych mieszkańców wielkich
miast. Sądzą oni, że wykształcenie jest czymś, co otrzymali w pakiecie z
młodością, modnym strojem, chodzeniem do kin i galerii handlowych, głosowaniem
na Platformę Obywatelską oraz ukończeniem jakiejś szkoły półwyższej na fali
boomu oświatowego. Wiedza stała się przeżytkiem, od kiedy istnieje Wikipedia. Co
należy myśleć i mówić na dany temat, dyktuje im codziennie poranna gazeta.
Wieczorem utrwala to "Szkło kontaktowe". Dla ambitnych, którzy chcą błyszczeć,
jest jeszcze jakiś cotygodniowy "Niezbędnik Inteligenta" lub "Wysokie Obcasy".
Przy tym wszystkim najtrudniejsze i najrzadsze w Polsce jest spotkanie człowieka
prawdziwie inteligentnego. Pół biedy jeszcze, jeśli ma się grono przyjaciół, z
którymi można normalnie porozmawiać, jakąś własną wieżę z kości słoniowej. Ale
poza tymi enklawami jedną z największych uciążliwości codziennego życia jest
konieczność funkcjonowania w społeczeństwie zadowolonych z siebie idiotów, wśród
których – jak wynika z badań – wraz ze wzrostem poziomu formalnego
wykształcenia, spada czytelnictwo.
Najciekawszą cechą okresów przełomowych w naszej najnowszej historii, która
niestety mało interesuje historyków, jest wpływ, jaki ważne wydarzenia wywierają
na życie umysłowe Narodu. Przełomowe lata 1979-1981 oraz następstwa kulturalne
roku 1989 wykazują pod tym względem uderzającą różnicę.
Powstaniu pierwszej "Solidarności" towarzyszyło niezwykłe ożywienie kulturalne
obejmujące wszystkie środowiska społeczne i zawodowe. Biura NZS i "Solidarności"
były wówczas ośrodkami szerokiego kolportażu niezależnej prasy i wydawnictw.
Społeczeństwo wychowane w warunkach komunistycznej propagandy startowało z
niewysokiego poziomu orientacji, ale tym gorliwiej uzupełniało białe plamy w
swojej wiedzy historycznej, poznawało dorobek kulturalny powojennej emigracji i
szukało kontaktu ze swoją prawdziwą intelektualną czołówką. Organizowano cykle
mniej lub bardziej nielegalnych wykładów dla studentów, robotników i wszystkich
zainteresowanych, którzy przychodzili tłumnie. W stanie wojennym Kościół
przygarnął artystów. Dobre książki kupowało się spod lady lub na giełdzie, gdzie
osiągały wysokie ceny, zaś najtrudniej dostępne pożyczano sobie na noc.

Europejskość
z supermarketu

Po roku 1989 ktoś wymyślił jednak, że mamy przełom podobny jak w roku 1918,
powinniśmy więc "zrzucić z ramion płaszcz Konrada", to znaczy całą polską
historię i tradycję odesłać do lamusa, a zająć się tylko "wchodzeniem do
Europy". Początkowo jeszcze próbowano poprawiać PRL-owskie podręczniki szkolne w
duchu uzupełniania białych plam i krzewienia rzetelnej wiedzy; wkrótce jednak w
szkole III RP górę wzięła dydaktyczna komercja. Początkowo też liberalni
intelektualiści z Unii Demokratycznej próbowali odcinać kupony od swoich
opozycyjnych zasług, przez co niektórzy z nich awansowali przejściowo do roli
telewizyjnych gwiazd. Rychło jednak okazało się, że na większą skalę
skuteczniejsza od salonowego stylu bycia prezentowanego przez Unię Demokratyczną
jest pop-kulturowa europeizacja propagowana przez nowe media komercyjne.
Nowoczesność i mityczną europejskość sprowadzały one do kultu wygody i rozrywki,
przez co osławiony proces modernizacji polskiego społeczeństwa stał się w
istocie procesem jego makdonaldyzacji (w rozumieniu George´a Ritzera). Na
kulturę osłabioną i zatrutą półwieczem komunizmu nałożyła się w ten sposób fala
obyczajowego importu i prymitywnej imitacji najgorszych wytworów cywilizacji
zachodniej: konsumpcjonizmu, poprawności politycznej, muzyki pop i związanych z
nią subkultur młodzieżowych. Stara inteligencja liberalna, która była wobec tych
zjawisk nie dość krytyczna, a nawet akceptowała je jako przejawy ducha czasu,
doczekała się rychło usunięcia na margines. Potoczne wyobrażenia o Zachodzie i
nowoczesności zaczął niepodzielnie kształtować supermarket, jako jedyna część
ogromnego dorobku cywilizacji zachodniej znana w praktyce większości polskiej
młodzieży.
W procesie transformacji ustrojowej społeczeństwo polskie dało się więc wpędzić
w pułapkę.

