Kultura schodzi do podziemia
Ze Stanisławem Srokowskim, poetą, prozaikiem i dramaturgiem, rozmawia
Agnieszka Żurek
Opublikował Pan ostatnio list otwarty do młodzieży pod tytułem: "Buntujcie
się, młodzi". Osią listu stał się postulat obecności prawdy w życiu publicznym,
społecznym, a także w wymiarze pamięci narodowej. Jakie obszary życia
publicznego są, według Pana, szczególnie zniszczone obłudą i kłamstwem?
– Proces wyniszczania pamięci narodowej, tłumienia prawdy i narzucania życiu
publicznemu kłamstwa jako metody sprawowania władzy zaczął się na wielką skalę
na polskich ziemiach kresowych już w pierwszych dniach komunistycznej niewoli.
Polacy z Kresów dużo wcześniej niż inni rodacy doświadczyli bestialskiego
ustroju. Gdy 17 września 1939 r. Sowieci napadli na Rzeczpospolitą, zagarniając
52 proc. terytorium, ogłosili, że przynoszą wyzwolenie i wolność. U początku
było więc kłamstwo. Od tego dnia kłamstwo przybierało już tylko na sile.
Komunistyczna wolność objawiała się w zsyłkach na Sybir, politycznych mordach,
zamianie kościołów na magazyny drewna i zapędzaniu chłopów do kołchozów.
Komuniści niszczyli polskie symbole narodowe, orła białego, flagę państwową,
pieśni patriotyczne, polskie szkoły, uniwersytety, literaturę, język, obyczaje.
Tak zawsze zaczyna się zło – od niszczenia symboli, degradacji wartości,
deprecjacji tradycji i historii. Najczęściej jednak zło się maskuje i udaje
dobro. Zatruwa umysły, deformuje język, fałszuje pojęcia i – na co najmniej
zwracamy uwagę – psuje dobry smak, niszczy poczucie piękna i zawsze jest
zbrodnią estetyczną. Tak, zło, fałsz, obłuda i kłamstwo są zbrodniami
estetycznymi. Ludzie przyzwoici czują się z tym kiepsko. Fundamentem
założycielskim tzw. Polski Ludowej było jedno z najbardziej prymitywnych
kłamstw, jakich dopuszczono się wobec wypędzonych z Kresów Polaków, a mianowicie
wpisanie do ich dowodów osobistych formułki, iż urodzili się w Związku
Sowieckim. W tym przypadku kłamstwo już z niczym się nie kryło. Było brutalne i
cyniczne. Nie liczyło się nawet ze śmiesznością, bowiem wielu urodzonych jeszcze
przed rewolucją październikową też miało wpisane do dowodów, iż urodzili się w
Związku Sowieckim.
U fundamentów założycielskich Polski po 1989 r. też było kłamstwo, a
właściwie seria kłamstw.
– Okrągły Stół, jak wiadomo, stał się umową starej komunistycznej nomenklatury z
tzw. opozycją konstruktywną, czyli z nową solidarnościową nomenklaturą ugodową,
która podzieliła się władzą polityczną z niedawnymi jeszcze wrogami, obdarowując
ich obficie majątkiem i zaszczytami, uznając to kłamliwie za budowę wolnej,
suwerennej i niepodległej Polski. Jakaż to była wolna, suwerenna i niepodległa
Polska, kiedy te same czerwone tabuny komunistycznych dygnitarzy, którzy przez
niemal pół wieku okłamywali Naród, wsadzali do więzień, skrytobójczo mordowali,
prześladowali Kościół i gnębili każdą wolną myśl polską, nadal zasiadały w
ławach rządowych, parlamencie i mediach, manipulując pamięcią narodową i
blokując prawdę. Nie dopuszczali do dekomunizacji, a w miarę umacniania swojej
władzy poczęli likwidować ślady nie tak dawnego jeszcze zrywu solidarnościowego.
Przeciwnikiem Okrągłego Stołu była "Solidarność Walcząca". To miało znaczenie
dla dość osobliwej sytuacji. Otóż w stanie wojennym związałem się w konspiracji
z tą organizacją, a w moim domu znajdował się punkt kolportażowy podziemnych
wydawnictw. Mój syn z natury rzeczy był wychowywany w duchu wolności. W swojej
klasie założył w 1991 r. gazetkę szkolną i jako symbol wybrał stylizowaną
kotwicę tej organizacji, wywodzącą się z symboliki AK. Kiedy gazetka się
ukazała, wychowawczyni została wezwana do dyrekcji. A wicedyrektorką była gorąca
wówczas zwolenniczka Unii Demokratycznej Tadeusza Mazowieckiego. Ostrzegła
nauczycielkę, że znak "Solidarności Walczącej" nie może pojawiać się w szkole.
