Ludziom należy się prawda

Z Aleksandrem Dobrowolskim, zastępcą szefa sztabu wyborczego Aleksandra Milinkiewicza,
rozmawia Waldemar Moszkowski

Kilka godzin po przeprowadzeniu naszej ostatniej rozmowy dotarła do nas niepokojąca
wiadomość o Pańskim aresztowaniu. Został Pan skazany na 10 dni aresztu i podzielił
los setek Białorusinów niepogodzonych ze sfałszowaniem wyborów. W jakich okolicznościach
doszło do zatrzymania?

– Aresztowano nas 21 marca o godz. 2.50 w nocy. Kiedy wracaliśmy na plac Październikowy
w Mińsku, obok McDonalda zatrzymała nas grupa funkcjonariuszy OMON-u. Poprosili
nas o dokumenty i zanim zdążyliśmy je okazać, zostaliśmy rozpoznani. Wsadzili
nas do autobusu, gdzie siedziało wielu milicjantów. Następnie podjechał drugi
autobus, do którego kazano nam się przesiąść. Było w nim wielu młodych ludzi.
Od razu zawieziono nas do aresztu tymczasowego.

Jak milicja obchodziła się z Panem i innymi zatrzymanymi?
– Omonowcy w autobusie zachowywali się ordynarnie, ale nikogo z nas nie bili.
Jednak młodzi studenci, których tak jak nas przewożono w innych autobusach,
opowiadali nam, że byli bici. Kazali im kłaść się po trzy osoby, jedna na
drugiej na podłodze autobusu, a potem chodzili po nich. Sceny te pokazywali
później uwięzionym dziewczętom na ekranach telefonów komórkowych. Na ich
widok płakały i prosiły, aby im ich nie pokazywać. Omonowcy mimo to zmuszali
je do oglądania tych strasznych scen. Milicjanci dość długo przeszukiwali
zatrzymanych, odbierali im ich rzeczy, telefony komórkowe. Następnie umieszczali
po mniej więcej 10 osób w celach
3-osobowych. Nie było miejsca na spanie i wszystkim dokuczało zimno, ale nikt
na to nie zwracał uwagi. Potem przewieźli mnie do celi, w której było 17 uwięzionych.

Jest Pan jednym z sygnatariuszy oświadczenia więźniów politycznych potępiającego
represje władz wobec opozycji i sfałszowanie wyborów. Jak w takich warunkach
doszło do podpisania tego dokumentu, który ukazał się później w opozycyjnych
mediach?

– Pomiędzy celami były otwory wentylacyjne, dzięki czemu mogliśmy się porozumiewać.
Dowiedziałem się w ten sposób, że zbierane są podpisy pod taką odezwą. Dokumentu
nie podpisałem osobiście, ale po prostu przekazałem informację, że zgadzam
się na jego podpisanie.

Jakie warunki były w areszcie?
– Areszt mieścił się w dwóch blokach. Na początku przetrzymywali nas w nowym,
w którym nie było jeszcze stałej ochrony. Dowożono do niego funkcjonariuszy,
którzy wcześniej tam nie pracowali. Ponieważ bali się wszystkiego, obchodzili
się z nami ordynarnie. Pierwszą dobę nie dawali nam ani jeść, ani pić. Nawiasem
mówiąc, byłem w takim stanie, że nie chciało mi się ani jeść, ani pić. Będąc
wcześniej w trudnych sytuacjach, zdobyłem już doświadczenie, więc zachowywałem
spokój. W celach, jak wspomniałem, było bardzo zimno, a strażnicy przez kilka
dni odmawiali przekazywania nam paczek od najbliższych. Kiedy przesyłki zaczęły
do nas docierać, strażnicy z kolei nie chcieli przekazywać kołder, abyśmy
mogli się nimi przykryć i ogrzać, a także ciepłej odzieży. Po przewiezieniu
mnie do starego bloku okazało się, że tamtejsi strażnicy są "doświadczeni".
Nie zdradzali chęci do wyrządzenia krzywdy aresztowanym. Ich stosunek do
nas był o wiele lepszy. Nie oznacza to, że zawsze postępowali po ludzku.
Jednemu z więźniów, który cierpiał na artretyzm, silnie spuchły nogi, prosił
strażników o podanie mu lekarstw. Miał je w swoich rzeczach, które mu odebrano
przy zatrzymaniu. Odmówili. Potem odwieziono go karetką do szpitala. Tam
lekarze tłumaczyli, że pilnie potrzebuje on lekarstwa, które mu przepisali.
Na próżno. Inny zatrzymany, Michaił Wołczik, spodziewał się, że po odbyciu
zasądzonej kary zostanie wypuszczony. Tuż przed wyjściem wezwano go do lekarza. "Po
co?" – spytał zdziwiony. "Po prostu wzywają do lekarza" –
powtórzyli. Odprowadzili go do doktora, a tam sporządzili protokół, z którego
wynikało, że Wołczik wyrażał się nieprzyzwoicie i rozbił szklankę (były tylko
metalowe kubki). Skazali go po raz drugi na 15 dni pozbawienia wolności.
Generalnie więc nie przestrzega się jakichś norm moralnych.

