Między Platformą a PiS (2)

Osobom niedostrzegającym różnic pomiędzy Platformą Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością przypomnę jeszcze parę spraw, w których zaznaczają się różnice stanowisk obu partii. Chodzi o różnice zasadnicze.

Nieprzypadkowo Platforma Obywatelska jest partią skupiającą tak dużą ilość różnych milionerów, z bardzo wpływowym działaczem lubelskim, współwłaścicielem Polmosu Januszem Palikotem na czele. Nieprzypadkowo też właśnie Palikot występował tak zdecydowanie w obronie SLD – interesy bogaczy różnych opcji w Polsce są aż nadto tożsame i godzą we wszelkie próby podważenia dotychczasowych układów, wspieranej przez PiS idei lustracji majątkowej etc. Warto tu przypomnieć złośliwy dowcip z ostatnich tygodni: „Polacy, którzy w czasie rządów PiS wyjechali za granicę, posłuchali apelu Donalda Tuska i wracają do kraju. Pierwsi trzej to Ryszard Krauze, Henryk Stokłosa i Edward Mazur”.

PO partią oligarchów

Platforma Obywatelska jest partią konsekwentnie reprezentującą interesy środowisk oligarchicznych, które w różnych odmianach dominowały po 1989 roku. Środowiska te, symbolizowane przez postać Leszka Balcerowicza, tak bliskiego różnym nurtom PO, kontrolowały rynek pod hasłami liberalizmu, sterowały korzystnymi tylko dla nich „prywatyzacjami” prowadzącymi do zawłaszczenia różnych części majątku narodowego. Zabezpieczyły sobie również wiele przywilejów i koncesji. Bardzo często różne stanowiska znajdowały się w kręgu różnych „czerwonych” bądź „różowych” dynastii, w tym samym czasie, gdy coraz bardziej utrudniony był jakikolwiek awans społeczny ludzi z uboższych rodzin. Działające w tym państwie oligarchicznym rozmaite korporacje zawodowe zapewniły sobie przepisy nader utrudniające dostęp do niektórych zawodów ludziom spoza kręgów różnych korporacyjnych rodzin.

To wszystko składało się na tzw. układ, którego interesy materialne były nader mocno zagrożone wszelkimi postępami lansowanych przez PiS idei IV Rzeczypospolitej. Dochodziły do tego jednak i inne typy powiązań niechętnych wszelkim radykalnym reformom. Przypomnę, co napisał jeden z najwybitniejszych rzeczników gruntownych przemian – profesor Andrzej Zybertowicz w szkicu publikowanym na łamach „Rzeczpospolitej” z 30 października 2007 roku: „Wśród tych, którzy pracowali na przegraną PiS, są złożone sieci interesów, którym rządy PiS zagrażały, ale to nie tylko środowiska, które mają powiązania agenturalne lub nielegalne związki biznesowe. Nigdy chyba w III RP opozycja nie miała tylu 'bezinteresownych’ sojuszników, co PO w ostatnim okresie. Układ też ma swoją składową kulturową, ogniskującą się wokół 'Gazety Wyborczej’ i środowisk zaprzyjaźnionych – formację kosmopolityczną, której zależało, by PiS nie nadawało tonu polskiemu życiu publicznemu”. Wsparciu tego układu przez wiele lat pomagały różne pseudoautorytety, od Mazowieckiego i Balcerowicza, poprzez nieżyjących już Turowicza i Szczypiorskiego (b. agenta UB i SB), do Bartoszewskiego. PiS znacząco osłabiło pozycję tych autorytetów, doprowadzając m.in. dość symbolicznie do tego, że w końcu „Balcerowicz musiał odejść”.

PO jako partia oligarchiczna nieprzypadkowo lansuje od lat tak korzystny tylko dla bogaczy podatek liniowy. Niedawno w „Fakcie” (nr z 2 listopada 2007 r.) podano wymowne obliczenia skutków ewentualnego wprowadzenia podatku liniowego. Pisano: „Podatek liniowy jest niesprawiedliwy (…). Rencista z dochodem brutto 597 zł miesięcznie w skali roku może stracić 236 zł. Ale taki wicepremier, którego dochód to 9700 zł brutto miesięcznie, w skali roku zarobi 10 000 zł. A wszystko dlatego, że przy podatku liniowym ulgi, z których korzystają najubożsi, znikną!”. Platforma zmierza również do utrzymania dotychczasowej sytuacji w przedsiębiorstwach, która służy tylko interesom właścicieli przedsiębiorstw przy ogromnej słabości szans obrony interesów zatrudnionych pracowników. Nic więc dziwnego w tej sytuacji, że związane z „Solidarnością” związki zawodowe konsekwentnie popierają PiS w jego politycznych bojach z Platformą. Warto tu przypomnieć, co mówił premier Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla („der”) „Dziennika” z 19 października 2007 roku: „Prawda o PO jest na taśmach CBA o Sawickiej. Chodzi o to, by żyło się lepiej wybrańcom. Inni niech będą głodni”. Krytykując popierany przez PO pomysł prywatyzacji polskich szpitali, premier J. Kaczyński stwierdzał: „(…) my od zawsze nie dawaliśmy na to zgody. Bo w warunkach polskich to będzie oznaczało, że chory się w ogóle nie liczy. Decydował będzie zysk. A więc pacjent starszy, biedniejszy, nieopłacalny, mówiąc brzydko, będzie odsyłany z takiego szpitala. Takich ludzi nie opłaca się leczyć. Ale chodzi przecież także o budynki, często położone w atrakcyjnych punktach miasta. Ja nie mam nic przeciwko temu, by ktoś budował za swoje prywatny szpital – proszę bardzo. Ale dlaczego ma przejmować publiczny? W całej Europie, we wszystkich nowoczesnych państwach Zachodu, szpitale są państwowe. Inaczej jest tylko w Stanach Zjednoczonych”.

