Metafora ciszy

Przy wejściu do kaplicy Szpitala Bielańskiego w Warszawie znajduje się
napis: "Bóg przemawia do nas w ciszy". Ilekroć czytam te słowa, zastanawiam się,
czy współczesny człowiek jest wrażliwy na ciszę, czy rozumie jej istotę i
docenia wartość. Tylko w ciszy można usłyszeć głos sumienia i tylko w ciszy
można zajrzeć w te rejony naszego wnętrza, które świadczą o pełni
człowieczeństwa. Ale cisza to także środek wyrazu artystycznego, najpełniej
wyrażający się w pantomimie. Myślę o klasycznej pantomimie, o jej czystym
gatunku, który już odchodzi w niepamięć. Cieszy mnie, że na zakończonym niedawno
Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Mimu można było obejrzeć kilku artystów
odwołujących się do pantomimy tradycyjnej.

Ten gatunek teatru wymaga szczególnego skupienia po obu stronach rampy. Milczący
artysta przemawia do widza poza słowem. Środkami przekazu są jego ciało, gest,
mimika, ruch. Ważne tylko, czy używa tego świadomie, czy rozumie, dlaczego
wykonuje taki lub inny gest, i czy wie, dlaczego milczy. Pantomima daje aktorowi
ogromne możliwości twórcze. Skłania do poszukiwania takich środków wyrazu, które
bez słów przekażą widzowi stan ducha i emocji granej postaci, a to jest
najtrudniejsze.
Dzisiejszy hałaśliwy świat z trudem toleruje przestrzeń ciszy. Wielu
nagłaśniaczy pewnie uważa ją za przestrzeń niezagospodarowaną, a zatem wolną do
zawłaszczenia, bo się "marnuje". Jesteśmy na co dzień atakowani hałasem: w domu,
gdy u sąsiada za ścianą "wyje" telewizor, w pracy, na ulicy, w przybytkach
sztuki, kultury. Wszędzie. Przedstawienia teatralne, w których muzyka nas nie
ogłusza, należą już do rzadkości. Ten wszechobecny łomot jest ucieczką od
głębszej refleksji na temat życia, śmierci i tego, co po drugiej stronie życia.
Ludzie rozmawiają ze sobą głośno i w pośpiechu. Żyjemy w czasach tzw. wielkiej
tolerancji i – co za tym idzie – nieokiełznanej wolności jako podstawowych
narzędzi polityki poprawnościowej. Nawiasem mówiąc, ta tolerancja aktywuje się
wyłącznie po jednej stronie, występuje przeciw Kościołowi i jakoś dziwnie nie
toleruje tych, którzy wierzą w Boga. Posługuje się przy tym niezbyt
tolerancyjnymi narzędziami, jak na przykład hałaśliwy, agresywny język, często
nasycony wulgaryzmami, czy wręcz typowo chuligańskie zachowania, jak te
wymierzone w obrońców krzyża smoleńskiego na Krakowskim Przedmieściu. Tak
wygląda tolerancja i wolność. Tu nie ma miejsca na ciszę, specjalnie
przygotowani bojówkarze zagłuszają ją codziennie w najbardziej ordynarny i
obelżywy sposób.
W tym kontekście teatr pantomimy, tej prawdziwej, a nie "hermafrodyty" (z którą
dziś najczęściej mamy do czynienia), wydawałoby się, jest na straconych
pozycjach. No, bo kto ma dziś cierpliwość do tej ciszy przychodzącej jakby z
innej planety i zmuszającej widza do skupienia się i refleksji nad obrazem,
który widzi na scenie. Tymczasem, jak pokazał tegoroczny, dziesiąty już Festiwal
Pantomimy można z powodzeniem realizować czysty gatunek sztuki mimu. I właśnie
te spektakle, gdzie twórcy nie posiłkowali się tzw. językiem multimedialnym,
agresywną wizualizacją i głośną muzyką (stosowaną dziś najczęściej jako
wypełniacz pustych scen), lecz zaufali samej sztuce pantomimy, okazały się
