Kto rządzi Polską?

To pytanie nie jest absurdalne. Jeżeli przyjmiemy, że przeważająca część
obowiązującego w naszym kraju prawa rodzi się w Brukseli, należy przyjrzeć się
uważnie, jak rząd i większość parlamentarna wykorzystują pośrednie etapy
legislacyjne, by promować polskie interesy. Na podstawie frustrujących zmagań w
Komisji ds. Unii Europejskiej Sejmu wiem, że z tej roli całkowicie zrezygnowali
posłowie reprezentujący koalicję rządzącą. My, czyli PiS, nie zrezygnowaliśmy,
ale każda nasza, nawet najrozsądniejsza propozycja jest odrzucana w głosowaniu.
Politycy koalicji mają ułatwione zadanie – zawsze popierają stanowisko rządu. Na
dobrą sprawę nie muszą go nawet czytać, opanowali formułki typu: "Cieszę się, że
rząd…".

W roli potakiwaczy
Problem polega na tym, że w stanowiskach rządu dotyczących aktów legislacyjnych
UE na każdym kroku dostrzegamy poglądy wyrażane w "głównym nurcie" wspólnotowej
polityki, przede wszystkim przez Niemcy. Podczas debaty nad ratyfikacją zmian w
traktacie lizbońskim związanych z tworzeniem Europejskiego Mechanizmu
Stabilizacyjnego zadawałam premierowi Tuskowi pytania. Zainteresowało mnie jego
zachowanie w czasie, gdy trwały przygotowania do decyzji Rady Europejskiej z
marca 2011 roku, podczas której uruchomiono jednomyślną zmianę prawa pierwotnego
UE. Dokonano jej po raz pierwszy w historii Unii w uproszczonej procedurze tzw.
kładki, przewidywanej przez negocjatorów traktatów (należałam do nich) wyłącznie
do podejmowania nieznacznych zmian. Ekipa Tuska zgodziła się na to, by w takim
właśnie trybie, bez referendów i niewygodnych dyskusji dokonywane były zmiany
fundamentalne. Dodatkowo w przyjętych wnioskach Rady wprowadzono w EMS tryb
głosowania "odwróconą większością". Opozycja alarmowała wówczas opinię
publiczną. Pisał o tym jako o skandalu Jarosław Kaczyński w uzasadnieniu
rezygnacji z zasiadania w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego, krytykował Marian
Piłka, a także ja. W wyniku krytyki premier dwa dni po podjęciu decyzji
zapewniał, że trzeba się sprawie przyglądać, że nic przecież nie jest
przesądzone. Czy z premedytacją oszukiwał Polaków? A może Rady Europejskie po
prostu go nudzą i nie wie, jakie decyzje podejmuje? Tę ostatnią wersję wydarzeń
uważam za całkiem prawdopodobną. W opisywanej przeze mnie nowelizacji traktatów
w Unii Europejskiej trwała bardzo ożywiona debata. Znani politycy rozważali
zupełnie inne ścieżki legislacyjne. Zostało to zapisane w specjalnym załączniku
do raportu Parlamentu Europejskiego w tej sprawie. Ani Donald Tusk, ani jego
pretorianie wątpliwości nie zgłaszali. Szydzili z naszych obaw.
Po raz pierwszy przyjęta ostatecznie uproszczona procedura zmiany art. 136
traktatu została opisana w konkluzjach Rady Europejskiej, na którą Donald Tusk
pojechał w marcu 2010 roku, jeszcze za życia prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Nie
musiał już zabierać samolotu głowie państwa, czuwającej nad ciężko chorą mamą.
Czy premier, godząc się na zmianę traktatu tuż po jego podpisaniu, dopełnił
konstytucyjnego obowiązku współdziałania z prezydentem? Już nigdy się tego nie
dowiemy. Osobiście wątpię, żeby tak się stało, nie mam jednak dowodów na
prawdziwość swojego przypuszczenia.