Dość powszechne są obawy, że zwycięstwo PO będzie służyć dalszemu utrwalaniu podziału na Polaków klasy A i B, dalszego odstawiania gospodarczego tzw. ściany wschodniej, Kielecczyzny czy Podkarpacia. Niepokoje budzi lansowany przez różnych wpływowych platformersów pomysł wprowadzenia opłat za studia na uczelniach publicznych. Wiele osób obawia się, że czesne za studia okażą się barierą nie do przebicia dla tysięcy młodych ludzi ze wsi i miasteczek z biednych rodzin wiejskich i małomiasteczkowych, studiujących na uczelniach. Dlatego tak istotny był i jest występujący na rzecz przezwyciężenia nasilających się dysproporcji socjalnych, lansowanych przez PiS program Polski Solidarnej. Inna sprawa, że PO usiłowała, dość skutecznie manipulując, zacierać w ostatnich paru miesiącach swój obraz jako partii oligarchów, demagogicznie występując na rzecz różnych uboższych pracowników ze sfery budżetowej. Tyle że z tych rzucanych na wyrost obietnic będzie już musiała się szybko rozliczać.

Stosunek do rozliczeń

Sprawa rozliczeń z komunistyczną przeszłością jest jedną z najważniejszych kwestii dzielących PO i PiS. Jak wiadomo, PiS występowało na rzecz lustracji i dezubekizacji. Wszystkie projekty mogą być teraz całkowicie zablokowane za rządów zwycięskiej Platformy. Przypomnijmy, że w PO w tej chwili całkowicie został zmarginalizowany rzecznik lustracji i dezubekizacji Jan Maria Rokita, podczas gdy tym większy głos mają politycy typu Stefana Niesiołowskiego, który publicznie wypowiadał się za likwidacją IPN. Uderzenie w IPN oznaczałoby przekreślenie szansy na pełne wyjaśnienie prawdy o ponurych komunistycznych zbrodniach, łącznie z tymi najohydniejszymi, typu mordu na księdzu Jerzym Popiełuszce. Przypomnijmy tu mało pamiętany fakt. To pod koniec rządów przywódcy liberałów, dziś jednej z najbardziej wpływowych postaci PO – Jana Krzysztofa Bieleckiego, w grudniu 1991 r. doszło do odwołania prokuratora Andrzeja Witkowskiego. Przyczyną była deklarowana przez niego chęć postawienia oskarżeń b. ministrowi spraw wewnętrznych Czesławowi Kiszczakowi pod zarzutem odegrania roli sprawczej w zamordowaniu ks. Jerzego.

Niedawno na łamach „Faktu” opisano historię poturbowanego przez zomowców w stanie wojennym młodego człowieka, który w rezultacie pobicia stał się inwalidą. Dziś dostaje około 500-złotową rentę, podczas gdy morderca sądowy, sędzia Mieczysław Widaj (ponad 100 wyroków śmierci w sfabrykowanych stalinowskich procesach) dostaje 9300 zł emerytury. PiS chciało to wszystko zmienić. Zobaczymy, czy ludzie PO zrobią cokolwiek w tej sprawie. W „Rzeczpospolitej” z 31 października czytałem bulwersujący artykuł J. Matusza i Jarosława Kałuckiego o bucie byłych zomowców z Lublina, którzy są dziś znanymi biznesmenami w Tarnobrzegu. Autorzy pisali m.in. o tym, że w Tarnobrzegu dwukrotnie zniszczono wystawę IPN „Twarze rzeszowskiej bezpieki”, a byli zomowcy żądają odszkodowań za umieszczenie ich fotografii na wystawie. Czy ta zomowska buta będzie tolerowana za rządów PO? Czy za rządów PO będzie dość zdecydowania dla odsłonięcia różnych spraw zacieranych przez lata? Na przykład ponownego zbadania sprawy oskarżeń przeciw A. Kwaśniewskiemu o bycie tajnym współpracownikiem. Według wywiadu J. Lichockiej z pisarzem W. Odojewskim w „Rzeczpospolitej” z 20-21 października 2007 roku, jednym z głównych świadków, którzy zdecydowali o uniewinnieniu A. Kwaśniewskiego w procesie lustracyjnym, był dawny dyrektor departamentu III MSW Krzysztof Majchrowski. Już w wolnej Polsce Majchrowski „wydał polecenie palenia akt, za co sąd uznał go winnym, ale postanowił nie karać”. Jako świadek w procesie lustracyjnym Kwaśniewskiego Majchrowski stanowczo stwierdził, że TW „Alek” to nie Aleksander Kwaśniewski. Zapytajmy, dlaczego sąd w ogóle dopuścił K. Majchrowskiego jako świadka w procesie lustracyjnym. Jaka mogła być wiarygodność dyrektora-esbeka, który jeszcze po 1989 r. zacierał ślady przez palenie akt?

