Lekarstwo na leki
Obniżone marże hurtowe, koniec promocji leków „za grosz”, zamiana
przepisanych leków na tańsze odpowiedniki – to tylko niektóre ze zmian przepisów
dotyczących handlu lekami, jakie proponuje resort zdrowia w projekcie nowego
prawa farmaceutycznego. To jeden z głównych elementów reformy ochrony zdrowia,
na którą już długo czekamy.
Dokument wzbudza jednak duże spory i kontrowersje. Najważniejsza jest
odpowiedź na pytanie, czy dzięki tym zmianom zyska przede wszystkim pacjent,
którego pozycja w całym systemie wydaje się najsłabsza? Jeśli w toku uzgodnień
międzyresortowych i potem w trakcie prac w parlamencie najważniejsze zapisy
projektu zostaną zachowane, to taka szansa istnieje – chorzy będą mniej płacili
za leki, a lista medykamentów z dopłatami z budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia
będzie szersza niż obecnie. Można mieć jednak poważne obawy, czy ustawa lekowa
wejdzie w życie, bo batalie o nowe prawo farmaceutyczne trwają już wiele lat i
tak jak poprzednio może się okazać, że na skutek działań różnych silnych lobby
ustawa znowu zostanie odłożona ad acta. Byłoby to najgorsze wyjście, bo prawo
farmaceutyczne rzeczywiście wymaga zmian.
Co proponuje Ministerstwo Zdrowia w
swoim projekcie? Przede wszystkim resort zapowiada, że zwiększy się kontrola
państwa nad wydatkami na refundację leków. Zmiana, o której najgłośniej
dyskutuje się w środowisku producentów i dystrybutorów leków, to likwidacja
promocji leków „za grosz”, które dotąd stosują z powodzeniem przede wszystkim
duże sieci apteczne.
Inna ważna zmiana nakłada na aptekarzy obowiązek
informowania pacjenta o tym, że zamiast drogiego leku, który zapisał mu lekarz
na recepcie, może kupić tańszy odpowiednik o takim samym działaniu
terapeutycznym. Ministerstwo Zdrowia chce też ustalić sztywne marże na leki
sprowadzane na indywidualne zamówienie pacjenta oraz marże dla hurtowni
farmaceutycznych, które mają zmniejszyć się z 8,91 proc. do 5
procent.
Istotnym novum jest wprowadzenie nowego podatku dla firm
farmaceutycznych – wynosiłby on 3 proc. od dochodów osiąganych ze sprzedaży
leków refundowanych. To w tej chwili około 240 mln zł rocznie (w przyszłości
suma będzie o wiele wyższa), a pieniądze te trafiałyby do Agencji Oceny
Technologii Medycznych, która finansowałaby badania nad lekami mającymi znaleźć
się w sprzedaży. Sprawa ta o tyle budzi kontrowersje, że jasno pokazuje, iż
państwo chce zrzucić na firmy dodatkowe koszty utrzymania swoich urzędników.
Część prawników twierdzi nawet, iż wprowadzenie tej regulacji może zostać
zaskarżone do Trybunału Konstytucyjnego jako podwójne opodatkowanie
przedsiębiorców. Ministerstwo argumentuje, że system kontroli i oceny leków
będzie kosztował o wiele więcej niż wpłacą firmy farmaceutyczne z nowego
podatku, więc nie można mówić o tym, iż to one będą go finansować. Agencja Oceny
Technologii Medycznych musi być instytucją niezależną, a jeśli będzie częściowo
finansowana bezpośrednio przez koncerny farmaceutyczne, istnieje ryzyko, że mogą
one wpływać na jej decyzje.
Tańsze leki?
Najwięcej kontrowersji w środowisku
farmaceutycznym i wśród pacjentów wywołuje kwestia likwidacji promocyjnej
sprzedaży leków „za grosz”. Przeciwnicy argumentują, że stracą na tym przede
wszystkim ludzie, którzy w aptekach szukają jak najtańszych leków. Ale
aptekarski samorząd jak najbardziej popiera taką zmianę, zresztą to właśnie
Naczelna Rada Aptekarska od kilku lat namawia Ministerstwo Zdrowia, aby takich
promocji zakazać. Dlaczego? Zdaniem aptekarzy, promocje to zwykłe oszustwo. Po
pierwsze, zazwyczaj promocja dotyczy leków refundowanych, na których producent i
hurtownia najwięcej zarabiają. Jeśli np. lek jest objęty ryczałtem, to pacjent
powinien zapłacić za opakowanie 3,5 złotego. Ale NFZ płaci za ten medykament np.
50 zł czy 100 zł producentowi, któremu opłaca się wtedy ogłosić promocję, iż za
taki lek chory płaci tylko 1 grosz. Promocjami objęte są oczywiście także
niektóre leki będące w wolnej sprzedaży, bo wyższe obroty nimi też podnoszą
zyski. Tak więc wszyscy na tym zarabiają: i producenci, i dystrybutorzy leków.
Samorząd aptekarski przekonuje, że skoro producentom i hurtowniom opłaca się
stosowanie upustów, często nawet dość dużych, to znaczy, że ceny leków w Polsce
są zawyżone i można je urzędowo obniżyć. Państwo powinno więc ustalić sztywne
marże, aby wszędzie za leki płacono tyle samo. Zyskałby więc pacjent, bo i tak
narzuty stosowane przez producentów i hurtownie by spadły, a uratowane zostałoby
także istnienie wielu małych rodzinnych aptek. Są one w tej chwili na straconej
pozycji, gdyż dostęp do rabatów mają tylko duże sieci apteczne. Zaś pacjenci,
którzy kupują leki w małej osiedlowej aptece lub na wsi, muszą za nie płacić
więcej – tam promocje nie docierają.
Regulacje, które proponuje resort
zdrowia, po części wychodzą naprzeciw tym postulatom. I tak marża na leki
sprowadzane na indywidualne zamówienie pacjenta ma wynosić nie więcej niż 20
proc., podczas gdy teraz żadnego limitu nie ma, a marża dla hurtowni
farmaceutycznych ma spaść z 8,91 proc. do 5 procent. Trzeba jednak mieć na
uwadze to, że obniżka marży wcale nie musi to spowodować potanienia leków,
zwłaszcza tych sprzedawanych bez recepty. Bo jeśli producenci podniosą ich ceny,
to i tak marża w liczbach bezwzględnych może pozostać na tym samym
poziomie.
Na pierwszy rzut oka dobrze wyglądają zapisy mówiące o zasadach
refundacji cen leków, bo doprecyzowane mają być warunki, na jakich NFZ zapłaci
100 proc. za dany lek, a na jakich refundacja będzie niższa. Ponadto zapowiadana
jest możliwość renegocjacji cen i ich obniżania w trakcie trwania umowy
producenta z państwem. Ale jak do tej pory nasze władze nie odnosiły wielkich
sukcesów na tym polu, a koszty refundacji płaconych przez NFZ systematycznie
rosły, coraz więcej za leki płacą też z własnej kieszeni pacjenci, co jest
dowodem, iż ceny medykamentów poszły w górę. Dlatego same przepisy nie
wystarczą, poczekamy, jak będzie wyglądała ich realizacja.
Ratunek dla małych?
Drobni przedsiębiorcy działający na
rynku farmaceutycznym liczą, że państwo wprowadzi takie regulacje, które ukrócą
liczne patologie w tym obszarze gospodarki. Grzegorz Kucharewicz, prezes
Naczelnej Rady Aptekarskiej, alarmował w ubiegłym roku na posiedzeniu sejmowej
Komisji Zdrowia, że od co najmniej 10 lat prawo sprzyja tworzeniu dużych sieci
aptek, które kumulują dwie marże: hurtową i detaliczną, osiągając nie tylko
ogromne zyski, ale i podkopując miejsce na rynku małych podmiotów. – W 2000 r.
zniesiono sztywne ceny leków i wprowadzono cenę maksymalną z możliwością jej
obniżania. Pojawiły się zjawiska rabatowania, sięgające kilkudziesięciu procent
ceny, leki za „jeden grosz” lub dopłaty do leków dla pacjenta – mówił
Kucharewicz, argumentując, że zyski dla pacjenta były iluzoryczne, bo system
pozwala przede wszystkim generować ogromne zyski sieciom aptecznym. Jest w tym
sporo racji, skoro także supermarkety rozważają uruchomienie własnych
aptek.
Tymczasem, choć rośnie wartość sprzedaży leków, to kurczy się liczba
aptek. Ostatnia dekada przyniosła znaczący wzrost sieci dystrybucji leków, bo
ilość aptek zwiększyła się z około 10 tys. do ponad 13,5 tysiąca. To właśnie
skutek głównie ekspansji sieci. Ale w ciągu ostatnich 12 miesięcy, jak informuje
firma analityczna PharmaExpert, liczba aptek w Polsce spadła o prawie 400. Firma
prognozuje, że takich likwidacji będzie więcej. Upadek grozi przede wszystkim
małym rodzinnym aptekom. Wiele z nich jest już tak mocno zadłużonych w
hurtowniach, że wierzyciele mogą je łatwo przejąć właśnie za długi, a potem
zamknąć. Dla hurtowni to i tak zysk, zwłaszcza gdy ma swoje apteki, bo pozbywa
się konkurencji. Zaś tort do podziału jest coraz większy. Tylko w kwietniu
odnotowano ponad 5-procentowy wzrost sprzedaży leków z hurtowni do aptek i choć
nasz rynek nie rośnie już w takim tempie, jak w latach wcześniejszych, to jednak
w tym roku ta dynamika ma wynieść 6-7 proc. (według firmy IMS Health, która
monitoruje nasz rynek farmaceutyczny) – każda branża przyjęłaby taki wzrost z
pocałowaniem ręki. Przypomnijmy, że w 2009 r. wartość rynku aptecznego (liczona
w cenach hurtowych netto) wyniosła 21,4 mld zł – to o 11 proc. więcej niż w 2008
roku. Jest więc o co się bić.
Krzysztof Losz