najlepsze artystycznie. Wprawdzie chciałoby się, aby było ich więcej, ale
dobrze, że w ogóle pojawiły się i odżyła tęsknota za prawdziwym teatrem
pantomimicznym w jego najszlachetniejszej formie. Takiej, dzięki której
zwłaszcza my, Polacy, mamy się do czego odnieść. Myślę o Wrocławskim Teatrze
Pantomimy, jaki niegdyś stworzył Henryk Tomaszewski. Po jego śmierci teatr ten,
niestety, odszedł daleko od idei założyciela, ale teraz – można powiedzieć – w
pewnym sensie powraca. Takie przynajmniej nadzieje dają dwie znakomite części (I
i III) spektaklu "Osąd", o którym pisałam w poprzedniej recenzji.
Elementy klasycznej pantomimy znaleźć można było w kilku różnych
przedstawieniach. Na przykład w plenerowym spektaklu "Komedianci" w wykonaniu
Teatru Pantomimy Mimo (scenariusz, reżyseria i choreografia Bartłomiej Ostapczuk)
opowiadającym o wędrownej trupie teatralnej czy spektaklu czeskich artystów
MirĄenki ĄCechowej i Radima Vizváry’ego z Teatru Tantehorse kontynuującym
tradycje tamtejszej pantomimy w połączeniu z tańcem butoh, czy też w
przedstawieniu "Wieczór współczesnej pantomimy" składającym się z etiud, w
których wystąpili artyści z kilku krajów, prezentując różne formy tej sztuki.
Jedne w ciszy, inne z dźwiękiem. Występ amerykańskiego mima Gregga Goldstona,
jednego z najwybitniejszych obecnie artystów na świecie w tej dziedzinie,
kontynuatora tradycji sztuki mimicznej uprawianej przez nieżyjącego już
wielkiego mima Marcela Marceau, unaocznił, jak wielką i wspaniałą sztuką jest
pantomima. W każdej etiudzie gesty są czytelne, proste i jakże piękne. Goldston
sprawia wrażenie, jakby urodził się mimem, wyrazistość ruchu i gestu, płynność
przechodzenia z formy w formę, lekkość stąpania i przemierzania symbolicznej
przestrzeni unosi widza wraz artystą tam, gdzie on szybuje.
Na artystyczne wyżyny techniki pantomimicznej wprowadził widza również niemiecki
duet Alexander Neander i Wolfram von Bodecker w spektaklu "Out of the blue"
opowiadającym wzruszającą historię o dwóch mężczyznach uratowanych z katastrofy
lotniczej. To bardzo piękny spektakl o marzeniach, zbudowany według najlepszych
wzorów klasycznej pantomimy, odbywający się w cudownej ciszy, takiej, która mówi
bez słów. Ciekawie pomyślanym przedstawieniem był też zabawny, z elementami
thrillera, spektakl "Hotel Paradiso" w wykonaniu międzynarodowej grupy Familie
Flöz. Aktorzy wystąpili w maskach i zagrali w konwencji farsy z przynależnymi
dla tego gatunku wyznacznikami.
Poza nielicznymi niewypałami, jak włoski duet Jack & Joe, czyli Adriano Miliani
i Alexey Merkushev (straszliwe amatorstwo, aż żal patrzeć), czy żenująca
nieudolnością i bełkotem praca Pawła Passiniego w II części "Osądu", większość
pozycji zaprezentowała dobry poziom i w kilku przypadkach interesujący temat z
refleksją eschatologiczną.
Dobrze, że w tegorocznej edycji festiwalu zaakcentowano możliwość powrotu do
tradycyjnej pantomimy. Choć nie w pełni, ale nawet tych kilka prac pokazało
widzom, iż sztuka pantomimy należy do tych najszlachetniejszych, które nie muszą
szukać rozgłosu przez obrazoburstwo, wulgaryzm, skandal obyczajowy czy
dewiacyjne obsceny. Klasyczna pantomima jest teatrem prawdziwej sztuki.

Temida Stankiewicz-Podhorecka

10. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Mimu, Teatr Na Woli, Warszawa.

drukuj