Niebywałym skandalem, świadczącym o panującym duchu amnezji, były publicznie ogłaszane przez D. Tuska możliwości powierzenia stanowiska ministra Michałowi Boniemu, pomimo faktu, że ten publicznie przyznał, iż podpisał deklarację o współpracy z SB. Przypomnijmy, że po podpisaniu tej deklaracji Boni zataił całą sprawę przed kolegami z konspiracji. W 1992 r., po umieszczeniu na liście Macierewicza, Boni publicznie stanowczo zaprzeczał twierdzeniom o jakichkolwiek kontaktach z SB. A potem milczał o tym przez 15 lat aż do chwili, gdy w związku z propozycją objęcia stanowiska ministra musiał liczyć się z ujawnieniem całej sprawy przez IPN. I gdzież tu była jakakolwiek odwaga cywilna ze strony Boniego, odwaga, za którą pochwalił go ks. Isakowicz-Zaleski w TVN 3 listopada 2007 roku? (Najwyraźniej ks. Isakowicz-Zaleski ciągle stosuje dwie miary: ataku na ludzi nielubianych z innej opcji i stanowczej obrony ludzi z bliskiej opcji, tak jak M. Boniego z PO.) I gdzie jest tu elementarna uczciwość? Przypomnijmy, że wbrew wybranianiu Boniego przez Tuska et consortes myśl o powołaniu go na ministra skrytykowali – ze względu na cienie jego przeszłości – ludzie wywodzący się z bardzo różnych środowisk, wyliczając choćby nazwiska Zbigniewa Romaszewskiego, Ryszarda Bugaja, Joanny Lichockiej, Kazimierza M. Ujazdowskiego, prof. Mirosława Dakowskiego i prof. Jadwigi Staniszkis. Profesor Staniszkis powiedziała, że nie podoba się jej spóźniona skrucha Boniego. J. Lichocka stwierdziła, że Boni wybrał kłamstwo w 1992 r., stąd niezrozumiałe jest dziś fałszywe święte oburzenie jego obrońców. Jedno jest pewne – wejście Boniego do rządu oznaczałoby, że PO zamierza całkowicie pogrzebać projekty lustracji. Jak bowiem można byłoby ją realizować w sytuacji, gdy w samym rządzie byłby ktoś obciążony decyzją o podpisaniu deklaracji współpracy z SB? Ale cóż, przypomnijmy, że D. Tuskowi nie przeszkadzała w swoim czasie intensywna współpraca z jednym z trzech tenorów – b. agentem wywiadu PRL A. Olechowskim! Miejmy nadzieję, że posłowie PiS, tacy jak dotychczasowy kierownik krakowskiego oddziału IPN Ryszard Terlecki, stanowczo przeciwstawią się w Sejmie wszelkim próbom pogrzebania lustracji przez Platformę!

Czy będziemy potulnymi satelitami?

Niektórzy szukają wskazówek co do linii przyszłej polityki zagranicznej RP po zwycięstwie PO w wymownych wyrazach radości, okazywanych z tego powodu we wpływowych kręgach Niemiec i Rosji. Szczególnie niepokojące przy tym są przejawy wielkiej satysfakcji wśród najbardziej ekstremistycznych antypolskich kręgów u naszych sąsiadów. Dość przypomnieć entuzjastyczne reakcje Eriki Steinbach i zachwyty lidera Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji, osławionego Władimira Żirinowskiego. Swego rodzaju kropkę nad „i” postawił wydawany w Nowym Jorku żydowski tygodnik „The Jewish Week”. W artykule zatytułowanym „Good News for Poland’s Jews” (Dobre wieści dla polskich Żydów) stwierdzano zaraz na początku tekstu: „W odbytych w tym tygodniu wyborach w Polsce głównym zwycięzcą są partie prożydowskie” („the major victors are pro Jewish (…) parties”) (cyt. za: „Najwyższy Czas!” z 3 listopada 2007 r.).

Świetna znawczyni spraw Europy Zachodniej Krystyna Grzybowska napisała w dość alarmującym tekście „Kocha, lubi, nie szanuje” („Wprost” z 4 listopada 2007 r.) m.in.: „Od gratulacji i wyrazów zachwytu nad zwycięstwem Donalda Tuska płynących z zagranicy, także bliskiej, może się zakręcić, a nawet pomieszać w głowie. Przyszły premier ma wprawdzie serdeczne kontakty międzynarodowe tylko z kanclerz Niemiec, prezydentem Litwy i premierem Czech, ale za to medialne wsparcie wszystkich sił lewicowych i liberalnych Europy. Siły te uznały, że ten, kto jest wrogiem Kaczyńskich, będzie gotów realizować plan zawłaszczenia umysłów Polaków przez ideologów politycznej poprawności i podporządkowywania jej brukselskiej idei imperialnej. Politycy PO mają posłużyć za pożytecznych idiotów, którzy w zamian za komplementy zrezygnują z walki o narodowe interesy i staną się potulnymi satelitami grupy trzymającej władzę w Unii”.

