Medialny front Jak służby prasowe III RP i ich koledzy z Moskwy i Berlina rządy PiS rozpędziły
Tomasz Lis 22 października w „Gazecie Wyborczej” pisał: „Dziś za wcześnie wyrokować czy 'kaczyzm’ będzie czymś więcej niż dewiacyjnym przecinkiem historii”. A więc już wszystko wiemy. Przez ostatnie dwa lata nasze marzenia o niepodległości Polski uznano za… przecinek historii, ciekawe, czym jeszcze będziemy?
„Cała działalność Partii sprowadza się do głoszenia wierutnych kłamstw z takim przekonaniem i pewnością siebie, jakie normalnie cechują wypowiedzi ludzi kryształowo uczciwych. Kłamać z pełną premedytacją, a jednocześnie głęboko wierzyć we własne słowa, zapominać niewygodne fakty, po czym, gdy zachodzi konieczność, przywoływać je z niebytu na tak długo, jak trzeba, negować istnienie obiektywnej rzeczywistości, a zarazem kierować się nią – to wszystko musi umieć każdy” – to fragment książki „Rok 1984” George’a Orwella. To przykre i smutne, ale te słowa mogą posłużyć za ścisły plan działania tzw. wolnych mediów w Polsce w roku 2007.
Oto byliśmy obserwatorami ponaddwuletniej medialnej bitwy. Stawka była olbrzymia – ostateczny wynik niepewny, toteż w ostatnich dniach kampanii puszczały nerwy wszystkim. Dziennikarze, przede wszystkim mediów komercyjnych, od ponad kilkunastu miesięcy ze szczególnym zacięciem wylewali wiadra smoły i pierza nie tylko na rząd premiera Kaczyńskiego, ale na wszystkich Polaków, których głosy wyniosły PiS do władzy. Mówiono o nich jako o ciemnogrodzie, prostym ludzie ze wsi, niewykształconych nieudacznikach, religijnych frustratach, itp. IV RP okrzyknięto kaczyzmem, dyktaturą, państwem totalnym, pisuarem, hurtową lustracją, anarchią, erą Wielkiego Brata itd. Na koniec ogłoszono gigantyczną medialną akcję pod tytułem: „Jak odsunąć PiS od władzy?”. Jednym z elementów planu była mobilizacja do jak największej frekwencji wyborczej, tak by szala zwycięstwa przechyliła się na stronę PO.
Służby medialne III RP zgodnie rozpoczęły agitację do wyborów. Uruchomiono, niby żartem, akcję: „Ratuj Polskę! Schowaj babci dowód”. Miała być rzekomo zabawna, a jednocześnie wskazywać na to, jak bardzo młodzi ludzie angażują się w wybory. Apogeum nastąpiło ostatniego tygodnia przed wyborami. Środowisko Agory ogarnęła histeria. Tygodnik „Przekrój” na okładce ostatniego numeru przed wyborami nawoływał. „Nie rydzykuj – głosuj, urna Twoja mać!”. Czołowy publicysta tego pisma Wojciech Mazowiecki pisał: „Nie idziesz do wyborów, głosujesz na Kaczorów”. Autor felietonu nie owijał już niczego w bawełnę: „Wszystko tylko nie PiS!”, bo „PiS niszczy państwo, niszczy demokratyczne instytucje”, „PiS kłamie”, „Trzeba zrobić wszystko, by odspawać od władzy PiS wraz z jego sojusznikami”, „Wszystko byle nie PiS, to znaczy PO, LiD lub PSL”. Inny publicysta „Przekroju”, Roman Kurkiewicz, pisał niby w transie, żegnając w wyobraźni rządy PiS: „żegnam cię, łże-rządzie”, „żegnam rząd demolki”, „żegnam rząd wstydu”, „żegnam rząd kuriozum”, „żegnam rząd autoerotycznego zadowolenia”, „rząd, który jak siedmiogłowy smok zjadający własne głowy chwali się swoją uczciwością w zjadaniu samego siebie”, „żegnam rząd bezczelny”, „rząd samotny i zawistny”, „żegnam rząd zasad mi obcych”, „żegnam rząd, który pozostawia po sobie rechot Europy”, „żegnam rząd nie ministrów, ale ministrantów”. To przecież jakaś nowa litania…
Na wzór Kurkiewicza wyżywał się na rządzie PiS i jego ministrach przez kilkanaście miesięcy cały, tzw. kwiat polskiego dziennikarstwa. Poczynając od Moniki Olejnik przez Janinę Paradowską, Jacka Żakowskiego, Tomasza Wołka, Tomasza Lisa, Katarzynę Kolendę-Zalewską, stały skład TVN 24 i TVN-owskiej „Loży prasowej” – po całe tuziny pomniejszych TOK FM-owych i polsatowskich gwiazdeczek. Otwieranie radia czy telewizora stanowiło akt heroizmu albo było wyrazem masochizmu. Mogliśmy się już tylko dowiadywać o kolejnych stopniach zapaści, w jakiej pogrąża się Polska. Choć czasem, gdzieś bardzo cicho (wyłącznie w mediach publicznych), padały słowa choćby o tym, że optymizm Polaków wzrasta, liczba małżeństw rośnie, narodzin dzieci przybywa, bezrobocie spada, wzrasta czynnik poczucia bezpieczeństwa, a Polacy biorą coraz więcej kredytów, ufając w to, że spokojnie je spłacą.