Państwa zachodnie, solidaryzując się z białoruską
opozycją, deklarują m.in. chęć wspierania niezależnych mediów. Na stronie
internetowej Europejskiego
Radia dla Białorusi (ERdB), które korzysta z pasma przyznanego mazowieckiemu
Radiu dla Ciebie, wyczytałem niepokojące pytanie jednego z białoruskich internautów: "W
jaki sposób Unia Europejska decyduje o finansowaniu radia dla Białorusi, którego
nikt nie słyszy? Co właściwie zmusza Europejczyków do tracenia pieniędzy na
to, a nie na bardziej przemyślaną pomoc dla społeczeństwa obywatelskiego na
Białorusi?". Ilu właściwie Białorusinów słucha tego radia?

– Niestety, nowa rozgłośnia, Europejskie Radio dla Białorusi, która powstała
po to, aby nadawać na Białoruś, łamiąc monopol informacyjny, praktycznie nie
odgrywa żadnej roli, ponieważ rzeczywiście prawie nikt u nas jej nie słyszy.
Byłem wręcz porażony, kiedy "Gazeta Wyborcza" napisała, że dobrze
by było, gdyby radio nadawało na falach UKF, ponieważ nikt nie słucha fal średnich.
Większej głupoty w życiu nie słyszałem. Fale UKF rozchodzą się w promieniu
50-80 km. I koniec. Oznacza to, że tego radia mogą słuchać odbiorcy w wąskim
pasie przygranicznym, nie słyszy go 99 proc. Białorusinów i taki schemat jest
realizowany. Z Litwy audycje nadawane są wprawdzie na falach średnich, ale
mają tam bardzo słaby nadajnik.

W tym kontekście nonsensownie wygląda informacja zamieszczona na tej samej
stronie internetowej ERdB o częstotliwości nadajników UKF w Warszawie, Radomiu,
Płocku, Ostrołęce i Siedlcach, których sygnał miałby docierać do Białorusinów.
Jedynie przekaźnik w Siedlcach przekracza granicę Białorusi, obejmując nadgraniczny
Brześć…

– To bardzo smutne, że problemami radia nie zajęli się specjaliści. Zajęli
się nim ludzie, którzy nie rozumieją, jak rozchodzą się fale radiowe, wychodząc
z jakichś iluzji, że coś weźmie się z niczego. Tymczasem audycje nadawane z
silnego nadajnika na falach średnich byłyby słyszalne na całym terytorium kraju.
Pamiętam, kiedy praktycznie wszyscy młodzi Białorusini w latach 80. słuchali
Pierwszego Programu Polskiego Radia na falach długich. "Jedynka" nadawała
dobrą muzykę i była słyszalna na całej Białorusi. Aby wysłuchać wiadomości,
nie jest wymagana najwyższa jakość dźwięku. Gdyby kompetentnie podejść do sprawy,
można by znaleźć silny nadajnik fal średnich, który objąłby swoim zasięgiem
całą Białoruś. Wiele mówiło się również o konieczności wspierania niezależnej
prasy na Białorusi. Niczego poważnego jednak nie zrobiono. Najlepiej świadczy
o tym fakt, że gazety demokratyczne wychodziły zaledwie w nakładzie 20-30 tys.
egzemplarzy. A przecież dla niezależnej prasy nie są potrzebne duże środki.
Ludziom po prostu należy pomóc w poznaniu prawdy.

Zapowiadane wsparcie Zachodu opozycyjnych mediów na Białorusi uważa Pan zatem
za nieefektywne?

– Kiedy spotkałem się z Condoleezzą Rice w Wilnie, jako podstawowy problem
postawiliśmy potrzebę wpierania prasy niezależnej. Kiedy minęły wybory, było
aż śmiesznie patrzeć, a szczególnie odpowiadać na pytania, gdy mówiono nam,
że popiera nas w tym Zachód. W żaden sposób nie mogliśmy tego udowodnić.

Zapowiedź Gazpromu podwyższen ia cen gazu dla Białorusi do poziomu europejskiego
znacznie skomplikowała sytuację i tak odizolowanego od świata Aleksandra Łukaszenki.
Dlaczego tym razem nie pokwapił się do Moskwy, aby świętować 10. rocznicę utworzenia
Związku Białorusi i Rosji?

– Kończy się dziesięć lat tzw. integracji z Rosją, której zwolennikiem był
Łukaszenko. Planowano w związku z tym wielkie uroczyste obchody w Moskwie.
Fakt, że Łukaszenko tam nie pojechał, jest bardzo poważnym znakiem. Na Białorusi
krąży wiele legend tłumaczących, jak mogło do tego dojść. Mówi się głównie
o złym stanie zdrowia Łukaszenki, ale jest jeszcze ważniejszy problem. Okazało
się bowiem, że Łukaszenko, który "wygrał" swoją władzę, może jej
nie mieć. Oznacza to, że Rosja przedstawiła mu ultimatum: za gratulacje Putina
miałby oddać Kremlowi kontrolę nad Biełtransgazem. Gdyby do tego doszło, Białoruś
pozbyłaby się wszelkich argumentów przy negocjacjach cen gazu z Gazpromem.
Wówczas przed nieefektywną białoruską gospodarką stanąłby problem przeżycia.
Dotychczas rozwijała się ona, nie krępując się koniecznością oszczędzania,
dlatego nie jest przygotowana na podwyżki cen gazu. Gdyby do nich doszło, mogłyby
powstać warunki, w których Łukaszenko utraciłby swoją władzę. Rosyjskie media
pisały, że otrzymał on propozycję objęcia stanowiska wiceprezydenta we wspólnym
państwie związkowym. Łukaszenko doskonale rozumie, że wówczas byłby nikim.
Nominalnie miałby władzę, jednak realnie zostałby jej pozbawiony. Zapewne te
okoliczności mogły z jednej strony wpłynąć na pogorszenie jego stanu zdrowia,
a z drugiej – stać się przyczyną odwołania wizyty w Moskwie.

Czy nie obawia się Pan, że "neutralizacja" Łukaszenki
przez Kreml stałaby się groźna dla suwerenności Białorusi?

– To byłaby rzeczywiście niebezpieczna perspektywa, ponieważ otworzyłaby scenariusz
wchłonięcia Białorusi. Wielu rosyjskich analityków i polityków jedynie taką
perspektywę dostrzega i tylko takiej pragnie. Nawiasem mówiąc, w kontekście
planowanej integracji taka perspektywa z Rosją byłaby jedynie logiczna. Pozostaje
więc wybór: albo niezależna współpraca poprzez podpisywanie i wypełnianie porozumień
międzypaństwowych, albo wchłonięcie kraju. Nie ma bowiem państw, w których
skład wchodzą dwa niezależne państwa. Jest to chwiejny twór, który musi się
przekształcić albo w dwa niezależne państwa, albo w jedno. Ten ostatni wariant
stworzyłby rzeczywiście wielkie niebezpieczeństwo dla niezależności Białorusi.