Powtórka z rozrywki
I oto znów mamy unijne qui pro quo. Przebywałam w Waszyngtonie, kiedy w sobotę,
19 maja, wszystkie stacje telewizyjne pokazywały prezydenta Obamę witającego w
historycznej rezydencji Camp David przywódców świata na szczycie G8. G8,
zrzeszające USA, Japonię, Kanadę, Rosję, Wielką Brytanię, Niemcy, Francję i
Włochy, przerodziło się, przy obecności reprezentującego UE Hermana Van Rompuya,
w G9. Ciekawa jestem, czy reprezentując UE, wypowiadał się on na szczycie
również w imieniu Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji i Włoch. To tylko taka
ciekawostka współczesnej polityki.
Przez cały dzień nagłówki informowały o debacie na temat metod wyjścia z
kryzysu, a także o perspektywach wzrostu. Przecieki informowały o braku
konsensusu. Zmiana gospodarza Pałacu Elizejskiego przyniosła również zupełnie
inne akcenty w komunikatach, a także doniesienie, że debata znajdzie swój dalszy
ciąg na zwołanym pospiesznie na środę, 23 maja, nieformalnym szczycie UE. W
powrotnej drodze czytałam sążniste artykuły czołowych światowych gazet,
relacjonujące przedmiot i temperaturę sporu. W ten wielki świat wpadł
wyczarterowanym embraerem z cywilną załogą nasz premier. Sądząc z tekstu
zaproszenia opublikowanego na stronach Rady, debata zapowiadała się ciekawie. W
agendzie tematów, prócz metod pokonania kryzysu, zainicjowania zrównoważonego
wzrostu, Aktu Jednolitego Rynku, była sprawa Grecji, efektywność energetyczna,
przegląd zobowiązań narodowych wynikających z Paktu Euro Plus, pogłębienie unii
gospodarczej i walutowej, konsolidacja fiskalna. Żadne z tych zagadnień nie
powinno być nam obojętne, ich ostateczny kształt wpłynie na przyszły dobrobyt
Narodu. Moją uwagę zwrócił fragment dotyczący Europejskiego Semestru, "sześciopaku"
i europejskiego podatku od transakcji finansowych. Wszystkie te projekty,
zbliżające nas gwałtownie do przyjęcia wspólnej waluty euro, są dziełem polskiej
prezydencji. I szkodzą nam, naszej suwerenności. Wyłączna kompetencja Polski
jako państwa członkowskiego UE w dziedzinie nakładania podatków jest zapisana w
Konstytucji RP, a także w funkcjonujących dotychczas traktatach UE.
W programie ujęto również dyskusję nad polityką spójności w kontekście lepszego
wykorzystania środków w dobie kryzysu. My wpłacamy składkę, ale najlepiej będzie
wykorzystana w Holandii, bo tam potrafią przygotowywać projekty unijne. Odejście
od zasady czystej kohezji, wyrównywania szans i potencjałów to genialny
wynalazek obecnej Komisji. Bez tego wielcy nie zechcą płacić, jak powiedział w
Sejmie komisarz Janusz Lewandowski, ogłaszając wielki sukces polskiej
dyplomacji.
Herman Van Rompuy zachęcał do ożywionej i szczerej debaty. Donald Tusk do
Brukseli poleciał, nie wiemy, czy zabierał głos, wyjechał wcześniej, bo, jak
powiedział: "Znam konkluzje". Mogą je więc przyjąć bez niego. Podobno piloci nie
mogli dłużej zostać. W zasadzie przecież można zaoszczędzić paliwo. Wystarczy
upoważnić kogokolwiek – Hermana Van Rompuya lub Angelę Merkel, do
reprezentowania nas. To oczywiście ponury żart, z całą pewnością na sali
zastąpił go charge d´affaires lub Piotr Serafin, nowy wiceminister MSZ
odpowiedzialny za sprawy europejskie. Takich rzeczy nie należy jednak robić.
Pamiętam, jak w 2006 roku w ostatniej chwili doszło do przeredagowywania
konkluzji w gronie 50 osób. Prezydent Lech Kaczyński twierdził wówczas, że po
raz pierwszy zdarzyło mu się coś podobnego, i świadczyło to o prawdziwej
niesprawności UE.
Zadaję sobie pytanie, czy zebranym w Brukseli polskim dziennikarzom przyszło do
głowy wykonanie demokratycznej kontroli władzy, odpytanie premiera, czy
rzeczywiście "zna konkluzje". Porównanie jego wiedzy z ostatecznym tekstem
dokumentu. To moja bezinteresowna rada, warto ją wykorzystać.

 

Anna Fotyga,
poseł na Sejm RP (PiS)

 


Autorka w latach 2006-2007 była ministrem spraw zagranicznych w rządach PiS,
w latach 2007-2008 – szefową Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

drukuj