List od generała

Z Katarzyną Madej, wdową po por. pil. inż. Arkadiuszu Madeju, który
zginął w katastrofie samolotu Su-22 w 2001 r. w Powidzu, rozmawia Piotr
Czartoryski-Sziler
.

W jakich okolicznościach zginął Pani mąż?
– Mój mąż zginął 13 czerwca 2001 r. w katastrofie w Powidzu. To był nocny lot
szkoleniowy, mąż leciał ze swoim dowódcą ppłk. dypl. pil. inż. Maciejem
Górkiewiczem. Nastąpiło załamanie pogody. Zostałam wdową w wieku 26 lat, nasz
syn miał wtedy rok i dziesięć miesięcy. Byłam pewna, że umrę, bo tego nie da się
przeżyć, musiałam znosić rzeczy nie do zniesienia, ból rozpaczy był tak wielki,
że śmierć byłaby ulgą. Przez długie miesiące wierzyłam, że umrę, że Arek nie
pozwoli mi tak cierpieć i zabierze mnie ze sobą. Mijały miesiące, a ja zwijałam
się z cierpienia, leżałam bezsilna na podłodze i wyłam. Musiałam przeżyć drugie
urodziny Piotrusia, święta Bożego Narodzenia. W naszym mieszkaniu w Witkowie
wszystko stało tak jak przed 13 czerwca 2001 r., nasze ubrania, kapcie,
szczoteczki do zębów. Uciekałam przed rzeczywistością, nie potrafiłam zatrzymać
się w jednym miejscu, spałam u rodziców, siostry, cioci, babci, u znajomych,
nigdzie dłużej niż 3 dni, i tak było ponad rok. Początkowo myślałam, że Ojczyzna
zapewni mi i dziecku poczucie bezpieczeństwa, że będzie się o nas troszczyć i
pamiętać zgodnie z pięknymi deklaracjami, jakie padły tuż po katastrofie, gdzie
oddał życie w służbie Ojczyźnie bohater – mój mąż, tata mojego małego synka.
Myślałam, że skoro był wojskowym, to wojsko otoczy nas jakąś opieką. Wydawało mi
się wręcz oczywiste, że ktoś będzie interesował się naszym losem. Jednak realia
okazały się inne, im więcej czasu mijało od pogrzebu męża, tym rzadziej
ktokolwiek się do nas odzywał. Nawet obiecana zamiana mieszkania trwała prawie
dwa lata. Los rzucił mnie w końcu w 2003 r. do Legionowa. Piotruś zaczął tutaj
chodzić do przedszkola, a ja podjęłam pracę. Nikt z wojska przez długie lata nie
interesował się tym, czy nie trzeba nam w jakiś sposób pomóc, czy sobie radzimy.

Na czym polegały konkretnie Pani kłopoty, trudności, z którymi musiała
się Pani sama zmierzyć?

– Mieliśmy wiele kłopotów. W 2006 roku otrzymałam pismo od dyrektora Oddziału
Regionalnego WAM "Mazowsze" z informacją, że moje mieszkanie znalazło się na
zatwierdzonej przez ministra obrony narodowej liście kwater przeznaczonych
wyłącznie na zakwaterowanie żołnierzy zawodowych pozostających w czynnej służbie
zawodowej. Poinformowano mnie, że powinnam oddać zajmowany lokal do dyspozycji
WAM. Z trudem wspominam swoją niemoc i bardzo zły stan psychiczny, w którym się
wówczas znajdowałam, mój syn miał wtedy 7 lat, chodził już do szkoły znajdującej
się blisko miejsca zamieszkania. Później okazało się, że przepisy w biurze
emerytalnym są dla mnie niekorzystne, ponieważ w chwili śmierci męża byłam zbyt
młoda, a do tego lepiej, jakby do katastrofy, w której zginął mój mąż, doszło
nie w 2001 roku, ale po 2004 roku. Wtedy to, że pracuję i zarabiam, nie
wpływałoby na zawieszenie świadczenia rentowego. Też żałuję, że tak wcześnie
odszedł mój mąż, ale niestety, skoro nie mamy wpływu na to, co się już stało, to
dobrze byłoby, żeby rodziny dotknięte takim nieszczęściem jak moja nie miały
"pod górkę" z przepisami. Dobrze, gdyby nie były pozostawione same sobie. Przez
lata nie otrzymałam od wojska żadnego wsparcia, nie było nawet odrobiny
zainteresowania. Najbardziej bolało mnie, że nikt nie interesuje się moim synem,
że nie ma dla niego symbolicznej paczki na święta, dofinansowania na wakacje czy
jakiegokolwiek namacalnego dowodu, że ktoś ze strony wojska pamięta, że tu
mieszka i rośnie syn oficera Wojska Polskiego, pilota, który zginął w służbie
Ojczyźnie. Wszystko zmieniło się dopiero w grudniu 2008 r., kiedy w skrzynce na
listy znalazłam zaproszenie na spotkanie wigilijne w Dowództwie Sił
Powietrznych.

Przysłał je gen. Andrzej Błasik?
– Tak. Na zaproszeniu widniał podpis: dowódca Sił Powietrznych gen. Andrzej
Błasik. Dla mnie to było tak, jakbym dostała korespondencję z zaświatów. Długo
się zastanawiałam, czy mam tam jechać, ale bardzo chciałam zobaczyć, jak to
spotkanie będzie wyglądało. Mimo że nikogo w dowództwie nie znałam, pojechałam
na to spotkanie wigilijne. Moje wzruszenie było ogromne, bo po tylu latach
zobaczyłam znowu ludzi w mundurach. Spotkało mnie tam bardzo ciepłe przyjęcie.
Od razu podeszła do mnie Ewa, żona generała, i powiedziała: "Boże, ty jesteś
wdową? Dziewczyno, myślałam, że jesteś czyjąś córką. Ty jesteś taka młoda, mów
mi po imieniu". Zaczęłyśmy od razu serdeczną rozmowę, podszedł wtedy też do mnie
generał, zapoznaliśmy się.

Jakie zrobił na Pani wrażenie?
– To był człowiek, który nie stwarzał żadnej bariery, mimo że był generałem i
ważnym dowódcą. Byłam wtedy bardzo wzruszona, płakałam i trudno mi było
rozmawiać. Generał Błasik był bardzo życzliwy i serdeczny. Wiedział, że mam
dziecko, przekazał dla Piotrusia prezent. Pamiętam, że w reklamówce z logo
dowództwa synek dostał bombkę, maskotkę, słodycze. Gdy wróciłam do domu,
powiedziałam do niego: "Syneczku, to jest od taty z pracy, od dowódcy". Moje
dziecko było bardzo szczęśliwe, że dostało coś od taty z pracy, dla niego było
to bardzo ważne. Nie rozstawał się z maskotką, którą dostał od generała.
Powiedział: "Mamo, chcę podziękować temu dowódcy", i narysował dla generała
laurkę. Zawiozłam ją do Dowództwa Sił Powietrznych, tak nawiązała się później
nasza przyjaźń z Andrzejem, bo okazało się, że ten dowódca nie rzucił tej laurki
gdzieś w kąt, ale się ucieszył, a nawet wzruszył, że mógł mojemu dziecku sprawić
taką ogromną radość małym prezentem. Andrzej powiedział, żebym następnym razem
przyjechała z synkiem do dowództwa, gdyż spotkania wigilijne i wielkanocne w
Dowództwie Sił Powietrznych stały się tradycją. Tłumaczyłam, że przecież na tych
spotkaniach jest minister, generałowie i z dzieckiem może nie wypada
przyjeżdżać, ale uparł się, że chce poznać chłopca. Przyjechałam z Piotrusiem do
dowództwa w grudniu 2009 roku. Nagle podszedł do niego gen. Błasik i powiedział:
"Chodź, mały, zrobimy sobie zdjęcie". Zero jakichkolwiek barier, zero
wywyższania się, dla syna było to niesamowite przeżycie.

