Lans na wałach
Już miesiąc Polska walczy z powodzią. Prognozy przewidują kolejne
opady, a nawet gradobicie. Ludzie tracą cierpliwość, bo nie zawsze mogą
liczyć na szybką pomoc, jaką publicznie deklaruje rząd z premierem,
który tak chętnie pokazuje się na wałach.
Wystarczyło kilka
minut, by nawałnica i wiatr dochodzący do 100 km/h spowodowały dotkliwe
zniszczenia w Gryfinie. Drzewa łamały się jak zapałki. Uszkodzone są
budynki, samochody. W jednej chwili kilka tysięcy ludzi zostało
pozbawionych prądu. Synoptycy ostrzegają przed kolejnymi gwałtownymi
burzami oraz deszczem, który może spowodować gwałtowny wzrost stanu
rzek. Wezbrana fala Wisły przeszła wczoraj przez Włocławek, nie
wyrządziła na szczęście większych strat ani mieszkańcom samego
Włocławka, ani okolicznych miejscowości, bo tama spłaszczyła falę
kulminacyjną. Wczoraj po południu wprawdzie poziom Wisły przekraczał tam
o metr stan alarmowy, ale woda już nie przybierała i utrzymywała się na
stałym poziomie ok. 730 cm, tj. o metr niżej niż podczas majowej
powodzi. Zrzuty utrzymują się na poziomie 5,2 tys. m sześc. na sekundę.
Żywioł nie zagraża mieszkańcom, ale spiętrzona woda i prawdopodobnie
konar drzewa uszkodził barierę na tamie i tablicę upamiętniającą śmierć
bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Powoli stabilizuje się sytuacja w Warszawie
i województwie mazowieckim, gdzie woda systematycznie się obniża. W
niedzielę bądź poniedziałek fala dotrze do Bałtyku.
Bez
dowodów i bez butów
Tymczasem ze skutkami powodzi wciąż walczy
południowa i południowo-wschodnia Polska. Trudna sytuacja jest w zalanej
przez dwie powodzie gminie Wilków na Lubelszczyźnie. Tragicznie jest
także w Sandomierzu i gminie Dwikozy w województwie świętokrzyskim.
Ludzi
denerwuje wybiórczy sposób przekazywania informacji o powodzi przez
niektóre media, ponadto mieszkańcy nie zawsze są zadowoleni z pomocy i
działań władz. – Ostatnio zatopiło miejscowość moich rodziców. Zrobiło
się wielkie larum i to wszystko. Żadnego autobusu do ewakuacji nikt nie
zorganizował. Pierwszą noc ludzie spędzili pod gołym niebem. Moja
siostra z dziećmi spała w samochodzie. Tak było z większością ludzi.
Dopiero na drugi dzień zorganizowano szkołę, w której nie było żadnych
posłań, koców, dosłownie nic. Ludzie spali na dywanach. Niektórzy nie
mieli nawet butów – mówi „Naszemu Dziennikowi” rozmówca pragnący
zachować anonimowość. Taka sytuacja była m.in. w miejscowościach Mściów,
Szczytniki i Bożydar. – Tego, co faktycznie jest, telewizja nie
pokazuje nawet w 30 procentach. Nie pokazują ludzkiej tragedii.
Interesuje ich tylko sensacja, nie mówią o tym, że ludzie nie mają
dowodów osobistych, a to utrudnia załatwienie np. odszkodowań. Mało
tego, nie mogą zobaczyć nawet swojego dobytku, bo bez dowodu tożsamości
nikt nikogo nie chce wpuścić na teren rozlewiska. Tymczasem media trąbią
o udogodnieniach dla powodzian. Jakich, pytam? – bulwersuje się
rozmówca „Naszego Dziennika”. Podkreśla jednak ofiarność policji, straży
pożarnej i wojska. Jego zdaniem, małe samorządy gminne stanęły na
wysokości zadania, jak chociażby wójt gminy Dwikozy Marek Łukaszek,
który zakasał rękawy i razem z ludźmi ratował co się da, a w kilka dni
po kataklizmie zorganizował dla dzieci kolonie szkolne nad morzem.
