Lewica w natarciu
Wyniki wyborów potwierdziły, że będziemy mieli do czynienia z reelekcją
rządu Platformy Obywatelskiej. Rządu, który ma na swoim koncie potężną liczbę
afer i błędów. Dlaczego zatem reelekcja? To w dużej mierze wynik dominacji
medialnej i gospodarczego kryzysu, który puka do naszych drzwi, a którego
obywatele wciąż nie są świadomi. PO udało się na skutek pewnych manipulacji
finansowych oddalić zapaść finansów publicznych, ale w przyszłym roku sytuacja
może być inna. Nie ulega jednak wątpliwości, że w dużym stopniu kampania
straszenia PiS-em się powiodła. Wielu ludzi uwierzyło, że autostrady zostaną
"aresztowane", gdy wygra ta partia. Jak dalece skuteczna jest w naszym kraju
propaganda, jak wielkie triumfy święci polityczny matrix, najlepiej widać po
wyniku wyborczym partii Palikota.
Dla PiS sytuacja jest jeszcze trudniejsza niż cztery lata temu. Wtedy bowiem
można było spekulować, że w Polsce scena polityczna będzie zmierzać do układu
dwubiegunowego: na prawicy PiS, na lewicy PO. Wydaje się, że przerwanie kadencji
Sejmu w 2007 r. oraz przyspieszone wybory miały w planach PiS przybliżyć ten
stan rzeczy. Jednakże po czterech latach okazało się, że plan ten jest nie do
zrealizowania w Polsce.
Po wyborach w parlamencie przybędzie jeszcze jedno ugrupowanie – Ruch Poparcia
Palikota, formacja skrajnie lewicowa, która nie może być koalicjantem PiS. Przed
czterema laty w obszarze elektoratu Palikota funkcjonowała Samoobrona Andrzeja
Leppera. Samoobrona została zlikwidowana po przerwanej kadencji Sejmu, a na jej
miejsce wylansowano antyklerykalną partię Palikota.
Dziś Platforma ma kilka alternatywnych rozwiązań, jeśli idzie o przyszłą
koalicję rządową. Najprościej dla Tuska będzie odnowić koalicję z PSL. Marzeniem
lidera Platformy byłoby nie dobierać sobie innych koalicjantów. Pozostające
formalnie poza rządem SLD i Ruch Palikota byłyby dobrym straszakiem na PSL w
wypadku jakichś "nadmiernych żądań" ludowców. Do koalicji rządowej spieszno
byłoby szczególnie SLD, któremu trudno będzie lizać rany po klęsce w tych
wyborach. SLD, tracący w elektoracie lewicowym na rzecz Palikota, może w ciągu
kilku lat po prostu się rozpaść. Jest to ugrupowanie wyjątkowo wygłodniałe
ciepłych rządowych stanowisk. W tej sytuacji za stosunkowo niewielką cenę może
wejść do koalicji. Zresztą nie jest wykluczone, że Tusk przy pomocy ludzi w
rodzaju Bartosza Arłukowicza zechce podkupić część działaczy SLD, by nie
zawierać koalicji z całą partią. Podobne "podkupienie" może dotyczyć również
części posłów Palikota.
Palikot niedawno z Platformy wyszedł, a więc jego porozumienie z tą partią jest
po prostu rzeczą naturalną. Zatem możliwości koalicyjne PO są stosunkowo duże.
Najbardziej niekorzystny scenariusz dla Platformy polegałby na tym, że partia ta
zmuszona by była budować bardzo szeroki sojusz – od PSL, poprzez SLD, na
Palikocie kończąc. To stanowiłoby duże obciążenie propagandowe i w razie
zawirowań gospodarczych dawałoby PiS możliwość szybkiego gromadzenia siły w
sytuacji, gdy stronnictwo Kaczyńskiego pozostawałoby jedyną opozycją w Sejmie.
Sytuacja PiS jest dziś bardzo trudna. Brak możliwości koalicyjnych powoduje, że
powrót do władzy zarówno w wydaniu krajowym, jak i lokalnym (sejmiki
wojewódzkie) nie rysuje się na horyzoncie. Dla mniej ideowych działaczy może to
oznaczać decyzję opuszczenia partii po jakimś czasie. Niekorzystne jest również
to, że w opozycji parlamentarnej przybędzie PiS konkurencja w postaci chociażby
Palikota. Zatem ewentualny kryzys rządowy następujący po kryzysie gospodarczym
nie musi prowadzić do zrealizowania w Polsce wariantu węgierskiego (przejęcie
przez prawicę pełni władzy). Patrząc z perspektywy czterech lat, można postawić
tezę, że decyzja zerwania koalicji i przyspieszone wybory w 2007 roku były
błędem PiS. To bowiem doprowadziło do zwycięstwa PO i do likwidacji bytów
politycznych pozostających w koalicji z PiS (Samoobrona, LPR). Dziś partia ta
nie ma potencjalnych sojuszników, a cała scena polityczna niebezpiecznie
przechyla się na lewo. Zamiast nowych partii prawicowych, które mogły się
pojawić w Sejmie, pojawił się Ruch Poparcia Palikota, wprost nawiązujący do
radykalnych rozwiązań zaczerpniętych z lewackich ugrupowań zachodnich. W
sytuacji, gdyby na scenie politycznej funkcjonowało ugrupowanie narodowe
zdefiniowane na prawo od Prawa i Sprawiedliwości, samo PiS byłoby odbierane w
elektoracie jako ugrupowanie centrowe. Możliwości pozyskiwania centrowo
usposobionych wyborców dla PiS by się powiększały, rosłyby też koalicyjne
możliwości partii Jarosława Kaczyńskiego. Dzisiaj takich możliwości po prostu
nie ma i trzeba się nastawiać na długi czas pozostawania w opozycji.
Poza rozgrywkami na scenie politycznej dalekosiężne konsekwencje tych wyborów
będą dotyczyć polskiego życie społecznego. Scena polityczna tak znacznie
przechyliła się na lewo, że możemy się spodziewać coraz gorętszej wojny
kulturowej. Polska nie przeżyła jeszcze wstrząsów porównywalnych do tych w
zachodniej Europie. Z pewnością Palikot będzie chciał być kimś w rodzaju
polskiego Zapatero. Katolicka Hiszpania od strony kulturowej została
zrewolucjonizowana nie do poznania. Wydaje się, że podobna wojna
kulturowo-religijna zostanie zafundowana również Polsce. Musimy się nastawić, że
będzie próba powrotu do szerokiej legalizacji aborcji, promocja układów
homoseksualnych, wojna o miejsce Kościoła w życiu publicznym czy wreszcie walka
o ideowy obraz polskiej oświaty. W wyścigu antyklerykalnym występować będą nade
wszystko partia Palikota i SLD. Ten wyścig nie tyle będzie dotyczył
zaprezentowania się przed polskim elektoratem, ile przed lewackimi środowiskami
na zachodzie Europy. To tam mamy do czynienia z głównymi ośrodkami ideologii
Nowej Lewicy. Nie ulega również wątpliwości, że w takim klimacie dyskursu
publicznego Platforma tym chętniej będzie realizować projekty lewackie. Wszystko
to powinno być ważnym sygnałem dla ludzi Kościoła, aby mądrze przygotować się do
czekającej katolików batalii.
Prof. Mieczysław Ryba
wykładowca na KUL i w WSKSiM