Nauczycielka jednak się nie ugięła, bo nie chciała łamać charakterów dzieciom.
Kolejne numery ujrzały światło dzienne. Szybko jednak tę nauczycielkę dyrekcja
usunęła ze szkoły, a nowa wychowawczyni – już zastraszona – nie pozwoliła, by
uczniowie rozwijali się poprzez pracę twórczą. I gazetka padła. Niby niewiele
znaczący epizod, ale wskazuje, jak u zarania nowej rzeczywistości układ rządowy
poprzez swoich przedstawicieli na każdym szczeblu tępił niewygodne idee i
symbole. W taki oto sposób zaczynała się pełzająca likwidacja suwerennej Polski.
Dziś zło się rozpleniło i przybrało wiele twarzy.
– Występuje pod postacią klasycznego kłamstwa, przemilczania, degradacji,
rozmywania, pomniejszania i wypaczania prawdy. Spycha niewygodnych ludzi i ich
idee na margines społeczny, deformuje rzeczywistość. Kłamstwo, obłuda i cynizm
występują w polskim parlamencie, w kancelarii premiera i prezydenta, na salach
sądowych, w szkołach i na uniwersytetach, oszukuje zasadnicza część mediów.
Nikczemni i podli ludzie od lat opluwają ojca Tadeusza Rydzyka, każdego, kto ma
odmienne zdanie od oficjalnie obowiązującego – Jarosława Kaczyńskiego, Jarosława
Marka Rymkiewicza. Prokuratorzy i sędziowie niszczą niezależnego blogera
AntyKomora, znęcają się nad 19-letnim uczniem Jackiem Balcerowskim, skazując go
za antyrządowy napis na szkolnym murze. Zaszczuty, niewygodny historyk dr
Dariusz Ratajczak, wyrzucony z Uniwersytetu Opolskiego, nękany procesami
sądowymi, pracował jako stróż nocny, a niedawno znaleziono go martwego w
samochodzie. Grupie rzetelnych i przyzwoitych dziennikarzy publiczne telewizja i
radio odebrały audycje i programy, w których zajmowali się diagnozą polskiej
rzeczywistości. Dochodzi nawet do mordów politycznych (zabity w Łodzi działacz
PiS Marek Rosiak). A hasła do napaści i nienawiści rzucają tacy politycy, jak:
minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski ("dorżnąć watahę"), minister
Władysław Bartoszewski nazywający własny Naród "bydłem", czy premier Donald
Tusk, który gardzi Polakami, określając ich "moherowymi beretami". A agresja i
prymitywizm wicemarszałka Stefana Niesiołowskiego sięgają dna. Władza się
degeneruje. A to niszczy Polskę.
Co więc powinno być w tej sytuacji "Westerplatte" młodego pokolenia?
Miejscem, z którego nie można zdezerterować i trzeba bronić go za wszelką cenę?
– Napisałem "Apel do młodych" z myślą, by nie poddawali się wszechogarniającej
manipulacji, bo ona degraduje i poniża. Ktoś, kto się jej poddaje, traci
osobowość, staje się kukłą, którą inni kierują. Nawołuję do ostrego krytycyzmu,
samodzielnego myślenia, analizy faktów i umiejętności podejmowania wyborów.
Młodzi są zdolni do heroizmu, poświęceń i wielkich wyzwań, ale też łatwo poddają
się iluzji współczesnej cywilizacji, fałszywie rozumianym kultom – modzie,
karierze, szybkim awansom, zarobkom i sławie. A przecież są dużo ważniejsze
rzeczy w ludzkim życiu: godność człowieka, duma narodowa, honor i przyzwoitość.
