Kuleje tylko przetwórstwo

Polska może być europejskim liderem w hodowli ryb słodkowodnych

Należymy od lat do największych producentów ryb słodkowodnych. Moglibyśmy jeszcze lepiej wykorzystywać nasz potencjał, ale przeszkodą jest słabo rozwinięte przetwórstwo ryb. Jednak istnieją już firmy, które zwietrzyły w tym niezły interes i zaczęły inwestować w przetwarzanie ryb. Pomóc im w tym mogą także dotacje z funduszy unijnych.

W Unii Europejskiej obok Polski dużymi producentami ryb słodkowodnych są: Niemcy, Francja, Włochy i Hiszpania. Ale specyfika naszego kraju polega na tym, że aż jedną piątą ryb, które co roku spożywamy (prawie 100 tys. ton), stanowi karp. Bo trudno sobie wyobrazić Wigilię bez dań z tej ryby, choć nie brakuje też smakoszy zajadających się karpiem przez cały rok. Popularne na naszych stołach są także pstrągi, sandacze czy liny. Co ciekawe, w Polsce w porównaniu z innymi krajami ogromne znaczenie ma wędkarstwo. Na Zachodzie konsumenci kupują ryby niemal wyłącznie w sklepach, u nas mniej więcej 40 proc. łapią wędkarze na własne potrzeby lub na sprzedaż.

– Ale to oficjalne dane. Przecież wielu ludzi łowi ryby bez kart wędkarskich, nie są nigdzie zarejestrowani, to taka nasza szara strefa w rybołówstwie śródlądowym – tłumaczy Antoni Kurpiewski, właściciel kilku stawów hodowlanych. – Pomijam już kłusowników, którzy wszystkim, także mnie, dają się czasami we znaki – dodaje.

Dlatego, zdaniem Antoniego Kurpiewskiego, faktyczne połowy ryb słodkowodnych w Polsce trzeba oceniać nawet na 10-20 proc. wyższe niż oficjalne dane. Mimo wszystko przeciętny Polak zjada tylko 7-8 kg karpi czy pstrągów rocznie, co w porównaniu z innymi krajami jest niewielką liczbą. Tam ten wskaźnik przekracza nawet 20 kilogramów. A w naszym kraju działa przecież kilkanaście tysięcy gospodarstw rybackich, głównie prywatnych. Część jest prowadzona także przez różne związki i stowarzyszenia rybackie i wędkarskie, które mogłyby bez kłopotów zwiększyć produkcję. Ponadto nie brakuje terenów, aby budować stawy hodowlane, i już istniejących akwenów, które można zarybiać. Moglibyśmy wtedy zwiększyć także eksport ryb, choć akurat ta kwestia jest ściśle powiązana z przetwórstwem.


Nie chcą kupować żywych ryb


O tym, jak ważne jest przetwórstwo, przekonał się Stanisław Grzywacz, który prowadzi z bratem niewielkie gospodarstwo rybackie. Na razie mają niedużą produkcję, bo hodowla jest dopiero rozwijana. – Niedługo będziemy mieli spore zasoby sandacza i innych rzadszych ryb. Zaczęliśmy rozglądać się także za możliwościami sprzedaży ryb za granicę. Nawiązaliśmy pierwsze kontakty, ale niestety mało kto chce na Zachodzie kupować ryby żywe lub mrożone, wolą od razu przetworzone – mówi Stanisław Grzywacz.

Tymczasem przetwórni ryb słodkowodnych w Polsce mamy niewiele. Nie jest to wina właścicieli gospodarstw, lecz po prostu efekt naszych przyzwyczajeń kulinarnych. – Polacy lubią sami przyrządzać ryby, więc kupują je świeże, w innych krajach kupuje się już ryby przetworzone albo wręcz gotowe dania obiadowe, które wystarczy tylko włożyć do kuchenki mikrofalowej – tłumaczy restaurator Wanda Czyżniakowska. – Stąd też nie ma tam zapotrzebowania na nasze surowe ryby i mamy przez to ograniczone możliwości eksportowe – dodaje.

Tymczasem, jak podkreśla Wanda Czyżniakowska, podczas wielu zagranicznych wyjazdów, gdy miała okazję uczestniczyć w spotkaniach z tamtejszymi restauratorami, nieraz spotykała się z bardzo dobrymi opiniami o jakości naszych ryb. Ponieważ w Polsce hodowla odbywa się w znacznym stopniu jeszcze metodami ekologicznymi, a nie przemysłowymi, polskie ryby mają naturalny smak i aromat, co najbardziej cenią konsumenci. Mamy więc wszelkie dane ku temu, aby stać się europejskim potentatem w tej części sektora spożywczego. Trzeba tylko bardziej postawić na przetwórstwo.


Pomogą fundusze


Niektórzy przedsiębiorcy zwietrzyli w tym dobry interes i zaczynają inwestować w zakłady przetwarzające ryby słodkowodne. Teraz mają dodatkową szansę na zdobycie tak potrzebnych pieniędzy na inwestycje. Można bowiem skorzystać z funduszy unijnych na rybołówstwo, bo dotyczą one nie tylko sektora morskiego, ale także rybołówstwa śródlądowego. Dotacje można więc przeznaczyć np. na wędzarnie, linie technologiczne do produkcji konserw i innych przetworów lub na zakup specjalistycznego transportu do przewozu ryb i przetworów rybnych.

W przeciwieństwie do innych unijnych programów w zakresie sektora rolno-spożywczego do tej pory w dziale rybołówstwo nie wykorzystaliśmy znacznych kwot pieniędzy przeznaczonych jeszcze na lata 2004-2006. A przecież już niedługo będą też uruchamiane fundusze przewidziane na lata 2007-2013. Warto więc, aby przedsiębiorcy pofatygowali się do Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa i spróbowali sięgnąć po te dotacje. Trzeba przy okazji pamiętać, że i Bruksela chętnie patrzy na rozwój hodowli ryb słodkowodnych, bo tutaj nie trzeba się martwić o limity połowowe jak w przypadku dorszy czy innych ryb morskich.

Krzysztof Losz
drukuj