Zgubne skutki pragmatyzmu
Pułapką tą jest utożsamienie nowoczesności ze stylem życia propagowanym przez
reklamy telewizyjne: życia ograniczonego do zarabiania pieniędzy i oddawania się
rozrywkom. Entuzjastyczne przyjęcie tak prymitywnego, radykalnie zredukowanego
wzorca nowoczesności w konsekwencji skazało Polskę na proces postępującej
degradacji kulturowej. Skoro człowieka nowoczesnego rozpoznajemy tylko poprzez
jego sukces zawodowy i rozrywki, którym się oddaje po pracy, to znaczy, że
wszystko, co nie jest biznesem lub zabawą – lub co pracy i zabawie nie służy –
jest "nienowoczesne".
Czytanie książek jest więc nienowoczesne, chyba że robimy to dla rozrywki.
Myślenie jest nienowoczesne, chyba że służy ono naszej firmie. Zajmowanie się
sprawami publicznymi jest nienowoczesne, chyba że jest drogą do stanowisk i
związanych z nimi apanaży. Chodzenie do teatru, galerii czy filharmonii jest
nienowoczesne, chyba że służy temu, żeby "się pokazać". Natomiast chodzenie do
kościoła jest nienowoczesne w każdym wypadku. Podobnie jak nienowoczesne jest
każde bezinteresowne dążenie, na czele z dążeniem do poznania świata i drugiego
człowieka. Jest rzeczą jasną, że społeczeństwo wyznające taką filozofię w
krótkim czasie popada w intelektualny uwiąd, a następnie daje się zdystansować
przez konkurencję.
I to właśnie obserwujemy. Proszę porównać zawartość informacyjną "Die Welt" z
zawartością naszych czołowych dzienników. Proszę zwrócić uwagę na niszowy
charakter naszych pism intelektualnych i ich mikroskopijne nakłady. Większość
poważnych problemów politycznych i społecznych nie jest u nas "medialna", bo w
mediach głównego nurtu króluje wyłącznie pokupna sensacja i polityczny PR. A już
sprawy polityki w zakresie oświaty, kultury narodowej czy szkolnictwa wyższego
są na szarym końcu naszych zainteresowań.
Owszem, Polacy szanują wykształcenie – zwłaszcza u tych, którym daje ono
pieniądze lub prestiż. Ale dla wiedzy nie widzą żadnego zastosowania, poza
zastosowaniem przyziemnie pragmatycznym, w ramach wykonywanego zawodu. Toteż
większość naszych rodaków nie interesuje się niczym poza swoją pracą i rozrywką.
Dlatego tak łatwo jest nimi manipulować w kwestiach, których nie znają z
codziennego doświadczenia, w tym w sprawach politycznych. Dlatego z tak
dziecinną naiwnością przyjmują wszelkie modne ideologie. Dlatego w sztuce nie
odróżniają arcydzieła od kiczu, oryginału od podróbki, a w tzw. życiu
kulturalnym, na fali owczego pędu do cudzoziemszczyzny, wszelkie naśladownictwo
z zasady cenią wyżej niż rzeczywistą oryginalność.
Niemiecki filozof Immanuel Kant zdefiniował w XVIII wieku oświecenie jako
wyzwolenie człowieka z zawinionej przez niego samego niepełnoletniości umysłowej
i porównał je do przejścia od stanu dziecięcej naiwności – do wiedzy i
umiejętności kierowania sobą człowieka pełnoletniego. Pod tym względem Polacy
cierpią na głęboką i zawinioną przez siebie niepełnoletność. Nie są tego
świadomi, bo zasadą systemu, który większość z nich entuzjastycznie popiera,
jest utrzymywanie ich w stanie umysłowej niesamodzielności. A kolejne jego
reformy mają tę cechę, że coraz bardziej starają się zamieniać ludzi dorosłych w
dzieci.