Przed każdym młodym stoją podstawowe pytania: Kim jestem? Jakim chcę być
człowiekiem? Jakich bronię wartości? Z jakiej tradycji się wywodzę? Ku czemu
zmierzam? Jakiej chcę Polski? Wielkiej, silnej i suwerennej, z wielowiekową
tradycją, czy też słabej, bez pamięci narodowej, odartej z historii i
pozbawionej blasku? Dzisiaj toczy się bój o naszą przyszłość. O to, czy
zachowamy tożsamość, fundamenty suwerenności, z własną religią, językiem,
kulturą i obyczajami, czy też rozpłyniemy się w nie wiadomo jakiej
europejskości. Chyba nie chcemy być bezkształtną masą, którą będą sterować
ludzie małego formatu, polityczne kukły, moralne potworki i prymitywne
marionetki. Oto wyzwanie dla młodego pokolenia.
Jakie działania mogą podjąć młodzi ludzie, aby w mądry sposób zamanifestować
swój bunt i przeciwstawić się cynizmowi w życiu politycznym i społecznym?
– Bunt wpisany jest w młodość. Jeśli młode pokolenie nie buntuje się przeciwko
złu, to znaczy, że tchórzy, brakuje mu ducha i silnej wiary. Gdy byliśmy w
niewoli, młodzi brali udział w powstaniach przeciwko zaborcom. Polskie Orlęta
walczyły w 1918 i 1920 r. o polski Lwów. Harcerze z Szarych Szeregów dawali
dowody odwagi i heroizmu w czasie wojny. Armia Krajowa stworzyła Polskie Państwo
Podziemne. W najtrudniejszych latach komunizmu licealiści zakładali tajne
organizacje. Tak było w moim liceum, gdy siedemnastoletni chłopcy produkowali
ulotki i nawoływali do walki ze Stalinem. A złapani i skazani na więzienia
trwali przy swoich przekonaniach. Byli to synowie Kresowian. Należy więc i teraz
organizować się w niezależne grupy, budować własne struktury, tworzyć swoje
programy. Znakomitymi przykładami są inicjatywa "Solidarni 2010", stowarzyszenia
młodych ludzi, którzy żądają prawdy o katastrofie smoleńskiej i są
nieustraszeni. To są bohaterowie naszych czasów. Pokazują, jak trwać w
determinacji mimo zastraszania, represji i upokorzeń. Tworzą kawałek wolnej
Polski. Takie grupy powinny powstać w całym kraju. Grupy studentów, licealistów,
harcerzy. Gdy narodzi się autentyczny młodzieżowy ruch społeczny, gdy powstaną
dzieła twórcze młodego pokolenia, wolne strofy poetyckie, pieśni i poematy,
które staną się zaporą przed wszechogarniającą falą kiczu, złego smaku,
zdegenerowanej władzy i zwyrodniałych idei, Polska zacznie się odradzać.
W liście do młodych pisze Pan: "Zaczyna się szerzyć strach. Przez strach
władza pragnie podporządkować sobie społeczeństwo". Znamy z historii, jak
totalitaryzm podporządkowuje sobie coraz większe obszary życia publicznego. Te
metody dziś wracają?
– W komunizmie bardzo wielu ludzi było uczciwych, a nawet szlachetnych, ale
przenikniętych strachem. Bali się otwierać usta, by się nie narazić rządzącym.
Cenzura przekształcała się w autocenzurę. Dzisiaj obserwuję podobne zachowania.
Na wielu uniwersytetach, w placówkach kulturalnych, bibliotekach, szkołach i
organizacjach ten strach paraliżuje wolną wolę. W środowiskach kresowych wrze.
Manipulatorzy i kłamcy nie pozwalają nam mówić całej prawdy o ludobójstwie na
Kresach. Coraz częściej zabraniają spotkań autorskich albo wykładów. Tak było na
Uniwersytecie Szczecińskim, gdzie miał wystąpić ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski,
tak było w Opolu, Wrocławiu i Przemyślu. To tylko mała cząstka ograniczeń,
wykluczeń i prześladowań. Polska zaliczana jest do najbardziej inwigilowanych
krajów Europy, masowo podsłuchuje się obywateli, następuje erozja praworządnego
państwa. A wszystko to rodzi się z nieufności władzy wobec obywateli. Co należy
robić? Krzyczeć, wołać, protestować, tworzyć własne organizacje, latające
uniwersytety, kluby prawdy, jednoczyć się w marszach protestacyjnych, zakładać
własne media, pisma, lokalne gazetki, wolnościowe fora internetowe, wspierać
wiarygodne ośrodki opinii publicznej, wskazywać palcami tych, którzy przejawiają
totalitarne zapędy. A w nadchodzących wyborach zmieść ze sceny wszystkich,
którzy prowadzą Polskę ku niewoli, gardzą własnym Narodem i kneblują mu usta.
