Miłość, która wydała się światu

Wśród rzeczy niezwykłych, jakie pozostawił nam Sługa Boży Jan Paweł II, znajduje się napisany w 1994 r. list do dzieci z okazji obchodzonego wówczas Roku Rodziny. List ten, choć adresowany do najmłodszych członków Kościoła, jest z pewnością lekturą dozwoloną również dla dorosłych. Chodzi zwłaszcza o fragment, w którym Ojciec Święty komentuje słowa Pana Jezusa skierowane do apostołów: „Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebieskiego” (Mt 18, 3). Poważne ostrzeżenie, a zarazem zdumiewające wezwanie! „Jakże ważne jest dziecko w oczach Pana Jezusa! – pisze Papież. – Można by wręcz powiedzieć, że Ewangelia jest głęboko przeniknięta prawdą o dziecku. Można by ją nawet w całości odczytywać jako „Ewangelię dziecka”.(…)Niebo jest dla tych, którzy są tak prości jak dzieci, tak pełni zawierzenia jak one, tak pełni dobroci i czyści. Tylko tacy mogą odnaleźć w Bogu swojego Ojca i stać się za sprawą Jezusa również dziećmi Bożymi. Czyż to nie jest główne orędzie Bożego Narodzenia?”.

Warszawska Praga. Kamienice tworzą podwórko w kształcie studni. Przechodzę przez bramę i nagle ogarnia mnie coś z atmosfery starej przedwojennej Warszawy, znanej mojemu pokoleniu jedynie z filmów i opowiadań dziadków. Tylko że dziś klatki schodowe obwarowane są metalowymi drzwiami, a ludzie ukryci za nimi jak w dobrze strzeżonych sejfach, na zewnątrz bezimienne domofony – smutny znak współczesności. Jedna klatka różni się od pozostałych. Otwarta na oścież – wygląda, jakby doświadczyła kataklizmu – poodrywane kawały tynku, podziurawione i pozbawione koloru ściany, zniszczona do cna! Tylko natychmiastowy remont może jeszcze przynieść ocalenie. Strach wchodzić… ale puste butelki porzucone na schodach świadczą o tym, że miejsce to przygarnęło już niejednego nocnego gościa, może więc i dla mnie okaże się łaskawe? Drewniane schody prowadzą na górę, gdzie w niewielkim mieszkaniu na poddaszu żyją Mali Bracia Jezusa.

Kontemplacja w świecie

Siedzimy w przytulnej kuchni, na stole herbata i ciastka. Brat Sławek w swetrze i dżinsach, żartuje, że studiuje na UKSW-ordzie. – Teraz – mówi – mieszkamy we czwórkę. Jest to raczej wspólnota studencka. Jeden brat w postulacie uczy się angielskiego, jest jeszcze jeden, który studiuje ze mną teologię, i jest brat, który kończy studia. Każdy z nas przechodzi postulat, nowicjat i czas zwykłej pracy fizycznej. Potem dopiero następują studia teologiczne, gdyż po doświadczeniu rzeczywistości robotniczej inaczej podchodzi się do Ewangelii…
Jeden z braci – Mateusz, pracuje dziś na drugą zmianę w hipermarkecie sieci Carrefour, brat Sławek znalazł kiedyś pracę w Miejskich Zakładach Autobusowych jako mechanik, w zajezdni na Inflanckiej, która już nie istnieje. Później przez kilka miesięcy pracował w „Tramwajach” na Żoliborzu. Jeden z braci pracował w cukierni jako piecowy, inny w hucie, też przy piecu, jeszcze jeden brat w fabryce rur preizolowanych centralnego ogrzewania jako zwykły pracownik. W wakacje wszyscy zatrudnili się w wytwórni dodatków piekarskich. Mieszali produkty i pakowali je w worki. Jeden z braci pracował w szpitalu jako salowy, a później jako konserwator…
Kto by pomyślał, że jestem w zakonie kontemplacyjnym… Życie takie najczęściej kojarzy się z klauzurą, gdzie nie ma kontaktu z ludźmi z zewnątrz. Tu jest inaczej. Bracia mają w regule godzinę adoracji. Ci, których teraz nie ma w domu, powrócą wieczorem z miasta do małej izdebki na poddaszu, by na pewien czas zamknąć drzwi i w domowej kaplicy przed Najświętszym Sakramentem przedstawić sprawy tego świata Bogu na modlitwie, ofiarowując swoje życie za tych, wśród których żyją. Będzie często dzwonił telefon, przyjdą goście…
Z obrazka na ścianie spogląda na nas spalony pustynnym słońcem „Marabut” – tak nazywali Karola de Foucauld Tuaregowie, wśród których żył na Saharze jako pustelnik… Od niego się wszystko zaczęło. Niegdyś hulaka i utracjusz, nawrócił się, bo znalazł prawdziwą Miłość, i do końca życia pozostało w nim jedno jedyne pragnienie, aby możliwie najpełniej upodobnić się do Jezusa.