Tymczasem, gdyby wierzyć mediom (w których królowała „Cała prawda całą dobę”), na ulicach polskich miast szalał „kaczyzm”, a w oczy obywateli nad ranem zaglądał strach przed kolbami i łomotem tajnych i jawnych służb. Tygodnik „Przekrój” pod koniec kampanii, nie wytrzymując ciśnienia totalitarnego państwa Kaczyńskich, ogłosił na okładce: „Najsztub pyta Adama Michnika: Kiedy [Michnik] wreszcie pójdzie siedzieć?”. I oczywiście, na sześciu stronach czytamy o tym, że rząd Jarosława Kaczyńskiego „to taki polski wariant putinizmu”, to „koncentracja władzy, uderzenie w wolne media, uderzenie w społeczeństwo obywatelskie i uderzenie w niezależny biznes”. A wszystko w całości to jest „budowanie państwa strachu”. „Odsunięcie PiS od władzy to dziś rzecz najważniejsza dla polskiej demokracji” – to ostatnie zawołanie tej rozmowy.
Inny publicysta – Tomasz Jastrun, zgnębiony „kaczyzmem”, na łamach „Newsweeka” swoje podłe samopoczucie z tego okresu określa słowami: „Ostatni raz czułem się tak w stanie wojennym”. Kiedy więc „Trybuna” obwieszczała: „21 października koniec IV RP”, cieszyli się niewątpliwie wszyscy właściwi kreatorzy tego wyborczego spektaklu.
Tych wyborów bowiem wcale nie wygrała Platforma Obywatelska. Największym zwycięzcą okazały się służby medialne III RP i medialne koncerny zachodnie. To one były największą i najbardziej niebezpieczną opozycją dla rządu Jarosława Kaczyńskiego. Ich dziennikarze umieli, jak pisze Orwell: „Kłamać z pełną premedytacją, a jednocześnie głęboko wierzyć we własne słowa, zapominać niewygodne fakty, po czym, gdy zachodzi konieczność, przywoływać je z niebytu”. Media i obserwatorzy zachodni, którzy jednym głosem okrzyknęli rządy PiS nacjonalistycznymi i antyeuropejskimi, po ogłoszeniu wyniku wyborów donosili podekscytowani – jak ów korespondent BBC: „Europa odetchnęła z ulgą!”. Gdy korespondenci z Brukseli, Moskwy i Berlina oddawali się upojnej radości, springerowski „Dziennik” ogłaszał wielkie tytuły już w języku polskim: „Osobisty sukces Tuska”, „Dzień triumfu Platformy”, „Klęska Kaczyńskiego”, „Duże miasta dla Platformy”, „PO nauczyła się wygrywać”. Dziennik „Rzeczpospolita” uznawany przez wielu za sprzyjający PiS, wynik wyborów piórem redaktora naczelnego skomentował jako „triumf demokracji”. A więc wszystko bardzo szybko i w tej gazecie wróciło na stare tory.
Nie sposób jednak nie zauważyć, że klęska PiS była przez tę partię także zawiniona. Główną siłą, a zarazem największym błędem rządów PiS było to, że premier Jarosław Kaczyński porozumiewając się z obywatelami – ponad mediami i wbrew mediom – nie docenił do końca ich mocy rażenia. Ponadto, decydując o nowych wyborach, pozwolił, by wziął górę jego temperament hazardzisty. Postawił wszystko na jedną kartę – wszystko albo nic… Dziś PiS zapowiada, że będzie ostrą opozycją. Czy jednak środowisko to zastanowi się choćby przez chwilę nad tym, czy dysponuje stałym i regularnym kanałem porozumiewania się z Polakami? Czy naprawdę wystarczą tylko niszowe kwartalniki, np. „Nowe Państwo” czy „Tygodnik Solidarność”? Międzynarodowe środowiska liberalnej lewicy ze swoim przekazem docierają każdego dnia do milionów obywateli RP. I to one zagarnęły już niemal totalnie polityczno-medialną przestrzeń. I jeśli zapraszają do siebie prawicowych polityków, publicystów czy nawet ludzi Kościoła, to ubierają ich w tak ciasny gorset, że każdy z nich wcześniej czy później jawi się jako postać śmieszna, niebezpieczna, odrażająca, tragiczna lub groteskowa. Efekt tego poznaliśmy 21 października, wieczorem…