Kremlowscy analitycy rozumiejący, że Łukaszenko jest dla nich coraz mniej
wygodny, zastanawiają się, jak pozbyć się dyktatora, nie tracąc przy tym Białorusi.
Władze rosyjskie jednak unikają odpowiedzi na zasadniczą kwestię, dlaczego
niemal wszyscy życzliwi im kandydaci na szefów państw na przestrzeni postsowieckiej
mają czarne dossier. Dlaczego Moskwa nie akceptuje niezależnych sąsiadów?

– To generalnie wielki problem. Sądzę, że w ostatnich latach przez Rosję przeszła
tak silna fala szowinizmu, że pochłonęła nawet ludzi, którzy winni być poważnymi
analitykami. Również im uniemożliwiła widzenie rzeczywistości. Rosja od pewnego
czasu działa w taki sposób na arenie Wspólnoty Niepodległych Państw, że traci
ostatnich sojuszników. Sądzę, że większej szkody niż Siergiej Ławrow nie wyrządził
polityce zagranicznej Rosji żaden inny minister spraw zagranicznych. Historie
z Ukrainą, Abchazją i innymi krajami, w których Rosja wtrącała się do wyborów
i skończyło się to żenująco, dowodzą, że Kreml w większości przypadków odnosi
skutek odwrotny od zamierzonego. Moskwa nie stara się bowiem współpracować,
ale wywiera naciski.
Niewygodnych sobie polityków Kreml kreuje na wrogów i tak czy inaczej w końcu
ich sobie "wyhoduje". Rozumie to również Łukaszenko. Zapewne będzie
się od takich metod dystansował i postara się zmniejszyć rosyjską presję, jeżeli
pozwoli mu na to jego zdrowie. Chociaż również on sam w swojej polityce nie
stroni od wymyślania wrogów narodu…

Czy są, Pana zdaniem, szanse na zmiany w polityce zagranicznej Rosji?
– Sądzę, że byłby to mądry krok. Na razie to chyba jednak niemożliwe, dlatego
że rosyjska elita polityczna otumaniła ludność i sama uległa otumanieniu
pod wpływem idei szowinistycznych. Ostatnio w Rosji niemal codziennie bije
się na ulicach obcokrajowców, za co winę ponosi polityczne kierownictwo.
Kiedy w Warszawie chuligani pobili dzieci dyplomatów rosyjskich, Putin ocenił,
że nie było to przypadkowe, i zaczęto bić Polaków w Moskwie. Tylko w ciągu
ostatnich dni pobito tam ministra kultury jednej z autonomicznych republik
Federacji Rosyjskiej, pobito korespondenta NTV, który jest muzułmaninem,
a sprawcy zabicia muzułmańskiej dziewczynki w Sankt Petersburgu dostali tylko
4 lata więzienia. Takie ekscesy dzieją się w Rosji ciągle i biorą w nich
udział zwykli rosyjscy obywatele. Nawet nie wiem, jak tę falę przemocy obecnie
zatrzymać. Rosja podąża zgubną drogą i potrzebne jest otrzeźwienie. Nie potrafię
powiedzieć, ile zajmie to czasu.

Jak ocenia Pan polską politykę wobec władz białoruskich?
– Trudno mi w tej chwili pokusić się o jej głęboką analizę. Na pierwszy rzut
oka wypływa ona z realnej oceny sytuacji. W tej realnej ocenie pomagają władze
białoruskie, które stale demonstrują znany stosunek wobec Związku Polaków
na Białorusi czy polskiego dyplomaty, który wcześniej pracował na Białorusi.
W istocie rzeczy Łukaszenko rozumie tylko twarde stawianie sprawy. Każde
inne stanowisko uważa za przejaw słabości. Sądzę, że najlepiej rozumieją
to sąsiedzi Białorusi.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

drukuj