Mają tajne telefony. I tajne informacje
Zmową milczenia objęta jest kwestia dotycząca pytania, co się stało z
telefonem satelitarnym z pokładu prezydenckiego tupolewa, który rozbił
się koło Katynia. To ważne, bo był to sprzęt przystosowany do
przekazywania zaszyfrowanych informacji. Jego poznanie i
przeanalizowanie przez obce służby naraża bezpieczeństwo działań
polskich służb specjalnych.
Na pokładzie Tu-154M, który
rozbił się 10 kwietnia pod Smoleńskiem, znajdowało się ponad 100
telefonów komórkowych, niektóre z nich mogły być kodowane. Był tam także
pokładowy telefon satelitarny, z którego jeszcze kilkanaście minut
przed katastrofą korzystali prezydent Lech Kaczyński oraz Izabela
Tomaszewska, dyrektor zespołu protokolarnego Prezydenta RP.
Telefon
satelitarny został zamontowany na Tu-154M kilka lat temu w Moskwie. –
Nasz samolot nie posiadał tego telefonu wcześniej, a w końcu prezydent
jest pierwszą osobą w państwie i musi być pod stałym kontaktem. Wymóg
posiadania tego typu telefonu na statkach typu VIP to dziś już standard –
podkreśla w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” gen. Anatol Czaban, szef
szkolenia Sił Powietrznych.
Telefon satelitarny na pokładzie
tupolewa składał się ze stacji bazowej i trzech słuchawek. Mogło z niego
korzystać trzech abonentów. Jak podkreśla płk Ryszard Raczyński,
dowódca 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, sprzęt ten miał
możliwość założenia odpowiednich urządzeń szyfrujących, ale takich w
samolocie nie było.
W maju płk Krzysztof Dusza, dyrektor gabinetu
szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego, oświadczył, że na pokładzie
tupolewa, który rozbił się pod Smoleńskiem, znajdował się zwykły telefon
satelitarny, nie było tam żadnych urządzeń ani materiałów
kryptograficznych. Podobnie twierdził też rzecznik rządu Paweł Graś,
który zapewniał ponadto, że cały sprzęt elektroniczny ofiar katastrofy w
Smoleńsku zabezpieczyli rosyjscy i polscy prokuratorzy wraz z
przedstawicielami Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Służby
Kontrwywiadu Wojskowego. Na konferencji rosyjskiego Międzypaństwowego
Komitetu Lotnictwa w Moskwie, która odbyła się 19 maja, jego szefowa
Tatiana Anodina zapewniła, że Rosjanie przekazują do Polski wszystkie
„mobilne środki łączności”.
Sprzeczna z tym oświadczeniem jest
informacja przekazana 20 maja przez prokuratora Ireneusza Szeląga z
Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie, który na posiedzeniu
sejmowej Komisji Obrony Narodowej informował, że telefon satelitarny nie
został przekazany stronie polskiej. – Polska prokuratura nie jest w
stanie wypowiedzieć się o tym, co stało się z tym urządzeniem, czy
jednostka centralna uległa zniszczeniu, czy to urządzenie zachowało się w
całości. Tak samo jak w przypadku każdego innego elementu wyposażenia
samolotu, jeśli urządzenie było całe albo były tylko jego szczątki, to
pozostało ono w Rosji. Mamy prawo przypuszczać, że posiadamy tylko
element jednej ze słuchawek – mówił prokurator Szeląg.
Tuż po
katastrofie polska prokuratura wystąpiła z wnioskiem do rosyjskiej
prokuratury o przekazanie wszystkich dowodów rzeczowych, w tym telefonu
satelitarnego. Jak informuje Naczelna Prokuratura Wojskowa, obecnie
polscy prokuratorzy posiadają dwie słuchawki tego urządzenia. Jak
zapewnia płk Zbigniew Rzepa, rzecznik prasowy NPW, w tej chwili brak
jest danych co do tego, czy i w jakim stanie urządzenie to, czyli stacja
bazowa, ocalało z katastrofy.
Jak zaznacza poseł Antoni
Macierewicz, były szef Służb Kontrwywiadu Wojskowego, najistotniejsze w
całej sprawie jest to, że ten telefon był telefonem szyfrowanym. Z tego
wynika, że treści, które przekazywał, były szyfrowane.
– Nie było
więc potrzeby po doprowadzeniu do tego, że treści są zaszyfrowane,
wożenia ze sobą urządzenia szyfrującego – tłumaczy Macierewicz.
Przewidywane
straty wywiadowcze
Poseł jest przekonany, że poznanie tego
rodzaju sprzętu i ewentualne przeanalizowanie go przez służby rosyjskie
naraża bezpieczeństwo działań polskich służb specjalnych. Jak zaznacza z
kolei Bogdan Święczkowski, były szef Agencji Bezpieczeństwa
Wewnętrznego, gdyby obce służby wykorzystały dostęp do tajnych danych,
przewidywane straty wywiadowcze byłyby ogromne. – Dostanie się w obce
ręce takich urządzeń z najwyższej półki technologicznej znacznie
utrudniłoby trzymanie pieczy nad bezpieczeństwem rozmów pozostałych
najważniejszych osób w państwie – tłumaczy Święczkowski. Jak dodaje,
telefonów satelitarnych używa się w sytuacjach ekstremalnych, z tego
typu łączności korzystają nasze kontyngenty wojskowe w Afganistanie i w
Serbii.
Na pokładzie prezydenckiego Tu-154M mogły także znajdować się
kodowane telefony komórkowe. Jak zauważa Bogdan Święczkowski, tego typu
sprzętem posługują się często osoby pełniące wysokie funkcje państwowe,
w tym szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, czy też niektórzy
ministrowie rządu, m.in. szef resortu spraw wewnętrznych. Kodowany
telefon komórkowy uniemożliwia przejęcie rozmowy telefonicznej
wykonywanej przez dwie osoby, jak również informacji przesyłanych MMS-em
czy drogą SMS-ową. Łączność między rozmówcami jest zakodowana – jeśli
nie zna się odpowiednich algorytmów, rozkodowanie rozmowy jest
faktycznie niemożliwe. Jak podkreśla Bogdan Święczkowski, dostanie się
takiego sprzętu w obce ręce byłoby równoznaczne z przejęciem przez obce
służby wywiadowcze łączności niejawnej polskiej służby wywiadowczej.
Poważnym
problemem są też informacje, które Rosjanie mogli uzyskać na skutek
wejścia w posiadanie telefonów służbowych polskiej generalicji. Jak
zaznacza gen. dyw. Roman Polko, były szef jednostki specjalnej „Grom”,
umożliwiłoby to dostęp do tajnych informacji, m.in. tych dotyczących baz
NATO.
Jacek Cichocki, sekretarz Kolegium ds. Służb Specjalnych przy
Radzie Ministrów, odpowiadając na pytania posłów po informacji premiera
na temat działań rządu po katastrofie, zapewniał w Sejmie, iż wszystkie
telefony komórkowe zostały zabezpieczone jako dowody w śledztwie.
Posłowie nie bardzo jednak ufają tym zapewnieniom. – Trudno w to
uwierzyć, zwłaszcza po informacji o kradzieży karty bankowej śp.
ministra Andrzeja Przewoźnika – twierdzi Antoni Macierewicz.
Anna
Ambroziak