Z czego, Pana zdaniem, może wynikać fakt, że w Polsce tak mało osób jest
zaangażowanych w walkę w obronie wartości? To efekt wezwania premiera Tuska do
powszechnego grillowania?
– Kiedy się wyjdzie na ulice wielkich miast, życie z pozoru kwitnie. Kawiarnie
pełne młodzieży, gwar, wesołość, rozmowy, piwo płynie strumieniami.
Bezproblemowy, ugłaskany byt, blichtr i miazmaty szczęścia. Ale ci sami ludzie
drżą o pracę, bo bezrobocie rośnie, ceny idą w górę, zarobki są niewysokie, a
perspektywy duchowego rozwoju maleją. W małych miasteczkach i na wsi marazm i
beznadzieja. Są likwidowane szkoły i biblioteki. A w istniejących szkołach i na
uczelniach nie kształtuje się postaw patriotycznych. Pojęcie wychowania zniknęło
z programów szkolnych. Kiedyś było "Kuratorium oświaty i wychowania", a zostało
tylko "oświaty". Młodzi nie uczestniczą w wielkiej debacie o Polsce, o
wartościach, nie spierają się o wielkie projekty dla Ojczyzny. A premier
polskiego rządu Donald Tusk na wszystko ma tylko jedną radę: "więcej Europy" i
"więcej integracji". Jego tytaniczna myśl zapewne przejdzie do skarbnicy
mądrości: "Nie potrzebujemy jakiejś Boskiej pomocy". W każdym innym kraju za
taką wypowiedź musiałby się gęsto tłumaczyć, a u nas nie. Wytworzyła się
tolerancja bełkotu. Poddawani jesteśmy wszechogarniającej tresurze. Pomyślmy, do
czego nawołuje premier. Więcej Europy to mniej Polski. A mniej Polski to mniej
historii, wielkich narodowych bohaterów, pieśni patriotycznych, odwołań do
chrześcijaństwa, które tworzyło zręby europejskiej kultury. Na oczach Polaków ze
szkoły ruguje się historię i ogranicza literaturę polską. Nie kształtuje się
człowieka z wielkim charakterem, o bogatej osobowości, identyfikującego się z
wielowiekową, ugruntowaną tradycją. A dlaczego się nie kształtuje? Bo byłby to
człowiek myślący, groźny dla głupiej i prymitywnej władzy. A ludzi myślących
władza się boi. Chce mieć społeczeństwo ślepo poddane indoktrynacji, płaskie
intelektualnie, pozbawione głębszych pokładów wiedzy o sobie samym i własnej
przeszłości. Ale młodzież swój rozum ma. Umie, nawet okaleczona chorą oświatą,
patrzeć i słuchać, ma naturalny zmysł krytyczny. Jeszcze są rodziny, Kościół,
jest trochę rzetelnych i odpowiedzialnych dziennikarzy, są światli kapłani,
żywiej reagujący ostatnio na zło profesorowie. Im bardziej będziemy poznawać
realną i głębszą prawdę o naszej gorzkiej rzeczywistości, tym szerzej będziemy
otwierać oczy.
W liście do młodzieży pisze Pan o śledztwie w sprawie katastrofy smoleńskiej,
które toczy się od ponad roku, ale do tej pory niczego de facto nie wyjaśniło.
Dlaczego większość mainstreamowych dziennikarzy nie próbuje nawet dociekać
przyczyn wielkiej narodowej tragedii, idąc oportunistycznie za rosyjską
narracją?
– Myślę, że Polacy zareagowali na katastrofę smoleńską spontanicznie i zgodnie z
własnym sumieniem. Pogrążeni w żałobie masową obecnością przed Pałacem
Prezydenckim dali dowód, jak ważna jest więź społeczna w obliczu tragedii. W
głębi tej zbiorowości tkwią pamięć i prawda. Władza panicznie się zlękła tej
potężnej zbiorowej pamięci. Dlatego cały atak skierowała na rozbicie jedności,
na podzielenie społeczeństwa. I to dzielenie trwa do dzisiaj. Niestety, w tym
dziele niszczenia wzięli udział, poza rządzącymi politykami, duża grupa
spodlonych dziennikarzy i – rzecz jasna – ich mocodawcy. Decydowały tu takie
czynniki, jak: zniewolone umysły, podłość, małość charakterów, lizusostwo, zły
smak, zawodowy partykularyzm i jednostkowy egoizm. Był to moment sprawdzania,
kto jest kim. Zwycięsko z tego wyszły niezależne umysły i mocne charaktery.
