Marnowanie szans gospodarczych w Iraku

Pan Stanisław Michalkiewicz jak zwykle w błyskotliwy sposób, sprowadzając cały problem ad absurdum, krytykuje udział Polski w operacji irackiej („Zwycięstwo sprywatyzowane?”, „Nasz Dziennik” z 30.10.2008 r.). Rozumiem, że to felieton na poły żartobliwy, ale ponieważ Pan Redaktor posłużył się w nim wyrywkami moich opinii, uznałem, że warto nieco poważniej spojrzeć na poruszoną tam kwestię ewentualnych skutków gospodarczych naszego wojskowego zaangażowania w Iraku.

Zostawmy na chwilę, ewentualnie do innej dyskusji, problem zasadności podejmowania w ogóle tego typu działań przez społeczność międzynarodową, w tym sensu naszego w nich udziału. Ale skoro już tam byliśmy, to powinniśmy starać się, aby z tej obecności wynikły dla Polski jakieś korzyści, w tym oczywiście także korzyści gospodarcze. I tu chyba zgadzamy się z Panem Stanisławem Michalkiewiczem, chociaż oczywiście nie chodzi tu o „łupy, jeńców i branki”, jak to zgrabnie i z historyczną znajomością rzeczy ujął w swym tekście. Chodzi o nawiązanie jak najszerszych stosunków gospodarczych z odbudowującym się państwem irackim. I właśnie szans na to, czyli na pozamilitarne wykorzystanie efektów naszego militarnego zaangażowania, nie potrafiliśmy, niestety, wykorzystać. Pozostawiliśmy je w piaskach irackich.

Co najmniej trzykrotnie szanse te przechodziły koło nas albo niezauważone, albo zignorowane.

Po raz pierwszy, gdy w 2003 roku podejmowaliśmy decyzję o udziale w operacji irackiej. Dołączyliśmy do koalicji amerykańskiej bez głębszej refleksji racjonalnej i praktycznej, emocjonalnie, na zasadzie bezinteresownego, w dawnym romantycznym stylu, wkładu w bezpieczeństwo międzynarodowe i altruistycznego wsparcia naszego ważnego sojusznika amerykańskiego. Tymczasem wtedy właśnie była szansa na umówienie się co do konkretnych zasad współdziałania z USA, nie tylko wojskowego, ale także pozawojskowej współpracy w czasie pokonfliktowej odbudowy Iraku. Tej szansy w ogóle nie dostrzegliśmy.

Druga szansa pojawiła się w momencie, gdy sytuacja bezpieczeństwa w Iraku zaczęła się na tyle poprawiać, że można było realnie rozpoczynać kontakty gospodarcze z sukcesywnie odbudowującą się administracją i gospodarką tego kraju. Próby wchodzenia naszych firm na rynek iracki kończyły się jednak niepowodzeniem. Głównym powodem był brak doświadczenia i konkretnych zdolności utrzymania się i skutecznego konkurowania w trudnych, niebezpiecznych warunkach kryzysowych i pokonfliktowych. Inne światowe firmy z dużymi, własnymi agencjami i siłami ochrony łatwo wygrywały tę konkurencję.

Należało spróbować pomóc naszym firmom w zapewnieniu im bezpieczeństwa, głównie przez wykorzystanie w tym celu naszej obecności wojskowej. Ponadto można było zaangażować inne poza wojskiem agendy rządowe we wsparcie podmiotów gospodarczych chcących operować w Iraku. W pewnym momencie w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza pojawiła się nawet taka koncepcja, ale w praktyce ostatecznie nie została wdrożona. W ten sposób sami nie podjęliśmy żadnego wysiłku w ciągu kilku lat, aby wzmocnić i wykorzystać szansę przekucia zaangażowania wojskowego w korzyści gospodarcze.

I wreszcie trzecie zmarnowanie szansy to kalendarzowa decyzja o wyjściu z Iraku. Decyzja podjęta wyłącznie na podstawie przesłanek politycznych, motywowanych głównie potrzebami ostatniej kampanii wyborczej, a nie w rezultacie poważnych kalkulacji strategicznych. Wycofujemy się więc akurat w momencie strategicznym, kiedy pojawia się bardziej realna niż dotąd możliwość stabilizowania sytuacji w Iraku i tym samym dodatkowa szansa na wzmożone zawiązywanie relacji gospodarczych z nowym państwem irackim. Dla nas szansa ta byłaby o tyle większa, że pełniliśmy tam ważne funkcje dowódcze i organizatorskie, które ułatwiały kontakty z miejscowymi strukturami władzy i podmiotami gospodarczymi. Jeśli nie będzie nas tam, na miejscu, nie skorzystamy z tej szansy, bo inni, mocniejsi od nas będą pierwsi, nawet jeśli w ogóle wojskowo w Iraku nie byli. Sami, na własne życzenie ignorujemy tę szansę.

Dlaczego nie potrafiliśmy wykorzystywać szans w Iraku? Przede wszystkim dlatego, że w Polsce wciąż brakuje ponadresortowego, zintegrowanego podejścia do spraw współczesnego bezpieczeństwa. Dopóki rząd w kierowaniu bezpieczeństwem będzie się ograniczał wyłącznie do perspektywy resortowej, dopóty ogólnonarodowe efekty będą takie jak w przypadku Iraku. Czyli marne.

Dlatego ponawiam swoje wielokrotnie składane propozycje przyspieszenia budowy zintegrowanego systemu zarządzania bezpieczeństwem narodowym w skali państwa, a w szczególności w skali rządu. Jednym z pierwszych praktycznych kroków w tym kierunku może być znowelizowanie ustawy o zarządzaniu kryzysowym tak, aby stosownie skorygować pod tym właśnie kątem kompetencje Rządowego Centrum Bezpieczeństwa oraz skonsolidować różne specjalistyczne kolegialne organy rządowe w jeden Rządowy Komitet Bezpieczeństwa Narodowego pod kierownictwem premiera.


prof. Stanisław Koziej


generał w stanie spoczynku, wiceminister obrony narodowej w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza
drukuj