„Mamy większość i możemy wszystko”

Z Jackiem Kotasem, wiceministrem obrony narodowej w rządzie Prawa i
Sprawiedliwości, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Bogdan Klich, były minister obrony narodowej, który doprowadził do
zapaści w armii, zapisał się do senackiej komisji obrony. Jest Pan zaskoczony?

– Był ministrem obrony, być może jego wiedza okaże się przydatna, chociaż z
drugiej strony, sądząc po rezultatach i efektach jego pracy w MON, nie wiem,
jaką wartość może wnieść do tej senackiej Komisji Obrony Narodowej. Chyba tylko
taką, że jest tam niewiele osób, które na temat obronności i wojska mają wiedzę.
To, że on tę wiedzę zdobył w MON, jest pewne, natomiast czy będzie ją potrafił
właściwie użyć, jest już sprawą bardzo wątpliwą. Zastanawiam się też, jak będzie
mu się współpracowało z obecnym ministrem obrony narodowej, którego doradcami są
osoby, które odeszły z MON na znak protestu przeciwko polityce i działalności
ministra Klicha. Mam na myśli gen. Skrzypczaka, a teraz gen. Różańskiego.

Spekulowano, że Tomasz Siemoniak będzie tylko tymczasowym ministrem.
Jednak premier zachował go w rządzie.

– Panie redaktorze, rozumiem, że to nie jest przesądzone, dlatego że Donald Tusk
powiedział, że nikt z ministrów nie jest na cztery lata. W przypadku wielu
nowych ministrów pojawiają się duże znaki zapytania co do podstaw i perspektyw
ich działalności jako ministrów. Premier mówi o zderzakach. Zobaczymy, być może
takim zderzakiem okaże się minister Siemoniak.

Mówił Pan przed dymisją Klicha, że on sam przekreślił siebie jako osobę
godną zaufania publicznego. Podtrzymuje Pan tę opinię?

– Jak najbardziej. W moim przekonaniu, osoba, która boi się wziąć na siebie
odpowiedzialność, mimo tego, że ją w sposób ewidentny ponosi z powodu
zajmowanego stanowiska i zakresu obowiązków, a w pewnych momentach ewidentnie
temu zaprzecza, nie może być osobą zaufania publicznego. Chciałbym, żeby
minister Klich wyjaśnił, dlaczego unieważnił przetarg na samoloty VIP-owskie w
2008 roku.

Nie uważa Pan, że Klich powinien dać już sobie spokój z armią?
– Dla mnie sytuacja, w której minister Klich będzie musiał jednak odpowiedzieć
za swoją działalność, za swoje decyzje albo ich brak, w dalszym ciągu nie jest
wcale taką nierzeczywistą perspektywą. Klich funkcjonował przez ponad trzy lata
w MON, zagadnienia podejmowane przez to ministerstwo z pewnością są mu znane.
Miał tę wiedzę jako minister i miał wszelkie środki, aby realizować politykę
obronną i politykę modernizacji oraz profesjonalizacji armii. Bardzo słabo mu to
szło, żeby nie powiedzieć gorzej.

Wojskowi ocenili go jako najgorszego ministra obrony ostatnich lat.
– Nie przypominam sobie, żeby któryś z ministrów obrony narodowej odchodził z
opinią tak słabego ministra jak minister Klich. To typ człowieka nieudolnego,
stawiającego tylko na PR, uzależnionego politycznie, bez pozycji w rządzie,
która ministrowi obrony narodowej niejako z urzędu jest przypisywana. W jakimś
stopniu można mieć pretensje do mieszkańców Krakowa, że wybrali ministra Klicha
na senatora. Na to wpływu nie mamy, to jest wybór tych osób. Dla wielu
wojskowych, którzy z radością odbierali dymisję ministra Klicha, niech to będzie
sygnał, że minister Klich dalej będzie się nimi zajmował.

W sejmowej Komisji Obrony Narodowej też jest egzotycznie. Jej szefem
został Stefan Niesiołowski.

– To wybór absolutnie niezrozumiały, pozbawiony jakichkolwiek merytorycznych
podstaw. Mogę się domyślać, że byłemu wicemarszałkowi Sejmu chciano zapewnić
przewodniczenie jakiejś komisji, dlatego że być może ktoś usłyszał, że w armii
są osy i komary – bo od tego pan Niesiołowski jest specjalistą – i przydzielono
go do Komisji Obrony Narodowej. Zapomniano jednak wyjaśnić, że komar to
granatnik przeciwpancerny, a osa – system przeciwlotniczy. Nie znajduję
jakichkolwiek podstaw takiej decyzji. Boję się, że przeniesie on do komisji
obrony bardzo złe mechanizmy prowadzenia jej obrad i prac. A przecież ta komisja
przez wiele lat była jednak gremium, w której szukano konsensusu. Mimo wszelkich
różnic politycznych w Komisji Obrony Narodowej główne siły polityczne nie
prowadziły bieżącej walki politycznej, lecz kierowały się nadrzędnym interesem
państwa w zakresie obronności i wojska.

Jego kandydaturę zaproponowała Jadwiga Zakrzewska, która zaznaczyła, że
Niesiołowski bywał już członkiem sejmowej komisji obrony.

– Być może był, natomiast ja sobie tego nie przypominam, na pewno nie był w niej
w ostatnich latach. Wielkim zaskoczeniem jest jednak to, że człowiek tak
konfliktogenny, tak arogancki, a potrafi być wręcz chamski, trafia do komisji, w
której – jak mówiłem – powinno się przede wszystkim szukać porozumienia i
kompromisu. Wyobrażam sobie teraz komisję obrony, w której będzie udzielana
minuta na przedstawienie opinii czy zadanie pytania, będą wyłączane mikrofony
itd., co nie będzie służyło w żaden sposób polityce i ministerstwu obrony. To
jest pokazanie przez partię rządzącą, przez koalicję: mamy większość i możemy
wszystko.

"Myślę, że ta komisja, tak jak wiele innych, pokaże, że podziały
polityczne na sali plenarnej nie muszą dotyczyć prac komisji, zwłaszcza wojska.
Będę się starał uczynić z pracy tej komisji przykład dobrej współpracy
wszystkich klubów" – deklarował Niesiołowski. Wierzy mu Pan?

– Oczywiście, że nie. Wierzyłbym w te zapewnienia, gdyby przez ostatnie kilka
lat jako poseł i jako marszałek Sejmu pan Niesiołowski zachowywał się inaczej.
Trudno mi wierzyć w jego deklaracje dlatego, że miałem okazję oglądać i słyszeć,
jak pan marszałek się zachowywał i co mówił. Słowa, które pan przytoczył, mają
raczej uzasadnić tylko jego wybór na szefa komisji, który, moim zdaniem,
powinien być lepszy. Uważam, że kompletowanie komisji i prezydiów komisji w taki
sposób nie będzie dobrze służyło armii i MON. Pokazuje to tylko, że sprawy i
rozdania partyjne są ważniejsze niż kwestie merytoryczne. Mieliśmy okazję
przekonać się o tym przy formowaniu rządu. Jak widać, podobnie jest przy
formowaniu ciał nadzorujących rząd, tzn. sejmowej i senackiej komisji obrony.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj