Lecz ludzi dobrej woli…
W ostatnim ubiegłorocznym felietonie pt. "Co się komu kojarzy" ("Nasz
Dziennik", 30.12.2010) pytałem, w którym momencie w swojej powojennej historii
znalazła się Polska po 10 kwietnia 2010 roku. Przywołałem analogię do drugiej
połowy lat 70., ze względu na ucieczkę społeczeństwa w konsumpcję i obojętność
dla spraw publicznych. Było odwołanie do stanu wojennego z powodu tragicznego
stanu gospodarki, wszechobecnej atmosfery beznadziei, ale była też refleksja
nawiązująca do lat 50., ze względu na naszą iluzoryczną suwerenność i zagrożoną
wolność.
Dzień 10 kwietnia 2010 roku, naznaczony wielką narodową tragedią, odbierany
jest coraz powszechniej jako wyraźna cezura w naszej współczesnej historii. Coś
się nagle skończyło i coś nowego się tworzy. Wraz z katastrofą smoleńską odżyło
w pamięci wielu Polaków wspomnienie tego wszystkiego, w czym żyliśmy, poczynając
od 1945 roku, przez długie lata PRL. To była trudna do zaakceptowania geneza
tego państwa, jego status, a także represyjność obcej, narzuconej nam władzy ze
Wschodu w stosunku do naszej łacińsko-chrześcijańskiej cywilizacji. Ta
nieustanna wewnętrzna wojna z Narodem (na wzór sowieckiej walki klasowej),
potęgująca społeczne podziały i antagonizmy, i w końcu zanik myślenia o polskiej
racji stanu oraz uległość, serwilizm wobec Moskwy. Przykładem choćby ostatnia
zablokowana próba przeforsowania przez PiS uchwały Sejmu odrzucającej w całości
kłamliwy raport MAK czy wcześniejsze negocjacje z Rosją w sprawie dostaw gazu, a
także symboliczny powrót gen. Wojciecha Jaruzelskiego na salony III RP.
Po 10 kwietnia 2010 roku postępuje nagła recydywa systemu, który miał się
bezpowrotnie skończyć. Można odnieść wrażenie, że zamyka się pewien etap PRL,
pod nazwą III RP, w tych granicach, jakie wytyczył sobie przez minione 21 lat
reformujący się komunizm. Dawna elita władzy utrzymała swoją dominującą pozycję,
wzmocniona siłą pieniądza po okresie transformacji systemu, nową kadrą tej samej
proweniencji szkoloną na Zachodzie oraz dokooptowaną do władzy tzw. opozycją
demokratyczną, powiązaną z dawnymi elitami. Dziś ta szeroka "elita" rozdaje
karty, prezentując ten sam co dawniej negatywny lub co najmniej obojętny
stosunek do sprawy niepodległości Narodu Polskiego i jego bieżących problemów. W
reakcji odżywa dawny podział na "my i oni". Powiększa się bezsilność wobec
władzy, która przez minione lata zajęta była ugruntowaniem swojej pozycji,
zapominając o najważniejszych reformach. Kompletnie zaniedbane dziedziny to
gospodarka wodna i melioracyjna (uwaga na tamę we Włocławku!), infrastruktura
kolejowa i drogowa. Zlikwidowano przemysł stoczniowy, ograniczono rozwój
górnictwa, wprowadzono obce banki i handel. Doskwiera brak podstawowych dla
życia reform społecznych (służba zdrowia, emerytury, renty). Ponad 20-letnie
zaniedbania obejmują przede wszystkim te sektory, za które odpowiedzialne jest
państwo. Nic dziwnego, że pogarsza się nasze poczucie bezpieczeństwa i brak
zaufania do władzy państwowej. Można też sądzić po 10 kwietnia ub.r., że
faktyczne ośrodki sprawowania władzy znajdują się poza miejscem ich
konstytucyjnego usytuowania.
Nie jesteśmy w stanie zrozumieć zachowania tych, którzy walczyli nie tak dawno o
zmianę systemu komunistycznego: marszałka Senatu Bogdana Borusewicza, Władysława
Bartoszewskiego, nie mówiąc już o Stefanie Niesiołowskim czy Lechu Wałęsie.
Kiedy byli autentyczni i suwerenni w swych decyzjach życiowych? Wtedy gdy
walczyli o Polskę czy teraz, gdy występują przeciwko demokratycznym regułom i
zaciekle zwalczają opozycję? Jak to możliwe, że partia rządząca pozostaje wciąż
tak bezkrytycznie zwarta w swoich złych dla Polski decyzjach lub kompletnym
braku tychże. Co się stało z posłem Antonim Mężydłą, urodzonym w mojej rodzinnej
Lubawie. W warunkach demokracji zachowanie to przypomina postawę dawnego
partyjnego betonu z PZPR, scementowanego mafijną dyscypliną pierwszych
sekretarzy i ich oficerów prowadzących. Chociaż, jak uczy historia, nawet i ów
beton jakoś wyrażał swoje wątpliwości.
Znacznie łatwiej zrozumieć życiowe drogi tych, którzy "zawsze i do końca z
partią". Jak choćby Tomasza Nałęcza zachowującego się tak, jakby nic a nic się w
Polsce nie zmieniło. Kiedy ten doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego
wyznaje publicznie: "Boję się tej kampanii, boję się PiS-u", to brzmi to tak
samo jak kiedyś, gdy to Jakub Berman mówił do Jerzego Andrzejewskiego: "Temu
krajowi grozi wojna". To za Jakuba Bermana, nadzorcy komunistycznych mediów,
panował nakaz permanentnej walki z wrogiem, a wrogiem był każdy, kto znajdował
się po przeciwnej stronie władzy, nawet jeśli był to polski Naród. Na tym
froncie szczególne zadanie przypadało dziennikarzom nazywanym w latach 50.
"żołnierzami frontu ideologicznego". Do nich należało przetwarzanie polityki
partii na konkretne zadania propagandowe wymierzone w politycznego wroga. Ten
sprawdzony stary tandem, władza i współpracujące z nią media, ma się dziś tak
samo dobrze jak za czasów PRL. Kłamstwo nie straciło na swojej sile mimo
oficjalnego braku cenzury. Ale jest na szczęście internet. A poza tym jest
jeszcze pewne radio…
Po 10 kwietnia 2010 roku, mimo wielu nowych zagrożeń, trzeba powtórzyć za
Czesławem Niemenem, który śpiewał: "lecz ludzi dobrej woli jest więcej". Uważam,
że coraz więcej. Coś się też wreszcie wyklarowało. Jesteśmy tu, gdzie wtedy, a
oni tam, gdzie… (szukaj w internecie).
Wojciech Reszczyński
Autor jest komentatorem w Programie 3. Polskiego Radia SA.