Edukacja wtłacza w system
O ile dorośli sami kierują swoim postępowaniem, o tyle życie dzieci kierowane
jest z zewnątrz. Z tego punktu widzenia można więc zauważyć, że współczesne
objawy regresu kultury i degradacji życia umysłowego mogą być nie tylko skutkiem
procesów, nad którymi nikt nie ma kontroli, ale także narzędziem celowego i
świadomego sterowania społecznego.
Uważa się powszechnie, że problemy kultury i oświaty z politycznego punktu
widzenia nie są zbyt interesujące, bo ze swej istoty są to sprawy, które
interesują wąskie środowisko fachowców i nauczycieli. Postać rzeczy zmienia się
jednak, jeśli założyć, że kultura i oświata interesują także – a dziś może i
przede wszystkim – inżynierów społecznych.
W tym kontekście jest na przykład rzeczą bardzo znamienną, że rząd Donalda
Tuska, który na ogół nie słynie z pracowitości i konsekwencji, w dziedzinie
oświaty i wychowania wykazuje się wyjątkową wręcz aktywnością i uporem. Trzy
jego ustawy: "o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie", o kolejnej reformie
szkolnictwa oraz o nauce i szkołach wyższych (która to ustawa zostanie zapewne
uchwalona w najbliższych tygodniach), obejmują swoim zakresem ten etap życia
człowieka, w którym kształtuje się jego społeczna osobowość – od urodzenia do
końca studiów. Zgodnie z treścią tych ustaw, poprzez poddanie życia rodzinnego
kontroli administracyjnej, nacisk na możliwie jak najszybsze rozpoczynanie
edukacji szkolnej przez dzieci, przy jednoczesnym ograniczeniu zakresu
przekazywanej w szkole wiedzy, zwłaszcza humanistycznej, wreszcie poprzez
praktyczne zniesienie autonomii uniwersytetów rząd i stojące za nim grupy
interesów starają się przejąć pełną kontrolę nad rozwojem młodzieży. Robią tym
samym walny krok w stronę wpisania oświaty i szkolnictwa wyższego w całość
współczesnego mechanizmu prania mózgów, obejmującego poza tym dziedzinę mediów i
rozrywki.
Jeśli założenia zawarte w tych ustawach zostaną wprowadzone w życie, w Polsce
może powstać system zdalnego sterowania społecznego tak sprawny i skuteczny, że
środki i struktury, jakimi w tym zakresie posługiwali się komuniści, wydadzą się
w porównaniu z nim eksponatami muzealnymi. Nazywanie akcji metodycznego
obniżania poziomu intelektualnego społeczeństwa reformą oświaty jest przy tym
wyrazem szczególnej bezczelności. Wpajanie zaś współczesnym i przyszłym
produktom tego procesu – absolwentom zreformowanych szkół – wiary w ich wysoki
status kulturalny zakrawa na szyderstwo.
Czy zatem frustrujący stan obecny i apokaliptyczne perspektywy rysujące się
przed kulturą polską na horyzoncie wszystkich tych procesów i reform muszą się
spełnić? Sądzę, że nie i że – jak zwykle – obserwacja rzeczywistości pozostawia
pewien obszar nadziei na przyszłość. Po pierwsze, nie wszyscy Polacy zachłysnęli
się bezmyślną konsumpcją i z pewnością nie jest to stan, który musi trwać u nich
wiecznie, przynajmniej w tej skali. Po drugie, bardzo wiele zależy tu od
aktywności tej części z nas, która nie podziela iluzji związanych z
makdonaldyzacją społeczeństwa i nie zamierza zapominać w praktyce o
nieutylitarnych wartościach dostępnych człowiekowi. Wiadomo, że aktywność ta
powinna być ukierunkowana w pierwszym rzędzie na siebie i wychowanie własnych
dzieci. Ale nie może się tylko do tego ograniczać. Liczne grupy interesu zdają
się dziś dążyć do tego, by z jednoczesnego ogłupiania mas i schlebiania masom
uczynić dla siebie narzędzie wiecznego panowania politycznego. Dlatego, po
trzecie, aktywność ludzi rozumiejących zagrożenia stojące dziś przed
społeczeństwem powinna się skierować ku politycznej obronie rzetelnej edukacji i
ku tworzeniu na forum publicznym rzeczywistych warunków do rozwoju kultury
godnej tego miana.

Prof. Andrzej Waśko
 

drukuj