Generał przejął się Pani trudną sytuacją?
– Bardzo. Jeszcze wcześniej, bo we wrześniu 2009 r., zorganizował dla wdów po
pilotach wojskowych wycieczkę do Zakopanego. Był czas, żeby porozmawiać o swoim
losie, poopowiadać, gdzie kto mieszka, jak żyje, co się z kim dzieje.
Zjednoczenie nas, wdów, to olbrzymia zasługa dowódcy, bo do tej pory nie
znałyśmy się, każda mieszkała gdzieś w różnych częściach Polski i sama
przeżywała własne nieszczęście. Dzięki dowódcy poznałyśmy się, powstało także
Stowarzyszenie "W Cieniu Orła", które zrzesza rodziny ofiar poległych w
katastrofach lotniczych, co powoduje, że czujemy się silniejsze. Jesteśmy dla
siebie grupą wsparcia. Jesteśmy pod opieką wspaniałej pani psycholog z Dowództwa
Sił Powietrznych Ani Piskorz. Ewa i Andrzej Błasikowie oraz Ania Piskorz zostali
honorowymi członkami stowarzyszenia. To właśnie w Zakopanem opowiedziałam im
swoją historię, jak w wieku 16 lat poznałam się ze swoim mężem, jak byliśmy
razem od zawsze i mieliśmy plan na zawsze. Jak byliśmy razem szczęśliwi i do
tego urodził się nam synek. Byliśmy bardzo udanym małżeństwem i nie wyobrażałam
sobie, że mogę go nagle stracić. Generał słuchał z uwagą i widocznym
wzruszeniem. Zawsze blisko niego była Ewa, z którą od początku doskonale się
rozumiałyśmy. Andrzej był silnym, stabilnym, odważnym człowiekiem, ale tak
naprawdę dużo czerpał z ciepła Ewy. Ona zawsze go wspierała, rozumiała, pomagała
mu, jej życie było podporządkowane i poświęcone temu, by go wspierać. A on ją za
to kochał i szanował, byli bardzo szczęśliwi. Gdyby żył mój Arek, to wyobrażam
sobie, że nasze małżeństwo wyglądałoby podobnie. Po Zakopanem bardzo
zaprzyjaźniliśmy się, byliśmy w bliskim kontakcie. Generał wniósł wiele
pozytywnego w nasze życie. Dał nam odczuć, że nie jesteśmy osamotnieni.

Kiedy widziała się Pani z nim po raz ostatni?
– Nasze ostatnie spotkanie było 25 marca 2010 r. na Wielkanoc. Później z
telewizji dowiedziałam się, że spadł samolot z prezydentem i całą delegacją,
która udawała się na uroczystości do Katynia. Włączyłam od razu internet, bo
spodziewałam się, że w tym samolocie mógł być gen. Błasik. Zastanawiałam się
nawet, czy Ewa mu towarzyszyła, bo też chciała lecieć. Byłam z nią w kontakcie
już od pierwszych chwil po katastrofie, doskonale zdawałam sobie sprawę, co
czuje każda komórka jej ciała, jak boli ją taka tragedia. Gdy do Polski została
sprowadzona trumna z ciałem generała, odbywała się przy niej adoracja w
Dowództwie Sił Powietrznych. Pojechałam tam z moim synem późnym wieczorem.
Pomodliliśmy się, później rozmawiałam z panią psycholog z Dowództwa SP. Nagle
podeszła do nas młoda dziewczyna: "O, pani Kasia z Piotrusiem" – powiedziała.
"Ale nie miałyśmy okazji się poznać" – odpowiedziałam. Wtedy Ania Piskorz
powiedziała: "Nie znasz jej? To jest właśnie córka Ewy i Andrzeja". Asia Błasik
dodała wówczas, że mimo iż nie poznałyśmy się osobiście, to rodzice zawsze jej o
mnie i Piotrusiu opowiadali i że mają nasze zdjęcia w domu. To świadczy o tym,
że oni naprawdę przeżywali naszą sytuację, że to nie było współczucie i troska
tylko na pokaz. To niezbity dowód na to, jak byli prawdziwi w tym, co mówią, i
jak szczerze pochylali się nad nieszczęściem innych, bo opowiadali o nas nawet
swoim dzieciom.

Ewa Błasik po śmierci męża, podobnie jak Pani, została opuszczona, można
powiedzieć, porzucona przez wojsko. Dodatkowo musiała się ciągle konfrontować z
bardzo agresywnymi atakami na męża…

– Było mi bardzo przykro słuchać informacji puszczonych w eter, że rzekomo gen.
Błasik był w kabinie i wywierał presję. Nikt, kto znał Andrzeja osobiście, nie
uwierzył w to, że mógłby on odegrać rolę złego dowódcy. Niestety, wielu ludzi,
którzy go nie poznali, wyrobiło sobie opinię o nim na podstawie mediów.
Współczułam rodzinie Ewy, że nawet nie mogą w spokoju przeżyć żałoby, tylko
muszą w tym bólu znaleźć jeszcze siłę na to, by stanąć publicznie w jego
obronie. Jest to trudne do pojęcia, że ktoś może tak bezkarnie rzucać jakąś
niesprawdzoną informację w eter, która obiega cały świat i nie ponosi za to, że
wyrządził komuś ogromną krzywdę, żadnych konsekwencji.

Nie ma Pani poczucia, że z generała Błasika celowo uczyniono kozła
ofiarnego, bo tak było po prostu dla wielu osób najwygodniej?

