Misja mediów – między targetem a prawdą


Radosław Brzózka

Toczy się dyskusja o projekcie ustawy o zadaniach publicznych w dziedzinie usług medialnych. Wszystko wskazuje na to, że prawne status quo w dziedzinie mediów publicznych zostanie w najbliższym czasie naruszone. Wpływy abonamentowe zmalały, a instytucja abonamentu została chyba na trwałe podważona. Spadają przychody z emitowania reklam. TVP i Polskie Radio jako spółki zobowiązane do troski o zysk przeżywają trudne chwile. Na takim właśnie tle warto zastanowić się, czym jest i czym powinna być misja mediów publicznych.

Ustawowe zapisy i publiczna danina – abonament, to fundament tego, co miało niegdyś znaczyć w kontekście mediów zaczerpnięte z języka religijnego słowo „misja”. Poza nimi na sposób ukształtowania przekazu programowego mediów publicznych oddziałują: gra polityczna, czynnik komercyjny oraz poprawność polityczna i szerzej, kulturowa, wypracowana w latach 90. przez lewicę laicką spod znaku „Gazety Wyborczej”.


Równanie w dół


Daleki od normalności rynek mediów elektronicznych w Polsce ma jednak pewne cechy konkurencyjności. Ten fakt oraz formuła prawna mediów publicznych jako spółek determinuje je do działań polegających na poszerzaniu oferty programowej o przedsięwzięcia nośne komercyjnie. W wielu działach przekazu medialnego oznacza to nieustanną licytację w dół pomiędzy mediami komercyjnymi a nadawcami publicznymi. W reakcji na głupawe produkcje powstają o stopień głupsze itd. W tym kontekście dokonuje się reinterpretacja misji mediów publicznych w kierunku poszerzenia jej definicji o różne formy działalności rozrywkowej.

Atrakcyjny w zestawieniu z takimi zabiegami wydaje się sposób rozumienia misji publicznej, który można by nazwać „antykwarycznym”. Misja publiczna byłaby formą przeniesienia salonu i odwiedzanych przez salonowców miejsc do wirtualnego świata mediów elektronicznych. Taka promocja tzw. kultury wysokiej budzi uznanie u każdego kulturalnego człowieka. W praktyce sprowadza się ona jednak do schlebiania gustom i poglądom „autorytetów moralnych” nominowanych przez „Gazetę Wyborczą”. Popierać będzie to także komercyjna konkurencja.

Niektóre instytucje zmuszone są w praktyce posługiwać się kategorią „misji publicznej”. Są to przede wszystkim Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji oraz te agendy Telewizji Polskiej, które przygotowują sprawozdania. Wygodną ucieczką od wieloznaczności jest dla nich ściśle formalny sposób rozumienia misji jako literalnego wypełnienia wymogów zawartych w ustawie o radiofonii i telewizji. Jest to zręczna ucieczka od powyżej zarysowanych sposobów rozumienia misji, ale także od właściwego wyjaśnienia misji mediów publicznych.


Budowanie więzi


Nie mając pomocy ze strony instytucji publicznych, warto jednak poszukać odpowiedzi na pytanie: na czym miałoby polegać realistyczne i odpowiedzialne potraktowanie roli środków masowej komunikacji dla życia społecznego. Do tego bowiem wydaje się sprowadzać owa „misja”.

Skoro rozważamy pewien rodzaj działalności praktycznej, norm dla niej możemy poszukiwać w realistycznej etyce. W Polsce realizuje się ona najdoskonalej w moralności chrześcijańskiej. W jej świetle najważniejszym zadaniem w dziedzinie komunikacji na dziś jest umacnianie naturalnych więzi społecznych: rodziny, wspólnoty lokalnej, narodu. Jest nim także budowanie właściwego stosunku do państwowości, odbudowa relacji mistrz-uczeń w szkole i w pracy. Dramatyczną koniecznością jest podnoszenie najwyższych osiągnięć kultury polskiej: nauki, sztuki, polskiego etosu, religii.

Realizując taką misję, nie trzeba naginać litery prawa, nieroztropnie rezygnować z ekonomicznej efektywności, wypowiadać wojny uznanym autorytetom w dziedzinie nauk czy sztuk. Choć bez narażenia się „salonowi autorytetów moralnych” chyba się nie obędzie. Misja komunikowania Polaków bez łatwych rozwiązań polegających na schlebianiu niskim gustom albo uleganiu aksamitnemu przymusowi salonu wymaga tak naprawdę tylko szczerego przejęcia się dziedzictwem narodowym i potencjałem obecnego pokolenia Polaków oraz potężnego wysiłku twórczego połączonego z „kulturą czynu”, czyli dobrą robotą, o której od XIX wieku rozprawiają polscy filozofowie.


Nie wszystko jest na sprzedaż


Przywołanie spraw wzniosłych i oczywistych zarazem nie rozstrzyga pytania o to, czym w praktyce pracy dziennikarzy, techników, menedżerów ma być misja. Jeśli przypominam narodowe świętości, to tylko dlatego, że jedni z nimi jawnie walczą, a inni usilnie starają się o nich zapomnieć. Otóż misją środków komunikowania społecznego jest właśnie komunikowanie. Stwierdzenie to nie będzie „masłem maślanym”, jeśli doda się zastrzeżenie, że chodzi o komunikowanie się na miarę człowieka-osoby.

Niestety, od starożytnych sofistów po dzisiejszych kreatorów wizerunku medialnego wciąż aktualna jest pokusa potraktowania międzyludzkich spotkań jedynie jako dobrze sprzedającego się towaru. Kupujemy sny o bogactwie i romantycznej miłości, oglądając seriale i hollywoodzkie filmy; wkładamy do koszyka dobre i złe emocje, wpatrując się w show lub program publicystyczny. Na tym jednak nie koniec handlu. Za medialne „produkty” płacimy przede wszystkim swoją uwagą. Zniewoleni telewizyjną hipnozą jesteśmy sprzedawani (jako grupa docelowa z angielska zwana targetem) reklamodawcom: wielkiemu kapitałowi i politykom.

Misją jest komunikowanie pełne, prawdziwe spotkanie między ludźmi. Temu celowi służy maestria języka publicysty, finezja radiowego dźwięku, doskonałość i bogactwo obrazu, jaki mamy oglądać na ekranie. Komunikowanie pełne musi pozwolić dziennikarzowi i jego współpracownikom opowiedzieć nam bogatą w treść historię. Może ona relacjonować nam to, co ważne w ostatniej godzinie lub stuleciu. Może mówić o operze albo miejskiej kanalizacji. Medium powinno także pomóc nam odpowiedzieć na swój przekaz.

Jednak komunikowanie społeczne to nie tylko forma i treść. Genialny scenariusz, błyskotliwy felieton może przecież być zabójczym sztyletem lub czystym blaskiem prawdy. Która z tych dwóch rzeczy jest misją mediów, pisać nie trzeba. Żeby opowiedzieć świat i zaświaty, media muszą próbować mówić nam o wszystkim, co ważne, nie tylko o tym, co wielu ma chęć usłyszeć. Dlatego tradycyjnie z „misją” kojarzona jest szczególnie telewizja edukacyjna, teatr telewizji, ambitny reportaż.


Tylko prawda


Misją jest jednak przede wszystkim nie poprzestać na zbieraniu opinii, lecz dociekać, jak jest naprawdę. Tu leży istota zagadnienia i największa trudność zarazem. Współczesna kultura uznała bowiem, że prawda jest dla niej przeszkodą do udanego życia społecznego. Ponieważ jednak „prawda w oczy kole”, to właśnie mediom przypisano zadanie mydlenia oczu. Ponieważ z natury nasz punkt widzenia jest do-rzeczny, odnosi się do rzeczy, spraw i ludzi takich, jakimi są (a na tym ostatecznie polega prawda!), więc z obrazów, dźwięków i zawieszonych w powietrzu myśli tworzy się dla mas wrażenia mające dać szereg wersji każdego tematu – fakty medialne. W wirtualnym świecie wszystko jest możliwe, nie wolno tylko jednego: upominać się o prawdę, mówić prawdy, wytknąć fałszu.

Tą drogą rozumowania powraca się do źródłosłowu tytułowego problemu. Misja to przecież przede wszystkim szerzenie wiary, która jest prawdą w koronie spraw ludzkich – religii. To ważna wskazówka dla rozumienia misji mediów. Prawda, cała prawda i tylko prawda nie jest możliwa przy jednoczesnym milczeniu o Zbawicielu. Znakiem świadomości tego faktu wśród części polskiej elity lat dziewięćdziesiątych jest prawny zapis o respektowaniu wartości chrześcijańskich w mediach. SLD proponuje obecnie zneutralizować to stwierdzenie ustawowym nakazem pobożnego stosunku do gejów, lesbijek, biseksualistów i transseksualistów.

Skoro problem misji mediów publicznych sięga spraw tak podstawowych, nie uda się go rozwiązać bez szerszego kontekstu. Jest nim polskie życie publiczne w całości. Jego wirtualność, nie-do-rzeczność wydaje się wszechogarniająca. Piętnujemy za to polityków przy niedzielnym stole. Ale czy nie znaczy to, że daliśmy się już wciągnąć w tę grę pozorów? Zakończyć więc wypada wskazaniem na pozorny paradoks: powrót dziennikarzy, polityków i opinii publicznej do misyjności mediów powinien rozpocząć się od wyłączenia, narzucającego się nam z ulubioną liczbą 24 (godziny na dobę), telewizora. Chociaż na chwilę.

Autor w latach 2004-2008 był członkiem Rady Programowej TVP Lublin i Rady Programowej Radia Lublin.

drukuj