Zapowiedzią tej przyszłej potulności był dość zdumiewający tekst wywiadu, udzielonego przez D. Tuska tuż przed wyborami dla Rosyjskiej Agencji Informacyjnej „Nowosti”. Tusk zapewnił w nim m.in., że jednym z podstawowych zadań polityki zagranicznej Platformy po dojściu do władzy w Polsce będzie polepszenie stosunków z Rosją. I tu zaraz potem znalazł się zdumiewający donos dla zagranicy – oskarżenie pod adresem polityki PiS: „Aktualny rząd Jarosława Kaczyńskiego nie radzi sobie z trudnym zadaniem – utrzymywaniem dobrosąsiedzkich relacji z Niemcami” (cyt. za: W. Grzelak: Wybory w Polsce wygrała Rosja, „Najwyższy Czas!” z 3 listopada 2007 r.). Szokował fakt, że przywódca głównej opozycyjnej partii, szykującej się do przejęcia władzy, za granicą obciążał polski rząd winą za zaszłości w stosunkach z Rosją i Niemcami (notabene powstałe głównie z winy tych państw). Oznaczało to wyraźne osłabianie polskich pozycji przetargowych w stosunkach z tymi państwami.

Nieprzypadkowo Marian Miszalski ostrzegał na łamach „Niedzieli” z 4 listopada 2007 r., iż: „W dziedzinie stosunków spraw międzynarodowych wolno raczej spodziewać się postępującej uległości nowych władz wobec Brukseli, a zwłaszcza Berlina, starannie maskowanego propagandowo wycofywania się nowych władz z atrybutów narodowej suwerenności. Interesujące: w dyskursie PO o rzekomej 'izolacji politycznej Polski w Europie’ nie padło ani słowo o stanowisku nowej koalicji wobec możliwego werdyktu Trybunału w Strasburgu, przyznającego Powiernictwu Pruskiemu własność na polskich Ziemiach Zachodnich. Jest to tymczasem kluczowy problem stosunków polsko-niemieckich”.

Niepokojąco wygląda ochocza gorliwość przywódców PO śpieszących się z poparciem dla dołączenia Karty Praw Podstawowych do nowego traktatu unijnego przy jego ratyfikacji. Przypomnijmy, podczas szczytu UE w Lizbonie w październiku tego roku prezydent Kaczyński uzgodnił, że Polska, obok Wielkiej Brytanii, będzie jedynym krajem Wspólnoty, w którym zapisy Karty nie będą stosowane. Minister Anna Fotyga publicznie zapowiadała, że zrobi wszystko, by Polska nie przystąpiła do Karty. Według Fotygi, takie przystąpienie „mogłoby otworzyć drogę do przyznania Niemcom rekompensat za mienie, utracone na terenie Polski po II wojnie światowej, a także narzucenie naszemu krajowi niechcianych zmian obyczajowych, w tym legalizacji małżeństw homoseksualnych” (cyt. za: J. Bielecki: Tusk i prezydent grają o Kartę, „Dziennik” z 27-28 października 2007 r.). Natomiast politycy PO „nie mają wątpliwości, że Polska Kartę przyjąć powinna” (por. tamże). Jak widać, nie niepokoją ich obawy przed otwarciem drogi do rekompensat dla Niemców. Wśród zwolenników Platformy zdarzają się już i takie wypowiedzi, jak „wolę Polskę niemiecką niż Kaczyńską”.

Niedawno przeczytaliśmy w „Naszym Dzienniku” (nr z 27-28 października 2007 r.) o swoistym prezencie dla Eriki Steinbach, dokonanym z inicjatywy burmistrza Zgorzelca – Rafała Gromnicza z PO. Dogadał się on z władzami miasta Goerlitz co do wspólnego wybudowania centrum dokumentacyjno-naukowego poświęconego ucieczkom, wypędzeniom i przymusowym wysiedleniom. Pomysł nieprzypadkowo spodobał się Związkowi Wypędzonych. Rzecznik prasowy BdV Walter Strattmann stwierdził, że: „Upamiętnienie wypędzonych nie musi być ograniczone jedynie do Berlina i dobrze, że powstają podobne placówki w innych miastach, a szczególnie w Polsce. Jest bardzo ważne, aby temat wypędzeń był rozpowszechniany w jak najszerszym kręgu, także w Polsce”. Przypomnijmy, że Niemcy jakoś nie są skorzy do upamiętniania informacji o zbrodniach popełnionych przez wojska niemieckie, SS i gestapo w Polsce w czasie wojny. Kilka lat temu dużą większością zadecydował, że budowany w Berlinie wielki pomnik pamięci ofiar Holokaustu będzie upamiętniał wyłącznie ofiary żydowskie, bez zaznaczenia polskich i innych słowiańskich ofiar niemieckich działań eksterminacyjnych. W rezultacie takiego podejścia przeważająca część Niemców nie ma zielonego pojęcia o rozmiarach polskiej martyrologii i nie ma żadnego poczucia winy, sądząc, że jedynymi ofiarami byli Żydzi i wysiedleni Niemcy. Dość szczególna to optyka. Przypomnijmy, że Kaczyńscy i PiS konsekwentnie występowali za przypomnieniem polskich strat doby wojny, począwszy od strat Warszawy.