– Ależ oczywiście. Rosjanie na pewno chcieli zatuszować swój bałagan i celowo
obciążyć polskiego generała, a nasze media bezmyślnie to rozdmuchały. Dlaczego
teraz milczą, gdy powinny głośno trąbić o tym, że tak nie było? Być może jest
tak, że brukowce karmiły się wiadomością o pijanym generale, bo po prostu była
sensacyjna. Wzbudzanie takich tanich sensacji było jednak bardzo krzywdzące dla
człowieka, który nie żyje, i raniło wszystkie osoby, które go znały, najbardziej
oczywiście rodzinę generała.

Dlaczego, Pani zdaniem, wojsko nie stanęło w jego obronie, mimo że
minister Bogdan Klich zarzekał się na pogrzebie gen. Błasika, że będzie bronił
jego honoru?

– Nie wiem. Mogę tylko powiedzieć, że analogicznie było na pogrzebie mojego
męża, gdzie padły piękne obietnice. Ja nawet w nie wierzyłam, w to, że
zostaniemy otoczeni opieką, że wojsko nigdy nie zapomni, że oddał życie w
służbie Ojczyźnie. Tym bardziej że osierocił małego chłopca, który nie był w
stanie nawet zapamiętać swojego taty. Były to jednak, jak się szybko okazało,
tylko piękne słowa i obietnice, które tak naprawdę skończyły się w dniu
pogrzebu. Może nawet, tak do końca, nie jest to celowe działanie władz, żeby się
nami nie zajmować. Możliwe, że chodzi tu o zwyczajne zaniedbania, może w wojsku
nie ma czasu i miejsca, żeby pomyśleć o wdowach i osieroconych dzieciach, o tym,
że żyjemy i czujemy. A szkoda. Generał Andrzej Błasik był jedyną osobą, która
nie zajmowała się tylko pilotami czynnymi zawodowo, ale również rodzinami tych,
którzy już nie żyją. Chwała mu za to, zrobił dla nas naprawdę wiele. Poświęcił
czas i energię, żeby nas odnaleźć, poznać, wysłuchać, wesprzeć.

Ma Pani własną teorię dotyczącą przyczyn katastrofy Tu-154M?
– Zbieg nieszczęśliwych okoliczności, bo tak bywa w katastrofach. Nie zakładam,
że ktoś z premedytacją przyczynił się do katastrofy tupolewa. Nie powinno się
podawać do publicznej wiadomości niesprawdzonych informacji, tak jak ma to
miejsce w przypadku katastrofy smoleńskiej, gdzie uderzono w generała Błasika.
Mnóstwo ludzi bezkrytycznie uwierzyło w to, co usłyszało w telewizji czy
przeczytało w prasie. Te sensacyjne, obrażające gen. Błasika doniesienia okazały
się nieprawdziwe, szkoda że nikt dziś ich głośno nie prostuje. Uważam, że osoby
publiczne powinny zdementować przekazywane wcześniej błędne informacje na temat
gen. Błasika. Myślę, że jest to bardzo ważne, żeby ta katastrofa została zbadana
rzetelnie, ale trzeba się liczyć z tym, że takie badania trwają bardzo długo,
nawet latami. Najlepiej, gdyby udało się wyciszyć emocje polityczne, które
towarzyszą katastrofie smoleńskiej. Wszelkie niesprawdzone informacje i teorie o
przyczynach katastrofy nie powinny być nagłaśniane, ale tego nie da się chyba,
niestety, uniknąć.

Co Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych stwierdziła po
katastrofie Su-22 w Powidzu, w której zginął Pani mąż?

– Błąd kontrolera lotów, który udzielił zgody na lądowanie na lotnisku własnym
przy braku widoczności samolotu, w ograniczonej widzialności, przy warunkach
atmosferycznych poniżej minimum lotniska i nie odesłał samolotu Su-22 z załogą w
składzie mjr Maciej Górkiewicz i ppor. Arkadiusz Madej na lotnisko zapasowe.

