Małym ludzieńkom dodawał ciepła
W wieku 30 lat grał czternastolatków i starców. Warunki zewnętrzne
Tadeusza Fijewskiego: szczupła sylwetka, jasne blond włosy, delikatne rysy
twarzy, wysoki głos, wyznaczały konkretne emploi. Dopiero gdy skończył
czterdziestkę, zaczął grać ludzi w swoim wieku. Prócz tego, że był jednym z
najwybitniejszych polskich aktorów, był też jedynym, którego nie można było
"podrobić". Jako człowiek był pełen ciepła, delikatny, czuły i wrażliwy,
niepozbawiony wszak poczucia humoru. I właśnie te cechy stanowiły, można
powiedzieć, fundament, na którym budował to wszystko, co składało się na postać,
jaką grał. Niezależnie od tego, czy była to rola dramatyczna czy komiczna,
zawsze była pełna wewnętrznej prawdy i tego czegoś, co było przynależne
wyłącznie Fijewskiemu. Typowym przykładem jest jego życiowa rola, postać
Rzeckiego w filmie "Lalka" według powieści Bolesława Prusa.
Wacław i Marianna Fijewscy mieli jedenaścioro dzieci i wychowali je w duchu
miłości do Boga i Ojczyzny. Z takiej właśnie rodziny wywodził się wybitny
artysta, jeden z największych polskich aktorów dramatycznych, Tadeusz Fijewski.
Duża rodzina stwarza możliwość wyboru talentów i sił. Obok Tadeusza wybitnymi
artystami zostało jeszcze troje z jego rodzeństwa: Maria, Barbara i Włodzimierz.
Cała czwórka, wybierając zawód aktorski, pozostawiła trwałe ślady w dziejach
naszego teatru dramatycznego, lalkowego, w historii filmu polskiego, radia i
telewizji, z najwybitniejszym spośród nich Tadeuszem Fijewskim. A trzeba
wiedzieć, iż w rodzinie tej nie było wcześniej żadnych tradycji artystycznych.
Ojciec był z zawodu malarzem pokojowym, a matka wychowywała dzieci. Skromny
budżet nie mógł zaspokajać wszystkich potrzeb. Tym bardziej że ojciec nie zawsze
znajdował pracę, ponadto był człowiekiem o słabym zdrowiu. Trzynastoosobową
rodzinę niełatwo wyżywić i ubrać, a przy tym jeszcze wykształcić dzieci. Na
szczęście żydowski lekarz, który leczył ojca i gdy trzeba było – całą rodzinę,
czynił to gratis. Znał trudne warunki życiowe tej rodziny. Siostrzenica Tadeusza
Fijewskiego, znakomita śpiewaczka, aktorka i reżyser spektakli patriotycznych i
kabaretów, Barbara Dobrzyńska, mówi, iż o tej szlachetnej postaci doktora
Rosnera opowiadała jej matka, wspaniała aktorka teatru lalkowego, śp. Maria
Fijewska-Dobrzyńska.
Podczas Mszy Świętej w bazylice Świętego Krzyża w Warszawie w dniu 100-lecia
urodzin Tadeusza Fijewskiego, które przypadały 14 lipca, znany aktor Leon
Łochowski, wspominając tego wielkiego artystę, powiedział: "Kiedy pewnego dnia
sąsiad Fijewskich, maszynista z Teatru Polskiego, zgarnął dosłownie z ulicy
dziesięcioletniego Tadeusza i zaprowadził go do Teatru Polskiego, nikt w
rodzinie nie protestował, bo jego dochody mogły podreperować rodzinny budżet. Ów
dziesięciolatek codziennie po spektaklu przynosił do domu 2 złote".
Przy tym nauki nie zaniedbywał. Wprawdzie w dzieciństwie marzył o tym, by być
dorożkarzem, bo lubił konie, ale też bardzo chciał się uczyć. A ponieważ nie
było odpowiednich warunków domowych (jeden pokój z kuchnią na tak dużą rodzinę),
więc chłopiec brał książki pod pachę i latem szedł na skwerek się uczyć, a zimą
do kościoła Świętego Krzyża. Fijewscy byli związani z tą świątynią, mieszkali na
warszawskim Powiślu, na rogu ulicy Topiel i Zajęczej (dziś jest tam skwer ich
imienia), i tu przychodzili na Msze Święte. Tadeusz chciał być aktorem. W 1936
roku ukończył Państwowy Instytut Sztuki Teatralnej w Warszawie. Jeszcze przed
wojną zdążył zagrać sporo ról teatralnych i filmowych.
Chlubna karta w Powstaniu Warszawskim
Po wakacjach 1939 roku nowy sezon teatralny miał rozpocząć się dla Tadeusza
Fijewskiego niezwykle obiecująco, bo w Teatrze Polskim u Arnolda Szyfmana. Ale 1
września zmienił wszystko. Wychowany w rodzinie o tradycji katolickiej,
patriotycznej, z silnie wpojoną odpowiedzialnością za losy Ojczyzny, zaraz po
wybuchu wojny na wezwanie prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego stawił się
wraz z pozostałymi członkami rodziny, by bronić Ojczyzny. Nie było to nic nowego
w domu Fijewskich. Najstarszy syn Wacław jako dziewiętnastolatek poległ, broniąc
Warszawy w 1920 roku. Czas wojny i okupacji pokazał, jak mądre i patriotyczne
wychowanie odebrali w domu rodzinnym Tadeusz i rodzeństwo. Konsekwencją tych
wartości, które zostały im wpojone w domu, stała się przynależność Tadeusza i
rodzeństwa do AK i udział w Powstaniu Warszawskim w oddziałach Grupy Bojowej "Krybar".