Czy polityka PO nie będzie sprzyjać coraz większym postępom na drodze do akcentowania niemieckości tzw. Ziem Odzyskanych i ich postępującej, powolnej regermanizacji? Oto najnowsza historia, z wielką satysfakcją opisana przez tygodnik mniejszości niemieckiej „Schleschische Wochenblatt” (nr 42 z 19 października 2007 r.). Opisano tam przebieg niedawnego referendum na nazwę gimnazjum w Elblągu, referendum przeprowadzonego wśród uczniów tego gimnazjum. Okazało się, że w toku referendum zdecydowanie zwyciężyły głosy na rzecz największego niemieckiego przemysłowca stoczniowego z XIX wieku z Elbląga Ferdynanda Schichau. Pokonały one w rywalizacji o głosy uczniów m.in. Prymasa Tysiąclecia Stefana kardynała Wyszyńskiego i noblistkę Marię Skłodowską-Curie. Przypomnijmy, że Schichau był twórcą największych stoczni niemieckich, m.in. w Elblągu i Gdańsku, które wybudowały np. potężną flotę imperialną Niemiec w dobie Wilhelma II. Stocznie nosiły nazwę Schichau do 1945 roku. Czy rzeczywiście gimnazjum w Elblągu powinno nosić nazwę jednego ze współtwórców potęgi imperialnej Niemiec, tak groźnej dla Europy i świata? Istnieje szansa, że decyzja referendum uczniowskiego nie zostanie zatwierdzona przez radę miejską Elbląga. Czekamy!

Jest jeszcze jeden krąg zagadnień, w których ewentualna potulność Platformy wobec nacisków z zewnątrz może się okazać bardzo groźna. Chodzi tu o roszczenia niektórych środowisk żydowskich do mienia w Polsce, roszczenia sięgające wg prof. Normana Finkelsteina sumy 65 miliardów dolarów (co prawda, niektórzy Żydzi zapewniają nas o swej wielkoduszności w tej sprawie – całej sumy 65 miliardów dolarów nie zażądają od zaraz, lecz rozłożą ją nam na raty!). Ponad pół roku temu ostro krytykowałem milczenie przedstawicieli PiS-owskiego rządu w tej tak ważnej dla Polski sprawie, nieinformowanie o niej społeczeństwa. Byłem również absolutnie przeciwny rozmawianiu z roszczeniowcami-szantażystami z USA typu I. Singera. Okazało się, że miałem aż nadto mocno rację w tej sprawie – półtora tygodnia po nieszczęsnych negocjacjach z Singerem Światowy Kongres Żydów wyrzucił go jako defraudanta z jednego z czołowych stanowisk w tej organizacji (okradł ją, bagatelka, na półtora miliona dolarów!). Obawiam się, że przywódcy Platformy w swych zabiegach o względy Żydów zagranicznych nie będą mieli żadnych skrupułów i pójdą wobec nich na zupełnie niepotrzebne, skrajne ustępstwa finansowe, skazując miliony Polaków na dodatkowy uszczerbek finansowy. Można przypuszczać również, że rządy PO pójdą szerokim frontem w kierunku prywatyzacji, preferujących kapitał zagraniczny, zgodnie ze starymi zasadami działania tak wpływowych i dziś w PO b. premiera J.K. Bieleckiego i b. ministra przekształceń własnościowych J. Lewandowskiego. Przypomnijmy, że politycy Platformy niejednokrotnie ostro atakowali PiS za wstrzymywanie prywatyzacji. Znamienne jest również zachowanie platformersów wobec decyzji ministra Wojciecha Jasińskiego o odstąpienie od tak niekorzystnej dla Polski umowy o sprzedaży firmy PZU firmie Eureko. Politycy Platformy publicznie wyrażali swe oburzenie w związku z tą decyzją.

Manowce polityki Platformy

W nadchodzących miesiącach można się spodziewać dość szybkiego odsłonięcia prawdziwego oblicza Platformy i obnażenia fałszów ostatnio używanej przez nią retoryki patriotycznej i populistycznej, która tak zaskoczyła PiS i była jednym z głównych źródeł triumfu PO. Już dwa lata temu, dawniej tak nielubiący polskości Tusk rzucił nagle wyborcze hasło: „Będziemy dumni z Polski!”. Zamiast akcentowania – że już teraz jestem, jesteśmy dumni z Polski – dopiero zapowiadał, że będziemy! Było tam „w domyśle – jak zostanę prezydentem” – mówił wyszydzający groteskowość tego hasła prof. Andrzej Nowak. Stwierdził on dalej: „Nad hasłem Donalda Tuska zadumałem się poważnie, ponieważ świadczy ono o niesłychanej płytkości tej formacji. W Polsce bowiem wszyscy ludzie, którzy czują się Polakami, są ze swej ojczyzny dumni, czerpiąc tę dumę z tysiąca lat tradycji, a nie z wyniku ostatnich sondaży. I traktowali tę dumę jako zobowiązanie – względem siebie” (por. wywiad z prof. A. Nowakiem w „Tygodniku Solidarność” z 20 stycznia 2006 r.).

Cały problem z Tuskiem i PO polega na tym, że tam nie ma i nie było rzeczywistego programu, a tylko zręcznie dobierany zestaw hasełek „pod publikę”, który miał zapewnić zwycięstwo wyborcze. A teraz nadejdzie, jak w brydżu, czas sprawdzania obietnic – blefów. Dobrze rozszyfrował manipulacje programowe Platformy jeden z jej byłych współzałożycieli, „trzech tenorów” – poseł Maciej Płażyński. W wywiadzie dla „Najwyższego Czasu!” z 3 listopada 2007 roku Płażyński powiedział: „Platformę trudno oceniać za program, gdyż ciągle się zmieniał. Nie potrafię dziś powiedzieć, jakie poglądy ma Donald Tusk. W PO dominuje środowisko byłego Kongresu Liberalno-Demokratycznego, a w kampanii słyszeliśmy wypowiedzi, odbiegające od liberalnych haseł. Jaki jest więc faktyczny program Platformy? W szeregach Donalda Tuska przeważa polityka sondażowa, czyli chęć skupienia się na wizerunku medialnym. Brakuje tu przesłania ideowego. Zobaczymy, czy rząd będzie coś w Polsce zmieniał, czy raczej nie będzie chciał narażać się wyborcom”.

Warto zacytować również to, co napisał na temat metod walki wyborczej Tuska bardzo lewicowy autor, skądinąd nieznoszący PiS i Kaczyńskich – prof. Bronisław Łagowski. W felietonie na łamach postkomunistycznego „Przeglądu” z 28 października 2007 r. pisał: „Donald Tusk został okrzyknięty zwycięzcą w pojedynku z Kaczyńskim. Wszystko mi jedno, kto zwycięży Kaczyńskiego, każdego pochwalę. Kiedy myślę o tym domniemanym zwycięstwie szefa Platformy, chce mi się strawestować biskupa Krasickiego: mądry przedyskutował, ale głupi pobił (…). Tusk nikogo nie zwyciężył, on tylko Kaczyńskiego przegadał, tak jak pod koniec przegadał Kwaśniewskiego. Tusk się nie liczy ze słowami, ani z ilością, ani znaczeniem; posługuje się sloganami, odwołuje do propagandowych głodnych kawałków, jakby to były niezbite i naukowo albo sądownie ustalone fakty. Mówi on w jakimś wywiadzie, że 'Kaczyńscy zostali trwale zagrożeni bakcylem sowietyzmu gospodarczego i ustrojowego’. Kto wygłasza takie bzdury, staje się w dyskusji nieważki, tak pozbawiony ciężaru, jakby go wcale nie było”.

Mit o PO jako „partii wykształconych”

W mediach uparcie sączono mit o PO jako partii ludzi wykształconych, kształtowano snobizm na poparcie tej partii. A tymczasem uparte fakty wskazują, że w Platformie dominują głównie cwaniacy, a nie intelektualiści z jakąś wizją programową. Jakże wymowny pod tym względem był fakt, że w PO całkowicie zmarginalizowano jedynego polityka z prawdziwie szeroką wizją – Jana Marię Rokitę. Śmiem to twierdzić po dokładnej lekturze przeprowadzonego z nim ogromniastego wywiadu „Alfabet Rokity”. Nie chcę idealizować Rokity. Ma on na swym koncie ciężkie grzechy z okresu, gdy był ogromnie wpływowy w rządzie Hanny Suchockiej, kimś w rodzaju trzymającego wszystko w rękach kanclerza. Na pewno jest w ten czy inny sposób współodpowiedzialny za tzw. inwigilację prawicy. Niemniej jednego nie można mu odmówić – intelektem bije na głowę zarówno Tuska, jak i głównego rozgrywającego w polityce personalnej PO Grzegorza Schetynę, intryganta z inkwizytorskim zacięciem. A propos Tuska – bardzo celnie scharakteryzował go niedawno minister obrony Aleksander Szczygło w wywiadzie dla dziennika „Polska” z 3-4 listopada 2007 roku, mówiąc m.in.: „Kiedyś w aktach osobowych znalazłem charakterystykę oficera: 'Szczególnych uzdolnień nie stwierdzono, szczególnych osiągnięć nie stwierdzono. Posiada zdolności przywódcze’. Idealnie pasuje to do Tuska. On nie rozumie, co się dzieje w Polsce. Jak czasami na niego patrzę, to mam wrażenie, że oczy ma przysłonięte lekką mgłą i nie wie, co się dzieje. A obok niego idą Schetyna z Grasiem i gdzieś go prowadzą”.

Ludzie z zacięciem intelektualnym wyraźnie nie mogą się z Tuskiem dogadać (vide casus Jarosława Gowina, który po rozmowie z Tuskiem wolał zrezygnować z ministerialnej kariery). Był w klubie poselskim PO, skądinąd początkowo bardzo fetowany (a bardzo nielubiany przeze mnie), profesor socjologii Paweł Śpiewak. Stopniowo zrozumiał, że ludzie z intelektem nie mają czego szukać na dworze Tuska, zdominowanym przez małych, czołobitnych, szarych ludzi, dyrygowanych przez mało ciekawego intelektualnie Tuska i jego „karbowego” – Schetynę. Wolał odejść i nie kandydować w ostatnich wyborach. „Intelektualizm” Platformy dobrze wyraża nowy członek klubu poselskiego PO – „heros” z Big Brothera Janusz Dzięcioł. Świeżo w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” z 29 października 2007 roku popisał się wezwaniem do bezwzględnej czystki wszystkich PiS-owców, mówiąc, że wszystkich z PiS trzeba „zdecydowanie pogonić”. Będzie więcej miejsca dla wszystkich Dzięciołów! Ciekawostką jest fakt, że Platforma zyskała zdecydowane poparcie przedwyborcze również ze strony znanej z ogromnego „rozumku” Dody Elektrody (por. „Angora” z 21 października 2007 r.).