Czy może być co dobrego z Brzeskiej?

Mentalność bycia skutecznym i wpływowym podpowiada mi, aby zadać pytanie, dlaczego bracia podejmują zawsze prostą pracę, raczej nieatrakcyjną, często pogardzaną, jaki to ma sens? – To postać samego Jezusa rodzi pytania i każe szukać odpowiedzi – uśmiecha się brat Sławek i snuje spokojnie opowieść, popijając herbatę. – Dlaczego Jezus rozpoczął swoje życie w taki, a nie inny sposób i dlaczego żył tak, jak żył? Chociażby samo narodzenie… Czy Bóg nie mógł przewidzieć dla swojego Syna lepszego miejsca? Mówimy, że Jezus narodził się w stajni i w żłóbku – to ładnie brzmi, ale tak naprawdę, co to jest ten żłóbek i ta stajnia – to przecież obora i koryto, mówiąc naszym językiem! Jezus rodzi się w warunkach, można powiedzieć, zwierzęcych, nieludzkich. A co było potem? Był emigrantem – musiał uciekać prześladowany już jako dziecko. Później Jego własna dalsza rodzina wyrzekła się Go itd. Jezus cały czas był pośród ludzi, którzy byli odrzuceni, na marginesie życia. Stąd właśnie ta intuicja brata Karola i nasz wybór naśladowania Jezusa takiego, jakim był, czyli odrzuconego, prześladowanego, prawdopodobnie wykorzystywanego w pracy, który doświadczał niesprawiedliwości, urodził się jako bezdomny…
Dźwięk domofonu wyrywa mnie z zamyślenia, powoli zaczynają schodzić się goście na umówione spotkanie, są wśród nich ludzie młodzi, gospodarz domu na chwilę odchodzi…
Brat Karol mówił: „Być bez znaczenia i bez wpływu”. Mówił o tzw. środkach ubogich. Bracia szukają więc pracy, której nikt nie chce wykonywać, mieszkają tam, gdzie nikt nie chce mieszkać, ze względu na ludzi, po to, by dzielić wspólnie z nimi ich los, tak jak Jezus w Nazarecie. Wierzą, że ma to sens… Wmieszani w codzienność starają się żyć Ewangelią w tych prostych i często trudnych warunkach. – Tak więc praca, którą wykonujemy – kontynuuje brat Sławek pomiędzy jednym a drugim telefonem – ma być z założenia pracą fizyczną ze względu na brata Karola, który śladem Jezusa z Nazaretu heblował deski. Również sam aspekt szukania pracy jest bardzo istotny, bo pójście do „pośredniaka” czy przeglądanie ogłoszeń w gazetach, chodzenie, proszenie o pracę bywa nawet upokarzające. Ale taka jest nasza rzeczywistość, którą staramy się oddawać Bogu. Natanael powiedział: „Co może być dobrego z Nazaretu?” Pamiętam, że kiedy tutaj zamieszkałem około dziesięciu lat temu, te słowa bardzo mocno mnie uderzyły, bo faktycznie często w tym czasie, kiedy ludzie chcieli się zatrudnić, a znaleźć pracę było bardzo ciężko, i mówili, że są z Brzeskiej, to pracodawca od razu mówił: „To dziękujemy panu…”.