Kontroler poniósł konsekwencje prawne?
– Tak, został skazany prawomocnym wyrokiem sądu, o czym dowiedziałam się
stosunkowo niedawno. Wcześniej wiedziałam tylko, że toczy się sprawa przeciwko
osobie pełniącej funkcję kontrolera na lotnisku w Powidzu, tylko że wtedy tym
się nie interesowałam. Przeżywałam w spokoju swoją żałobę, miałam ten komfort,
że moja sprawa nie była nagłaśniana w mediach. Nie obchodziło mnie wtedy to, czy
ktoś zostanie skazany czy nie, bo to nie było w stanie zmienić mojej sytuacji,
nie zmniejszało mojego cierpienia i rozpaczy, nie mogło przywrócić życia mężowi.
Dopiero jakieś trzy lata temu potrzebna mi była do biura emerytalnego
informacja, czy w tej sprawie był jakiś prawomocny wyrok. Wystąpiłam wówczas z
tym pytaniem do sądu w Poznaniu i wszystkiego się dowiedziałam. Niestety – jak
mówiłam – mimo że sprawa nie była tak mocno nagłośniona w mediach, w prasie
pojawiły się też niepotrzebne artykuły, w których autorzy pisali o tym, że
zawinił dowódca, który chciał się popisać przed "młodym" i przejął stery od
mojego męża. Media mają olbrzymią siłę i mogą wyrządzić olbrzymią krzywdę innym.
Szkoda że autor takiego artykułu nie zastanowił się nad tym, gdy siadał do
pisania, co będzie czuł np. syn Macieja, który przeczyta później, że jego ojciec
był nieodpowiedzialny i winny tragedii. Czy ludzie, którzy wypisują
niesprawdzone czy nieprawdziwe informacje, nie zdają sobie sprawy, że ranią
osoby, których te informacje dotyczą? Maciej był doskonałym pilotem, z jego
rodziną utrzymuję do dziś serdeczny kontakt. Dlatego rażą mnie informacje
przeinaczające fakty.

Nie dziwią Pani próby pomniejszania odpowiedzialności rosyjskich
kontrolerów z "Korsarza"?

– Mam na to tylko jedną tezę: Rosjanie tuszują swój bałagan. Chcieli zwalić całą
winę na nas, a własną ukryć. Ewidentnie ich kontrolerzy nie pracowali rzetelnie,
popełniono wiele niedopuszczalnych błędów, a raport MAK skupił się na tym, by
ukryć ich winę. Najłatwiej było wzbudzić sensację, obrzucając błotem gen.
Błasika i naszych pilotów. Znałam Andrzeja i wiem, że był przez wszystkich
odbierany jako szczególnie dobry dowódca i człowiek. Był niezwykle
odpowiedzialny, nigdy nie był chaotyczny, wprost przeciwnie, bardzo poukładany i
opanowany. Każdy, kto go znał, jego cechy charakteru, sposób zachowania, ton
rozmowy, nie uwierzył w wersję rosyjską, że odegrał rolę złego generała, który
ryzykował życie swoje i pasażerów, żądając, by lądować w złych warunkach. Gdy
pojawiła się informacja, że generał był w kabinie, pomyślałam, że musiała być
ciężka sytuacja i mógł tam wejść jedynie po to, by pomóc załodze, doradzić jako
pilot bardziej doświadczony, ale broń Boże, by wywierać na nią jakąkolwiek
presję!

Znała Pani załogę tupolewa?
– Nie. Chociaż tak mi się wydaje, że Arek Protasiuk był z tego samego roku, co
mój mąż i byli razem w szkole. Zawsze byliśmy dumni z polskiego lotnictwa, dziś
też nie mamy powodów, by narzekać na naszych pilotów. Ich umiejętności są
doceniane na całym świecie. Zarzucanie więc załodze Tu-154M przez Rosjan braków
w szkoleniu czy wykształceniu jest bezzasadne. Nasze władze powinny na czas
zareagować na niepochlebne opinie o załodze. Nie można mówić tylko o
niedociągnięciach w polskim lotnictwie, trzeba też głośno podkreślać mocne
strony. Mam nadzieję, że przyjdzie czas, gdy ucichną złe emocje, a prawda
wyjdzie na wierzch i honor zostanie im zwrócony, że bohaterowie będą bohaterami.
Wierzę w to, że publicznie zostanie oczyszczony honor gen. Błasika, a jego
zasługi docenione. To był człowiek honoru, wielkiego serca, ambitny i uczciwy.
Andrzej miał silny charakter i wytrwale dążył do tego, co sobie zaplanował. Byli
jednak w wojsku ludzie, którzy zazdrościli mu, że jego kariera idzie tak szybko
do przodu. Myślę, że nawet ci, którzy mu zazdrościli i nie byli przyjacielsko do
niego nastawieni, nie są w stanie zaprzeczyć, że był uczciwym człowiekiem i
dobrym dowódcą. Jestem dumna, że go znałam, moje życie od momentu poznania Ewy i
Andrzeja stało się dużo bogatsze. Wspólnie robili tak wiele dobrego dla innych.
Mogli skupić się tylko na własnym szczęściu, woleli jednak pochylać się nad
ludźmi, których spotkała w życiu tragedia. Bardzo nas, wdowy, wspierali. A teraz
Ewa stała się jedną z nas.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj