Mgła na Siewiernym wypełzła z jaru

Z relacji emerytowanej nauczycielki, mieszkanki Smoleńska, do której
dotarł "Nasz Dziennik", wynika, że 10 kwietnia mgła na lotnisku pojawiła się w
sposób gwałtowny, około godziny 8.00 rano czasu moskiewskiego, i równie szybko
zniknęła. Bardzo łatwo można ją było zlokalizować, wypełzła z jaru, w którym
rozbił się polski samolot z 96 osobami na pokładzie. Wcześniej – jak twierdzi
kobieta – była słoneczna pogoda.

Nauczycielka, Polka z pochodzenia, do której dotarł "Nasz Dziennik",
10 kwietnia przebywała tuż obok lotniska, w bezpośredniej bliskości miejsca, w
którym upadł Tu-154M. Była naocznym świadkiem wydarzeń, jakie rozegrały się tego
dnia. Kobieta dorabia w jednym z zakładów usytuowanych w pobliżu Siewiernego,
położonym w dzielnicy, do której dociera komunikacja autobusowa. W pobliżu są
zakłady remontowe, m.in. warsztaty samochodowe. Pas lotniska znajduje się na
lewo od szosy, która biegnie od Smoleńska w kierunku Moskwy.
Z prawej strony ulicy widać liczne zabudowania, w tym domy mieszkalne, i jar,
który leży na trasie tzw. podejścia do lotniska. Jak relacjonuje kobieta, 10
kwietnia już o 7.00 rano była w pracy. Była wtedy słoneczna pogoda, nie było
żadnej mgły. Pojawiła się dopiero po godzinie, więc ok. godziny 8.00 rano czasu
moskiewskiego (ok. 10.00 czasu polskiego). Jak tłumaczy, w pewnym momencie
zaczęła gwałtownie gęstnieć, jakby "wychodziła z ziemi". Kładła się gęstymi
płatami wyraźnie od strony jaru, który od szosy dzieli odległość około jednego
kilometra.
Z opisu nauczycielki wynika, że mgła wypełzła z jaru i przemieściła się w
kierunku szosy w stronę lotniska Siewiernyj. Opary ustąpiły równie szybko, jak
się pojawiły. Zdaniem kobiety, około godziny 10.00 wiadomo było, że coś złego
się dzieje, ludzie, usłyszawszy wybuch, zaczęli biec w kierunku szosy. Kobieta
ruszyła za nimi. Kiedy wszyscy dobiegli do szosy, co nastąpiło zaledwie
kilkanaście minut od upadku polskiej maszyny, stał tam już kordon
funkcjonariuszy OMON, którzy nikogo na miejsce katastrofy nie dopuszczali.
Zgodnie z relacją kobiety, w kordonie odgradzającym teren katastrofy znajdowali
się też młodzi kadeci ze smoleńskiej szkoły oficerskiej. Warto przy tym
zauważyć, że najbliższa tego typu szkoła, skąd mogliby oni przybyć, znajduje się
w odległości około 7 kilometrów od lotniska Siewiernyj. Czy można pokonać taką
odległość w kwadrans? Teoretycznie mogliby oni pokonać ten dystans w czasie
około 15 minut. Aczkolwiek trzeba też wziąć pod uwagę, że jakiś czas musiałoby
zająć im przygotowanie się do wymarszu, a więc musieliby się ubrać czy też
zabrać niezbędny sprzęt. Dopiero wtedy mogliby wyruszyć w drogę. Tymczasem z
relacji świadka wynika, że znajdowali się w kordonie, który był ustawiony niemal
natychmiast, tuż po tym, jak świadkowie usłyszeli huk, jeszcze zanim zawyły
syreny.
Były minister w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego Jacek Sasin w dniu
katastrofy był na cmentarzu w Katyniu. Z hotelu wyjechał przed 9.00 czasu
moskiewskiego. Mówi, że zza chmur przebijało słońce, nie było żadnej mgły. Jak
podkreśla gen. bryg. rez. Jan Baraniecki, były zastępca dowódcy Wojsk Lotniczych
Obrony Powietrznej, już w latach 60. Rosjanie stosowali różne metody maskowania
lotnisk. Jedną z nich było zadymianie: baki samolotów napełniano specjalnym
olejem, po uruchomieniu silników z maszyny wydobywały się gęste opary, które na
pewien czas zadymiały lotniska. Z tego sposobu korzystały siły Układu
Warszawskiego. Rosjanie opanowali też technologię wywoływania sztucznego
zachmurzenia czy deszczu. Jarosław Zieliński, poseł PiS, członek parlamentarnego
zespołu smoleńskiego, zauważa, że to, dlaczego mgła pojawiła się nad lotniskiem
smoleńskim tak nagle, pozostaje wciąż pytaniem otwartym. – Kwestia ta musi być
zbadana przez prokuraturę i komisję, której przewodniczy minister Miller. To,
czy mgła pojawiła się naturalnie czy też nie – ten wątek powraca od samego
początku, od dnia katastrofy – podkreśla poseł. – Tak samo sprawa tak szybkiego
pojawienia się funkcjonariuszy OMON. Pytanie, czy chcieli oni ogrodzić teren, by
faktycznie zabezpieczyć miejsce katastrofy, czy też wyeliminować każdą możliwość
pojawienia się naocznych świadków – zastanawia się Zieliński. Jak zauważa, przy
normalnym śledztwie, przy zaufaniu do organów państwowych polskich i rosyjskich,
sprawa ta byłaby prosta do wyjaśnienia. – Niestety, tego zaufania brakuje, bo
to, co działo się w dotychczasowym postępowaniu prokuratury i polskiej komisji,
na takie zaufanie nie pozwala – dodaje. Sprawy nie chce komentować Ministerstwo
Spraw Wewnętrznych i Administracji, któremu podlega Polska Komisja Badania
Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, ustalająca okoliczności katastrofy
rządowego Tu-154M pod Smoleńskiem. Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie
posiada zdjęcia satelitarne z 5 i 12 kwietnia. Są to zdjęcia wykonane przez
amerykańską firmę DigitalGlobe. Co do szczegółów prokuratura się nie wypowiada.
Polscy śledczy zwrócili się też do USA z wnioskiem o pomoc prawną o uzyskanie
zdjęć satelitarnych Smoleńska z dnia katastrofy. Do tej pory nie uzyskali żadnej
odpowiedzi.
 

Anna Ambroziak

drukuj