Pierwsze falstarty Platformy

Już pierwszych kilkanaście dni po wyborach wystarczyło działaczom Platformy do popełnienia kilku poważnych falstartów. Pierwszy to był arcygroteskowy pomysł Hanny Gronkiewicz-Waltz, by pójść z budową stadionu narodowego do Łomianek. Niemal wszyscy obśmiali niemądry pomysł „znawczyni sportu” – Waltzowej, ale niektórzy, kochający bez reszty futbol, dosłownie „wyszli” z nerwów. Słynny bohater bojów piłkarskich Jan Tomaszewski powiedział w TVN 24: „Pani Gronkiewicz skompromitowała nas wszystkich Polaków (…). To, co robi pani Gronkiewicz, to kompromitacja (…). To draństwo”. W wywiadzie dla dziennika „Polska” z 2 listopada 2007 roku Tomaszewski poradził chcącej „oszczędzać” na stadionie p. prezydent: „Skoro tereny pod budowę zaplanowanego stadionu są tak drogie, to proponuję pani Gronkiewicz-Waltz, by sprzedała swoją posiadłość prezydenta Warszawy w centrum miasta i wybudowała sobie trzy siedziby w Pruszkowie, Wołominie i Tworkach”. Nawet tak miłosierna dla PO „Gazeta Wyborcza” tym razem ostro zaatakowała Hannę Gronkiewicz-Waltz w tekście „Kompromitacja” na łamach 'Stołecznej'”, w dodatku „Wyborczej” z 30 października. Jan Fusiecki pisał tam m.in., że: „Forsując przeniesienie Stadionu Narodowego na peryferie pół roku po ogłoszeniu Euro 2012, Hanna Gronkiewicz-Waltz naraża na śmieszność siebie i swój urząd. Dalsze spory o lokalizację mogą pogrzebać całą imprezę w stolicy”.

Falstarty kontynuowane były również wraz z tworzeniem rządu p. Tuska. Pierwszym, najgłośniejszym stał się pomysł powołania do rządu p. Michała Boniego z – jak się okazało – bardzo brzydką kartą podpisania deklaracji współpracy z SB. Później okazało się, że trzeba zrezygnować z żelaznego, zdawałoby się, kandydata na ministra edukacji, lewicowego katolickiego intelektualisty, dotąd senatora, a od nowych wyborów posła PO Jarosława Gowina. Pan Gowin zrezygnował z rządu po „twórczej” rozmowie z Tuskiem. Podejrzewa się, że przedstawiciel katolewicy Gowin przeraził się w czasie rozmowy, iż jako minister edukacji będzie musiał spełniać różne żądania antyklerykalnych platformersów, np. w sprawie usunięcia stopnia religii ze świadectw maturalnych. Inni twierdzą, że p. Gowin przeraził się niechybnej fali strajkowej nauczycieli, żądających spełnienia obiecanek PO. W pierwszym oświadczeniu, tłumaczącym, dlaczego nie przyjmuje stanowiska ministra, p. Gowin wyjaśniał, że robi tak dlatego, bo chce poświęcić się umacnianiu wsparcia politycznego dla PO w Małopolsce. Tłumaczenie to brzmiało tak niewiarygodnie, że już następnego dnia p. Gowin wystąpił z odmiennym tłumaczeniem swej decyzji – zrezygnował jakoby z pełnienia funkcji ministra ze względów rodzinnych!

Dość groteskowo wygląda pomysł mianowania Grzegorza Schetyny na ministra spraw wewnętrznych. Zaraz wysunięto przypuszczenia, że będzie równie „kompetentnym” szefem tego resortu jak osławiony Janusz Tomaszewski w rządzie AWS – UW. Tyle tylko, że cwaniaczek Schetyna już się zabezpieczył. Na swego zastępcę ma powołać autentycznego dobrego fachowca – b. ministra spraw wewnętrznych Marka Biernackiego, który będzie pewno wykonywał całą czarną robotę.

Dość dziwnie wygląda również casus typowanego na ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego. Przyznam się, że kiedyś miałem doń dużo sympatii ze względu na jego afgańskie boje. Poza tym robił wrażenie człowieka dobrze uformowanego intelektualnie i nie przeszkadzała mi w docenieniu jego w tym względzie nawet informacja, że przyłapano go na ściąganiu w Oxfordzie. Bardzo zaskakiwały mnie natomiast wieści o jakichś przedziwnych kompromisach tego tak zdecydowanego antykomunisty. To, że jako wiceminister obrony poszedł w 1992 roku na przyjęcie dla uczczenia osiemdziesiątych urodzin umiłowanego przywódcy KRLD, a raczej superkata Korei Północnej Kim-Ir-Sena. Jeszcze bardziej zaskoczyła mnie informacja, że taki zajadły antykomunista przyjął urząd wiceministra spraw zagranicznych pod batutą tak fatalnego grubokreskowego szefa MSZ – Bronisława Geremka. Już urzędując pod Geremkiem, „wsławił się” wnioskiem o odwołanie z funkcji polskiego konsula honorowego Jana Kobylańskiego. Nawet taki tropiciel rzekomego polskiego antysemityzmu jak Geremek nie zdobył się na realizację wniosku Sikorskiego. Jak się okazało, ponowił swój wniosek o odwołanie za kolejnego ministra W. Bartoszewskiego. I dopiero Bartoszewski poparł tak szkodliwy wniosek Sikorskiego, uderzający w ogromnie zasłużonego przywódcę Polonii południowo-amerykańskiej (por. Ł. Warzecha: „Strefa zdekomunizowana. Wywiad-rzeka z Radkiem Sikorskim”, Warszawa 2007, s. 128).