W prostocie i w przyjaźni

Szczególnym doświadczeniem brata Sławka jest fakt, że ludzie pragną przede wszystkim przyjaźni, bliskich życzliwych relacji, i to jest już coś Bożego. – Nie trzeba od razu mówić o Jezusie, szczególnie do ludzi niewierzących, bo to dla nich nic nie znaczy – przekonuje. – Natomiast nawiązywanie prostych, życzliwych relacji, świadczenie swoim życiem o Ewangelii jest właśnie Nową Ewangelizacją, o której się tak wiele mówi. I to nie jest tylko i wyłącznie naszym powołaniem, ale powołaniem każdego chrześcijanina. Dopiero później, jeżeli jest taka możliwość, można mówić o Bogu. Przypominam sobie kolegę z „Tramwajów”, który był trudny w relacji. Dużo wymagał, ale nie potrafił dziękować, nawet jeśli ktoś coś dobrego dla niego zrobił. Znany był z opowiadania głupich i złośliwych dowcipów. Na początku strasznie mnie to irytowało, ale mimo wszystko mięliśmy dość dobry kontakt i zawsze jedliśmy razem posiłki. Pierwszym moim odkryciem, które napełniło mnie zdumieniem, było to, że pewnego razu, przechodząc, ot tak, powiedział: dziękuję! Nigdy nie słyszałem tego słowa w jego ustach. Po jakimś czasie udało się nam porozmawiać na temat jego małżeństwa, które stało na krawędzi rozpadu. I myślę, że to jest istotne – być po prostu otwartym, nie mówić wiele, nawet nie mówić wiele o Jezusie, ale o tym, czym żył Jezus. Przyjaźń wydaje mi się czymś podstawowym, jakimś fundamentem, na którym może powstać coś więcej.
Idę do Małych Sióstr Jezusa. Mieszkają niedaleko. Choć do umówionego spotkania zostało jeszcze trochę czasu, okazuje się, że mogę przyjść wcześniej – po to, by odpocząć, napić się herbaty… Trudno trafić, kluczę jak w labiryncie, mieszkanie w bloku zagubione na tyłach centrum handlowego – niewidoczne jak całe ich życie, o którym mówią, że ma być jak zaczyn w cieście. Zaczynu nie widać, ale wystarczy jego niewielka ilość, dokładnie taka, jakiej potrzeba, żeby ciasto poszło w górę. – Chodzi nam o takie bycie wśród ludzi – tłumaczą – aby oni, będąc z nami, odzyskiwali nadzieję, odzyskiwali wiarę w siebie, w swoją godność jako człowieka umiłowanego przez Pana Boga.
Na stole ciepła herbata, ciasto, a ze mną uśmiechnięta siostra Rysia. W kuchni na gazie coś się gotuje, pachnie przyjemnie, jest zwyczajnie, domowo… Czekamy, aż siostry wrócą z pracy. Mam szczęście, oprócz pięciu sióstr mieszkających tu na stałe są też przyjezdne.
Rozmawiamy o Bożym Narodzeniu. Siostra Rysia krząta się po kuchni i opowiada: – Mała Siostra Magdalena – nasza założycielka, była zafascynowana życiem brata Karola od Jezusa, którego obok tajemnicy życia Świętej Rodziny w Nazarecie pociągała również tajemnica wcielenia Boga i przyjścia na świat w takiej zależności małego dziecka. Marzył o zakładaniu wspólnot, które by żyły na wzór Świętej Rodziny, zatopione w codziennym życiu, utrzymujące się z własnej pracy, a jednocześnie będące czymś więcej niż zwyczajną rodziną. Ale bratu Karolowi to się nie udało. Dopiero po jego śmierci zaczęły powstawać wspólnoty Małych Braci, a potem Małych Sióstr. Mała Siostra Magdalena otrzymała szczególną łaskę w czasie swojego nowicjatu, związaną z tajemnicą Wcielenia Boga, która ją odmieniła od wewnątrz. Ona sama pisała o tym, że pozbyła się wtedy wielu lęków, była przecież tylko człowiekiem – jako kobieta o bardzo kruchym zdrowiu została postawiona wobec perspektywy założenia nowego zgromadzenia zakonnego. Określała to doświadczenie jako otrzymanie małego Dzieciątka Jezus z rąk Maryi. Doświadczenie to naznaczyło ją na całe życie łagodnością, ufnością, a jednocześnie radykalizmem w szukaniu woli Bożej.
Powoli przychodzą pozostałe siostry, chętnie opowiadają o swojej pracy, codzienności, coraz więcej nas przy stole, rozpoczyna się typowy wieczór wspomnień.
– Miejscem, w którym najdłużej pracowałam – opowiada siostra Rysia – było środowisko Stoczni Szczecińskiej. Wykonywałam pracę sprzątaczki, co się wówczas tak górnolotnie nazywało: konserwator powierzchni płaskich. Sprzątałam na wydziale i wydawałam posiłki pracownikom, zmywałam na stołówce itp. Przez kilka lat pracowałam również jako dozorczyni na osiedlu w Ostrowcu Świętokrzyskim. Byłam pracownikiem Zakładu Oczyszczania Miasta i przez kilka lat sprzątałam kilka bloków, odśnieżałam, sypałam piasek, zamiatałam podwórka, myłam klatki schodowe. I ta praca otworzyła przede mną możliwość nawiązywania bardzo prostych kontaktów, takich nawet bardzo krótkich, kiedy ludzie, idąc ulicą, o coś pytają i następuje krótka wymiana zdań. Ale właśnie zauważyłam, że w takich krótkich relacjach też można sporo przekazać. Naszym posłaniem jednak nie jest nauczać kogoś czy do czegoś przekonywać. Chodzi po prostu o takie zwyczajne bycie. I na tyle, na ile rzeczywiście jesteśmy w danym momencie zjednoczone z Jezusem (również przez śluby zakonne), na tyle Jezus jest obecny w tej relacji, w tej krótkiej rozmowie.
Dzwoni telefon, podobnie jak u Małych Braci dosyć często. Telefonuje siostra Zofia i mówi o Bożym Narodzeniu. – Źródłem naszej radości jest prawda, że Bóg się wcielił jako dziecko, żeby nas rozbroić, bo człowiek dorosły dziecka się nie boi, bo przed dzieckiem lęk ustępuje. Bóg wybrał ten sposób wcielenia po to, żeby nas właśnie jakoś ośmielić, żebyśmy w wolności podchodzili do Niego. Boże Narodzenie wyzwala z lęku przez sposób, w jaki Bóg przychodzi – taki mały…. Wierzymy, patrząc na to Małe Dzieciątko, które cały rok jest w naszej kaplicy, że może coś jednak w nas drgnie i nie będziemy takie dorosłe i samodzielne, ale też będziemy chciały być zależne… I jeszcze jedno, tak jak kiedyś Bóg przyszedł na ziemię i wziął Ciało z Maryi, tak teraz chce kontynuować tę obecność i nie ma na świecie nikogo więcej, jak tylko każdego z nas, żeby ta tajemnica Jego obecności była kontynuowana. I rzeczywiście myślę: tak, to jest prawda! I to się rzeczywiście dokonuje!
Siostra Teresa jest już emerytką, ale jej wcześniejszym doświadczeniem w zgromadzeniu była bardzo zwyczajna praca. – Parę lat byłam w Częstochowie, zajmowałam się uprawą ogrodu. W tamtym czasie było trochę zwierząt – króliki, kury, owce. Przyjeżdżało do nas sporo gości: nasze rodziny, przyjaciele czy pielgrzymi przybywający na Jasną Górę, którzy nie mając środków finansowych, zatrzymywali się u nas, żeby przenocować. Stąd moja praca była bardzo zwyczajna i bardzo prosta: sprzątanie domu, uprawa ogródka, czyli warzywniaka, kwiatów – rzeczy, które tak na co dzień ludzie prości wykonują i nie robią z tego wielkiej filozofii. Natomiast takie trwanie w tej prostej rzeczywistości dla mnie osobiście, mimo że pochodzę ze wsi, było czymś więcej. Można zadać pytanie, czy warto życie marnować dla takiej zwyczajnej pracy i zwyczajnych relacji z sąsiadami, co to przyjdą coś pożyczyć czy przyjdą się wygadać… I gdyby nie ten aspekt, który właśnie związany jest z Jezusem, który nas tak umiłował, że przyjął właśnie takie warunki życia, to faktycznie byłoby to bezsensem. Ale jak dzisiaj można spotkać człowieka, jeśli nie przez proste środki? Jak spotkać ludzi, którzy obok nas mieszkają, jeśli nie przez ten sam typ pracy, ten sam typ zainteresowań, po to, by móc nawiązać przyjaźń, która pozwoli im zadać sobie i nam pytanie: dlaczego tak żyjecie? I wtedy jest okazja, żeby powiedzieć, że spotkałam Miłość, spotkałam Boga. Moje życie było przez pewien czas jednym pasmem uciekania od czegoś: od „dziury”, jak nazywałam moją wioskę, od biedy, której konkretnie doświadczaliśmy w mojej rodzinie, od całej sytuacji sąsiedzkich uwikłań, co to jeden o drugim wszystko wie i rywalizuje itd. I ja od tego w pewnym momencie chciałam uciec, potem była szkoła, studia. Myślałam, po co to być takim byle