Po latach prezes Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, poległy w
katastrofie pod Smoleńskiem śp. Czesław Cywiński, napisał: "Rodzina Fijewskich
chlubnie zapisała się na kartach naszej walki w obronie niepodległości".
Po upadku powstania znalazł się w obozie jenieckim. W książce "Niedaleko od
prawdy. Oflag II C w Grossborn" Tadeusz Domaniewski wspomina Tadeusza
Fijewskiego podczas wędrówki, gdy obóz ewakuowano, bo zbliżał się front. Jeńcy
szli pieszo 1000 km do Bremy wyczerpani do ostateczności. "Cudowny, kochany
Tadzio, na pewno wielu wtedy kolegów uratował swym humorem, nieustannymi
dowcipami, długimi monologami i wygłupami. Czynił to w najgorszych momentach,
czynił to nawet wtedy, gdy – wiem to dobrze – formalnie zdychał, trzymając się
za umęczone serce, ledwie mogąc złapać trochę oddechu. Lekarze ratowali go
jakimiś kroplami i pastylkami, a Tadzio posłusznie łykał, dawał się badać, a
później wstawał i szedł dalej" – pisze autor.
Kochał ludzi, a ludzie jego
Tadeusz Fijewski był aktorem wyjątkowym. Wydawałoby się, że tak wybitny artysta
– któremu artystyczny hołd po obejrzeniu serii filmów o panu Anatolu składał sam
Charlie Chaplin (dojrzawszy tu pewnie coś z własnej idei budowy postaci), a
wielki aktor angielski, sir Laurence Olivier, był pełen podziwu dla jego
aktorstwa – jest człowiekiem pysznym, zarozumiałym. Tymczasem Tadeusz Fijewski
był osobą niezwykle skromną i pokorną. Siostrzenica artysty Barbara Dobrzyńska
tak wspomina wujka: "Był dla mnie autorytetem artystycznym. Miałam wielki
szacunek dla jego pracowitości i niezwykle poważnego traktowania widza. Był
bardzo bezpośredni i ciepły w obyciu. Kochał ludzi, a ludzie jego. Zresztą jego
dobroć, ciepło, człowieczeństwo przebijało się przez role, które tworzył".
Był człowiekiem niezwykle szlachetnym, o wielkim sercu i wrażliwości na sztukę
oraz na drugiego człowieka. Uczciwym w życiu i w zawodzie. Z jego kreacji
przebijała prawda postaci. Miało się wrażenie, że w wielu rolach utożsamiał się
z postacią, którą grał. Publiczność nierzadko odbierała fikcyjność sztuki jako
prawdziwe życie Tadeusza Fijewskiego, a cechy postaci, które grał, jako jego
własne. Był wiarygodny w każdej swojej roli. Jeśli na scenie czy na ekranie
pojawiał się w roli nieśmiałego, zagubionego człowieka, widzowie wierzyli mu.
Chyba takie role lubił najbardziej: ludzi samotnych, niekochanych, jak choćby
przejmująco zagrana postać Kalmity w "Chłopcach" Stanisława Grochowiaka, Kuby w
"Chłopach" Władysława Reymonta, Władka w "Pętli" Marka Hłaski, Grzelaka w
powieści radiowej "Matysiakowie", Goga w "Czekając na Godota" Samuela Becketta i
wiele innych. Potrafił łączyć tragizm postaci z tym, co w niej komiczne. Małym
ludzieńkom – jak ktoś napisał – dodawał ciepła, ich śmieszność okraszał
tragizmem. Jego aktorstwo, delikatne i wyciszone, w zasadzie oscylowało między
tym, co poważne i tragiczne, a tym, co zabawne i śmieszne niezamierzenie. To
wielka umiejętność tak budować rolę. Nie podpierał się ekspresją. Najchętniej
używał krótkiego dialogu, mówił ściszonym głosem, oszczędny w środkach wyrazu do
minimum. Był także mistrzem drugiego planu. Jednak spośród wszystkich ról
teatralnych i filmowych najbardziej łączy się z Tadeuszem Fijewskim postać
Rzeckiego z filmowej "Lalki" Bolesława Prusa. Jest tu summa aktorstwa Tadeusza
Fijewskiego, aktorstwa delikatnego, wyciszonego i wypełnionego ciepłem.
Prywatnie był szczęśliwym mężem aktorki Heleny Makowskiej. Jego bolesnym
niespełnieniem zaś był brak potomstwa. Bardzo kochał dzieci i łożył na sieroty w
domu dziecka, o czym rodzina aktora dowiedziała się dopiero po jego śmierci. Nie
chwalił się tym, był wielkim artystą, ale cichym i skromnym człowiekiem. Nie na
dzisiejsze czasy.
Temida Stankiewicz-Podhorecka