Awansowany na ministra obrony w rządzie PiS, odpłacił się za paroletnie urzędowanie jawną zdradą. Mógł oczywiście odejść z PiS do PO. Tyle że zrobił to w bardzo brzydkim stylu, skrajnie przypochlebiając się platformersom i mówiąc o swoich byłych kolegach z rządu PiS: „Jeszcze jedna bitwa i dorżniemy watahę” (cyt. za wywiadem A. Szczygło dla dziennika „Polska” z 3-4 listopada 2007 r.). Już wcześniej zdumiewały pewne epizody z okresu ministrowania R. Sikorskiego. To, że ten „zatwardziały antykomunista” jako minister obrony wystąpił z propozycją, by jego byłego szefa WSI, generała Dukaczewskiego, uczynić szefem jednego z okręgów wojskowych. W swoim czasie zdumiało mnie stwierdzenie Sikorskiego jako ministra obrony, że nie należy degradować gen. Jaruzelskiego (por. Minister ma rację, „Nasz Dziennik” z 22 grudnia 2006 r.). Czy dlatego bronił gen. Jaruzelskiego, że kiedyś (w 1992 r.) wypił z nim wódkę w ambasadzie KRLD (por. Ł. Warzecha: op. cit., s. 109)? Swój stosunek do gen. Jaruzelskiego Sikorski tłumaczy (Warzecha, op. cit., s. 361), iż: „Jaruzelski był w Polsce sowieckim janczarem, ale oddał władzę pokojowo”. No i co z tego, że oddał? Kiedy oddał? W 1989 roku, gdy był absolutnie przymuszony przez sytuację! Jaka to była zasługa?

Prezydent i premier sprzeciwiają się mianowaniu Sikorskiego na ministra spraw zagranicznych, mówiąc, że mają bardzo uzasadnione zastrzeżenia, których nie mogą publicznie ujawnić. Ja wystąpię publicznie z jednym, które poddaje całkowicie w wątpliwość umiejętności dyplomatyczne, tak potrzebne w MSZ, a tak szwankujące najwyraźniej u wybitnie uzdolnionego p. R. Sikorskiego. Otóż przed zdymisjonowaniem R. Sikorskiego z funkcji ministra obrony, uczestniczył on, nie wiem dlaczego, w Dniu Judaizmu w Gdańsku. I oto tam właśnie p. minister Sikorski wpadł jak śliwka w kompot w pytanie-pułapeczkę, starannie przygotowane wcześniej dla niego. Zadane mu pytanie brzmiało: „Czy pan uważa, że należy uderzyć w Iran, by zapobiec uzyskaniu przez niego broni atomowej?”. Moim zdaniem, polski minister obrony powinien za wszelką cenę uchylić się od odpowiedzi na tak trudne, drażliwe pytanie. A pan minister Sikorski, zamiast uchylić się, z miejsca odpowiedział, że należałoby uderzyć na Iran i w ten sposób zaprezentował się w roli jastrzębia. Po co? Zaraz potem zaś wystąpił były ambasador Izraela w Polsce Szewach Weiss i jako absolutny „gołąbek pokoju” nawijał przez kilka minut tezę: „W żadnym razie nie można uderzać na Iran, trzeba do końca wykorzystać wszystkie środki pokojowe, trzeba rozmawiać, rozmawiać, za wszelką cenę, w imię pokoju i ludzkości”. I tak to b. ambasador Izraela, który ma swój konflikt z Iranem, wyszedł na gołębia, a minister obrony RP, który nie ma żadnych interesów na Bliskim Wschodzie, wystąpił w roli jastrzębia. Moim zdaniem, wszystko było wyreżyserowaną pułapką, a minister Sikorski dowiódł, że nie ma w żadnym razie kwalifikacji dyplomatycznych, które promowałyby go na funkcję szefa MSZ. Dobrze tylko, że swą antyirańską wypowiedzią nie sprowokował napaści jakiejś grupy irańskich fundamentalistów gdzieś w Polsce.

Cóż, dożyjemy, popatrzymy. Niektórzy już nader bacznie obserwują poczynania Platformy. W internecie powstaje coraz więcej krytycznych blogów pod odpowiednimi nazwami: „Porażka Obywatelska”, „Irlandia za 2 lata”, „Czekając na cud”. Swego rodzaju inspiracją do tych krytycznych blogów stał się poświęcony H. Gronkiewicz-Waltz blog „Bufetowa Watch” (Obserwator Bufetowej), prowadzony przez Michała Pretma. Według tekstu Barbary Kamińskiej: internauci patrzą na ręce Platformy Obywatelskiej („Rzeczpospolita” z 30 października 2007 r.), autor blogu „Bufetowa Watch”: „Miał już kilka razy nieprzyjemności (…). Jedna z gazet napisała, że w jego sprawie ratusz wszczął dochodzenie”. Mamy więc swoisty symbol wolności słowa w wykonaniu jakże demokratycznej i obywatelskiej Platformy!

Prof. Jerzy Robert Nowak


drukuj