kim, z jakiejś tam wioski, to trzeba być kimś! Marzyłam o sukcesach, karierze i doszłam do momentu, w którym dzięki samozaparciu udało mi się to osiągnąć. I w tym momencie zorientowałam się, że to wszystko jest puste. Moje życie zatoczyło koło. Jako Małą Siostrę Jezusa Pan Bóg z powrotem sprowadził mnie do małości, do bycia właśnie w takich środowiskach małych, prostych. W ubóstwie i w małych środkach jest naprawdę radość, nie w sukcesie i byciu kimś, ale w zajęciu ostatniego miejsca i w byciu możliwie najbardziej dostępnym, jak to Dzieciątko z wyciągniętymi rączkami. W tym jest szczęście i radość. Pan Bóg w swojej dobroci sprawił, abym właśnie tak żyła, tylko z jedną różnicą – w szczęściu i akceptacji.
Mamy sąsiada, który mieszkał cztery lata jako bezdomny na dworcu, którego nasze siostry kiedyś spotkały. Raz z nim porozmawiały, drugi raz porozmawiały, potem on do nas przyszedł, a potem udało nam się jakoś z nim zaprzyjaźnić. Zdobywał różne prace. W tej chwili dostał zatrudnienie stałe, zarabia dobrze i co za radość, gdy tydzień temu zaprosił nas na swoje urodziny. Prawie przez miesiąc pracował nad mieszkaniem opuszczonym, które my mu wskazałyśmy, aby poszedł i się tym zainteresował. Wyremontował je, wysprzątał, odnowił meble i zorganizował przyjęcie dla nas – ugościł nas po królewsku… Uderzające było właśnie, że chłopak, który nie ma rodziców, kiedy się zatrudniał w firmie, powiedział: „Podałem was jako adres kontaktowy – Małe Siostry Jezusa”. On znalazł po prostu u nas miejsce i to, co Mała Siostra Magdalena mówiła, żeby się każdy czuł u nas jak u siebie i właśnie on coś takiego znalazł. Przychodzi codziennie zaraz po pracy, żeby nam powiedzieć, co u niego słychać. Ta relacja to dla mnie jest naprawdę Boże Narodzenie, bo w tym Robercie rodzi się życie, ten człowiek staje na nogi…
– Boże Narodzenie i Krzyż Chrystusa to jest jedna całość – włącza się milcząca dotąd siostra Halina. – Nie można oddzielić Bożego Narodzenia od Krzyża. Bóg rodzi się po to, żeby umrzeć za nas na Krzyżu z miłości. W tej chwili jestem na rencie. Pracuję, jeśli mnie ktoś o coś poprosi, np. żeby coś pozmywać albo wykonać inne proste prace. Pracowałam wcześniej w Przedsiębiorstwie Połowów Dalekomorskich i Usług Rybackich „Gryf” przy wyrobie sieci rybackich. Dziś to przedsiębiorstwo już nie istnieje. W tej chwili Boże Narodzenie przeżywam w takiej swojej słabości, w tym, że jestem na rencie, że nie mogę się w pełni zaangażować, ale też w akceptowaniu ludzi takimi, jakimi są, z ich słabościami w patrzeniu na nich w perspektywie Jezusa, który przyszedł i który ich umiłował. Oni też chcą żyć miłością, tylko po prostu czasem nie umieją tego nazwać czy wyrazić, a czasem nawet zachowują się prowokacyjnie po to, żeby z nas tę miłość wydobyć. Chodzi o takie spojrzenie na innych ludzi jako na tych, w których jest Bóg wcielony. Oni są tym Jezusem, którego ja adoruję w Eucharystii. Wcielenie istnieje nadal! Jezus oprócz obecności w Eucharystii, jest obecny w ludziach, z którymi ja się spotykam. Próbuję tak żyć, bo wcale nie jest powiedziane, że rzeczywiście zawsze mi się to udaje. Bo to nie jest tak, że to my wszystko wiemy najlepiej, i w ogóle jesteśmy najdoskonalsze. Inni ludzie czasem wiedzą lepiej i są bardziej doskonali niż my. Jak pracowałam w tej sieciarni, to od tych ludzi można było się wiele nauczyć, oni również ewangelizowali.
– Tak, to jest ważne – dodaje żywo siostra Teresa. – My nie mówimy, że na kogoś oddziałujemy, ale to Pan Bóg tę relację tworzy. To nie jest tak, że to wielkie Małe Siostry przyszły i nawróciły zakład, o nie! To jest tak, że Małe Siostry przyszły i zostały nawrócone jako pierwsze – bardzo często tak właśnie jest. A dopiero później, kiedy się wytworzy relacja, to rzeczywiście w tych ludziach coś się zmienia. To jest tajemnica Pana Boga.