Komu
pomogły wizyty premiera?
Natomiast wiele do życzenia pozostawia
postawa najwyższych władz. Część sandomierzan jest zbulwersowana
wizytami premiera Tuska, które – ich zdaniem – wprowadziły tylko
nerwowość w poczynania ratowników walczących o wały w okolicach huty
szkła i w zalanych innych częściach prawobrzeżnego Sandomierza. „Nasz
Dziennik” dotarł do Andrzeja Składowskiego, który przez cztery dni był
odcięty od świata w zalanym budynku przy ul. Lwowskiej obok dworca PKP w
Sandomierzu. Jak podkreśla, w jego dzielnicy utonęło pięć osób. –
Jeżeli chodzi o żywność, to do nas docierała i nie było z tym większych
problemów. Barierę stanowi natomiast brak informacji, jak starać się o
zapomogi czy tzw. wsparcie rządowe. Nikt kompletnie nic nie wie. Ludzie
są zdezorientowani także co do tej wyższej pomocy – do 20 tys. zł,
przynajmniej ci, których znam, i nie wiedzą w ogóle, jak do tego podejść
– skarży się powodzianin z Sandomierza. Podkreśla, że główny ciężar
pomocy dla powodzian wzięła na siebie Caritas.
Po kilku dniach pobytu
w zalanym do pierwszego piętra budynku pan Andrzej trafił do internatu,
gdzie mieszka do dzisiaj. – Nie narzekam na spartańskie warunki, bo cóż
powodzianin może wymagać? Nie mamy nawet swoich rzeczy, a jedynie te,
które wybraliśmy sobie z tzw. ciuchlandu. Tymczasem są ludzie, np. w
Trześni, którzy zostali odcięci od świata, oni i ich zwierzęta nie mają
nawet po dwa dni co jeść. To ogromna tragedia – relacjonuje Andrzej
Składowski.
W tej sytuacji na sandomierskich wałach pojawia się
premier Donald Tusk. W podkoszulce wtapia się w grupę ludzi, którzy
pracowali przy umacnianiu wałów przy hucie szkła. Ludzie tego nie lubią,
i ogólnie są zawiedzeni. – Nam potrzebna jest pomoc, a jak ktoś chce,
to premiera może oglądać w telewizji. Tymczasem mieliśmy do czynienia z
czystym marketingiem politycznym w wykonaniu szefa rządu. Przecież to
samo powiedział w Warszawie, bez ruszania się z miejsca. Natomiast
przyjeżdżając tu, zobaczył ludzką tragedię, której tak naprawdę wcale
nie zaradził. To jest nie tylko moje zdanie, ale bardzo wielu
mieszkańców Sandomierza – bulwersuje się Składowski. Dodaje, że nie
rozumie, dlaczego za pełnymi troski słowami premiera nie idzie żadna
konkretna pomoc, którą odczułby osobiście. – Zamiast przyjeżdżać, sam
mógł wysłać np. sztab rzeczoznawców, którzy przyśpieszyliby prace przy
ocenie zniszczeń, a co za tym idzie – szybszą pomoc dla poszkodowanych –
ocenia powodzianin.
Sandomierzanie są zbulwersowani także tym, że
powodzian ewakuowanych z terenów zalewowych umieszczano np. w akademiku
„Figaro” mieszczącym się na cyplu w pobliżu huty szkła, której w każdej
chwili grozi zalanie, a nie pomyślano, by zakwaterować tych ludzi np. w
opustoszałej jednostce wojskowej poza terenem zalewowym. – Czy pan
premier, który gościł w Sandomierzu, nie mógł uruchomić parę stołków w
Warszawie i załatwić problem, a nie bez potrzeby narażać ludzi na
zalanie? – pyta retorycznie powodzianin. Działania najwyższych władz
wobec Sandomierza, jednego z najbardziej poszkodowanych w wyniku powodzi
polskich miast, odsłaniają niemoc, którą próbuje się przykryć PR. To
także kolejny dowód na to, że słowa nie zawsze idą w parze z czynami, a
społeczeństwo dość łatwo demaskuje marketing polityczny.
Mariusz
Kamieniecki