Powiedział Pan: "Język jest rzeczywistością i w języku jest rzeczywistość".
Co mówi o nas współczesny język świata kultury i debaty publicznej?
– Ludzie sztuki w dużej części zaprzedali się bylejakości, chałturze i
trywialności. Ich język to często język frazesu, banału, kiczu i pozorów.
Zamiast autentycznej rozmowy o najważniejszych problemach Polaków pokazuje się
nam w telewizji jakieś idiotyczne, lisie i wazeliniarskie "szkła kontaktowe" i
"śniadania mistrzów", w których występują wciąż ci sami pożyteczni idioci, bez
głębszej refleksji, z prymitywnymi hasełkami i bufonadą. Debata publiczna to
spór o pryncypia, o to, jaka jest i ma być nasza Polska, jakie zagrożenia niesie
Unia Europejska, dlaczego władza kłamie i oszukuje Naród. A świat kultury chowa
głowę w piasek albo trzęsie się ze strachu. Jego język staje się językiem
skundlenia.
Niezależni artyści, podobnie jak w stanie wojennym, "schodzą do podziemia",
bo są spychani na margines kultury będącej nośnikiem wartości.
– Władza się degeneruje. Wybiera na twarz polskiej prezydencji w Unii
Europejskiej pajaca i podrzędnego wesołka. To wskazuje na skalę zwyrodnienia, w
tym przypadku ministra kultury. Degeneracja władzy prowadzić może tylko do
katastrofy. Schodzenie przyzwoitych ludzi kultury i sztuki do podziemia to
właśnie efekt owej degeneracji władzy. Owo podziemie ma inny charakter niż w
stanie wojennym, ale sens podobny: uwolnić się od kłamstwa, zniewolenia i
represji. Ten proces trwa, będzie się poszerzał i pogłębiał.
Jak ocenia Pan jakość stworzonego przez środowiska konserwatywne życia
kulturowego? Dlaczego często nie jest ono postrzegane przez młodych ludzi jako
alternatywa kultury laickiej?
– Nie widzę jednolitego, dobrze zorganizowanego środowiska konserwatywnego. Siłą
kultury są nie tylko solidne fundamenty aksjologiczne, ale duża aktywność i
zajmująca debata. Od lat rzetelną działalność prowadzi mocno już osadzone w
kulturze wydawnictwo Arcana. Ma spory wpływ na studentów. Tam się krystalizują
podstawowe idee konserwatywne. Pojawiają się nowe, kiełkujące inicjatywy
młodzieżowe. Dobrym przykładem może być pismo "Rzeczy Wspólne", w którym egoizm
jednostkowy zastępuje się dobrem zbiorowym. Mało znany Teatr Nie Teraz Tomasza
A. Żaka z Tarnowa wystawia z młodymi aktorami pierwszy w Polsce dramat "Ballada
wołyńska" poświęcony tragedii wymordowanych przez UPA Polaków. W Kudowie-Zdroju
były dyrektor lokalnego muzeum Bronisław Kamiński jeździ po wsiach i zakłada
małe muzea domowe. Radio Rodzina z Wrocławia znakomicie organizuje Noce
Kościołów, w których udział biorą ludzie kultury i dziesiątki tysięcy wiernych.
Głos Radia Maryja i Telewizji Trwam wzmacnia te tendencje. Młode pokolenie
powoli, ale wyraźnie budzi się ze złego snu i samo z siebie odbudowuje niezbędne
dla swego rozwoju wartości. W tym upatruję odradzanie się potencjału twórczego.
Często zabiera Pan głos w obronie pamięci Kresów i ich mieszkańców. Z czego,
Pana zdaniem, wynika brak informacji o narodowości pomordowanych we Lwowie w
1941 r. profesorów na ufundowanym ostatnio przez władze Wrocławia i Lwowa
pomniku?
