Mechanizm z użyciem dziennikarzy był już testowany
Kontrolne instytucje państwa nie są zainteresowane wyjaśnieniem spraw, które na krótko przed swoim aresztowaniem zamieścił w liście otwartym Wojciech Sumliński. Niewykluczone, że dziennikarz stał się ofiarą prowokacji, której mechanizm przetestowano wcześniej wobec wiceministra obrony w rządzie AWS Romualda Szeremietiewa. Tym razem celem akcji miała być jednak Komisja Weryfikacyjna WSI, zaś dla złamanego wielomiesięcznym aresztem Sumlińskiego przewidziano rolę podobną do tej, jaka miała przypaść Farmusowi, czyli „plastycznego świadka”.
Wyjaśnieniem spraw, które poruszał – zastanawiając się nad powodami działań ABW, rewizji w mieszkaniu, zatrzymania, wniosku o areszt – Wojciech Sumliński, powinny zająć się odpowiednie organa państwa, m.in. sejmowa komisja ds. służb specjalnych. Po już blisko dwóch tygodniach od aresztowania dziennikarza nic się jednak w tej sprawie nie dzieje.
Jak poinformowała nas w poniedziałek minister Julia Pitera – zajęła się zbadaniem sprawy. Jednak cała kontrola przeprowadzona przez specjalnego pełnomocnika rządu Donalda Tuska ds. walki z nieprawidłowościami w aparacie państwa ograniczyła się do wysłania zapytania do szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Krzysztofa Bondaryka. Opinia Bondaryka i jego wyjaśnienia wystarczyły za całe dochodzenie.
„W trakcie ustaleń przeprowadzonych w sprawie przydziału lokalu służbowego zastępcy Szefa ABW Panu ppłk. Jackowi Mące nie stwierdzono żadnych naruszeń obowiązujących przepisów” – napisała Julia Pitera, podpierając się najeżoną ustawami opinią Bondaryka.
A jednak sprawa Wojciecha Sumlińskiego wymaga dokładnego wyjaśnienia. Zwłaszcza że akcja ABW w jego mieszkaniu oraz domach członków Komisji Weryfikacyjnej WSI, wreszcie późniejsza konferencja prasowa, na której mówiono o „mocnych” dowodach, tajnych dokumentach, a w końcu nazwiska osób, jakie w niej występują, jest zaskakująco podobna do działań służb specjalnych, których celem stał się kilka lat temu wiceminister obrony narodowej Romuald Szeremietiew i jego asystent Zbigniew Farmus. W jej efekcie odsunięto Szeremietiewa od przetargu na zakup samolotów wielozadaniowych dla polskiego wojska. Mechanizm w obu sprawach jest identyczny: najpierw artykuł prasowy „uznanego dziennikarza śledczego”, akcja prokuratury i służb specjalnych, próba znalezienia lub zastraszenia plastycznego świadka, medialna kampania, w której mówi się o twardych i mocnych dowodach. W przypadku sprawy Szeremietiewa – większość zarzutów, podobnie jak rewelacji prasowych, które stały się przyczynkiem do akcji służb specjalnych, wraz z upływem czasu okazała się fałszywa.
– Akcja wobec Wojciecha Sumlińskiego przypomina mechanizmem działania, których dopuszczono się wcześniej wobec mnie i Zbigniewa Farmusa – powiedział nam wczoraj Szeremietiew. W jego przypadku – najpierw 7 lipca 2001 r. „Rzeczpospolita” wydrukowała artykuł Anny Marszałek i Bertolda Kittela pt. „Kasjer z Ministerstwa Obrony”, w którym sugerowano, iż asystent Szeremietiewa wymuszał w imieniu szefa łapówki od firm startujących w przetargach organizowanych przez ministra obrony. Dziś już wiadomo, że zarzuty w dużej części nie znalazły potwierdzenia, a w momencie zatrzymania Farmusa prokuratura nie dysponowała żadnymi dowodami, nie było też żadnych zeznań, które mogłyby to potwierdzać. W wyroku z 18 grudnia 2006 r. sąd uwolnił Farmusa od zarzutu łapownictwa.
Obecną akcję przeciwko członkom Komisji Weryfikacyjnej WSI poprzedziły publikacje kilku dziennikarzy, m.in. autorstwa Marszałek, która przekonywała, że udało jej się dotrzeć do aneksu z raportu WSI. „Dziennik” nie opublikował jednak ani aneksu, ani żadnych dowodów, które by to potwierdzały.
Na razie wiadomo, że jedyną osobą, która obciąża Sumlińskiego, jest były funkcjonariusz WSI. Ale, co ciekawe – jeszcze zanim doszło do akcji, której ofiarami stali się członkowie Komisji Weryfikacyjnej WSI – pułkownik Aleksander Lichocki, który ponoć miał wspólnie z dziennikarzem za pieniądze pośredniczyć w załatwianiu pozytywnej weryfikacji WSI, spotkał się na prywatnym spotkaniu z marszałkiem Sejmu Bronisławem Komorowskim. To kolejne zaskakujące podobieństwo obu operacji. – Jeszcze przed ukazaniem się w „Rzeczpospolitej” artykułu pani Marszałek, zostałem poproszony przez ministra Komorowskiego na prywatną rozmowę. Powiedział mi wówczas, że będzie jakaś publikacja i z troską zapytał, czy dam radę się wytłumaczyć z budowy domu, który właśnie stawiałem. Wiedział o artykule, jeszcze zanim się ukazał. Później temu zaprzeczał i sprawiał wrażenie zaskoczonego całą publikacją – mówi Romuald Szeremietiew.
Jego asystent Zbigniew Farmus stał się obiektem gry operacyjnej, próbowano również przeprowadzić kontrolowaną operację wręczenia łapówki, która mogłaby podeprzeć zarzuty. Nie udało się – sąd uwolnił Farmusa od zarzutu łapówkarstwa. Dziś już wiadomo, że pułkownik Lichocki, który rzekomo miał współuczestniczyć z Sumlińskim w procederze korupcyjnym, dokładał wszelkich starań, by ten przyjął od niego pieniądze. Pretekstem miało być opłacenie pomocy lekarskiej dla rzekomo ciężko chorej żony Lichockiego, o którą były pułkownik WSI poprosił dziennikarza. Czy chodziło o to, by sfotografować lub nagrać dziennikarza w momencie przekazywania pieniędzy?
– Mam wrażenie, że Sumliński w całej operacji miał odegrać taką rolę jak Farmus w mojej sprawie. Skupiono się na nim, bo chciano mieć złamanego, plastycznego świadka, który będzie zeznawał pod dyktando. Farmusa też próbowano zastraszyć i złamać. Tu nie chodzi o dziennikarza, który stał się kozłem ofiarnym, celem jest Komisja Weryfikacyjna WSI – uważa Szeremietiew.
Wojciech Wybranowski