Radosne orędzie

Przede mną stoi na stole kolacja. Doświadczam rzeczywistości, o której opowiadają siostry – prostoty i przyjaźni. Rozmowa toczy się dalej… W okresie Bożego Narodzenia Małe Siostry Jezusa głoszą Słowo Boże w postaci specjalnego orędzia.
– Chcemy podzielić się, na ile potrafimy, tym, czym jest dla nas Boże Narodzenie, jak je przeżywamy i czym dla nas jest Dzieciątko Jezus – wyjaśnia siostra Rysia. I robimy to w formie orędzi, i to przy pomocy bardzo prostych środków – przygotowujemy fragmenty z Biblii mówiące o przymierzu Boga z ludźmi, a potem o bliskości tego Przymierza aż do Wcielenia Jezusa, śpiewamy kolędy i gramy na gitarze, na flecie w różnych miejscach. W tym roku np. robiłyśmy to na ulicach. Bywa też, że idziemy do różnych miejsc, np. do zakładów karnych, do domów opieki, domów samotnej matki, do ośrodków, w których jest trudna młodzież. Zabieramy ze sobą figurkę Dzieciątka Jezus. W tym roku z naszym orędziem dotarłyśmy do Żar. Naprawdę jestem pod wrażeniem, jak ludzie, którzy wyszli na zakupy, zatrzymywali się i podchodzili. Zachęcałam, żeby podchodzili jeszcze bliżej, bo tu jest Dzieciątko, które wyciąga do nich rączki. To było niezwykłe widzieć wzruszenie na twarzach dorosłych. Każdy mógł wziąć figurkę Dzieciątka Jezus do rąk. Robiły to bardzo chętnie i z wielkim przejęciem dzieci. Trzeba brać z nich przykład. Mówił o tym brat Karol: „Jezus stając się tak małym dzieckiem, dzieckiem tak łagodnym, woła do nas: ufności, bliskości! Nie bójcie się mnie, przyjdźcie do mnie, nie obawiajcie się…”. Rozmowa ciągnęła się jeszcze długo. Bóg narodził się w prostej życzliwej relacji.


Justyna Wiszniewska
drukuj