– W lipcu 1941 r. zostali zamordowani polscy profesorowie we Lwowie. 3 lipca br.
prezydenci Wrocławia i Lwowa odsłonili pomnik poświęcony ofiarom tej zbrodni,
tyle tylko, że zabrakło na nim tablicy z napisem, iż zostali zamordowani polscy
profesorowie i że udział w mordach, oprócz Niemców, brali także Ukraińcy. W
trakcie uroczystości skrajny nacjonalista Oleg Pankiewicz domagał się "demontażu
pomnika ofiar UPA… we Wrocławiu". A prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz nie
zareagował na to, w swoim przemówieniu zaś nie użył określenia "polscy
profesorowie", tylko "wybitni naukowcy publikujący głównie w języku polskim".
Organizatorzy nie pozwolili przemówić przedstawicielowi rodzin ofiar tej
zbrodni. I zabrakło polskich flag narodowych. Takie zachowania wynikają ze
strachu i braku poszanowania ludzkiej godności.
W twórczości literackiej poświęca Pan wiele miejsca stosunkom
polsko-ukraińskim. W tekstach publicystycznych wybrzmiewa jednocześnie niepokój
z powodu niechęci polskich władz do uznania rzezi wołyńskiej za ludobójstwo. W
jaki sposób nasze państwo powinno czcić pamięć Polaków – ofiar zbrodni na
Wołyniu?
– W książkach "Ukraiński kochanek", "Zdrada" i "Ślepcy idą do nieba" opowiadam o
wielkości i dramacie polskich Kresów, o obyczajach, kulturach, nacjach, językach
i religiach, a bohaterami są Polacy, Rusini – Ukraińcy, Żydzi, Ormianie,
Bojkowie, Cyganie, Niemcy, Rosjanie… Powieści te pozwalają lepiej zrozumieć
naszą zafałszowaną historię i nasze dziś. Chciałbym, by wiedza o Kresach była
powszechnie dostępna, ponieważ Kresy w najwyższym stopniu budowały przez wieki
polską tożsamość narodową. A najważniejsze dzieła Mickiewicza, Słowackiego,
Moniuszki, Szymanowskiego, Paderewskiego, Sienkiewicza, Makuszyńskiego, Schulza,
Mackiewicza i Herberta nadal są żywe w zbiorowej wyobraźni. Czczenie pamięci
ofiar należy do obowiązków państwa i jego instytucji. Powinna to być wielka
duchowa manifestacja jedności i odpowiedzialności za losy polskich obywateli, z
udziałem władz świeckich, duchownych i rodzin pomordowanych. Państwo ma
obowiązek dbać o groby, symbole i pomniki ofiar. Najwyższa pora, by polski
parlament nazwał zbrodnię kresową ludobójstwem i ustanowił 11 lipca Dniem
Pamięci Męczeństwa Kresowian. By władze w niedalekiej przyszłości zbudowały w
Warszawie pomnik pomordowanym i wzięły udział w budowie muzeum kresowego.
Wielką wagę przykłada Pan do nauczania historii i wskazywania właściwych
wzorców – "wielkich charakterów i nieustraszonych postaw". Kto współcześnie może
stać się dla nas inspiracją?
– W historii Polski nie brakuje godnych podziwu postaci. Bohaterstwo rodzi się w
głębi ludzkiej duszy. Bohaterami są ci, którzy w trudnych warunkach stają po
stronie miłości, prawdy, godności, wolności i sprawiedliwości. Nieustającą
inspiracją w budowaniu dobra wspólnego są: bł. Jan Paweł II, ks. Jerzy
Popiełuszko, ks. Piotr Skarga, Tadeusz Kościuszko, Józef Piłsudski, Janusz
Korczak, rtm Witold Pilecki, płk Ryszard Kukliński, Anna Walentynowicz, oraz
masowy ruch sprzeciwu "Solidarność". To są przykłady, jak być człowiekiem
prawym, odważnym i z charakterem. Jak się poświęcać dla rzeczy większych niż
nasz osobisty los. Tylko z takich postaw rodzi się dobro, a życie i świat
zyskują wymiar moralny.
Dziękuję za rozmowę.
Stanisław Srokowski urodził się w 1936 r. w miejscowości Hnilcze k. Podhajec
na Kresach Wschodnich, skąd został z rodziną wypędzony w 1945 roku. Zamieszkał
na ziemiach zachodnich. Absolwent polonistyki, animator kultury, działacz
"Solidarności". Ma w dorobku wiele tomików poetyckich i powieści, szczególne
uznanie w ostatnich latach zyskał sagą kresową: "Ukraiński kochanek", "Zdrada" i
"Ślepcy idą do nieba" (wszystkie tomy ukazały się w wydawnictwie Arcana).
