Kto pierwszy po Tusku?
Jeszcze do niedawna sytuacja wewnętrzna w Platformie Obywatelskiej
wydawała się klarowna i w miarę stabilna: działała silna frakcja Grzegorza
Schetyny oraz mocno wpływowa grupa zwana spółdzielnią Cezarego Grabarczyka.
Ponadto wielu ze znaczących polityków nie wiązało się z żadnym skrzydłem,
próbując budować swoją pozycję na kontaktach z premierem Tuskiem. W tej chwili
jednak ten podział już traci na znaczeniu, a rodzą się nowe. Z każdym miesiącem
wewnętrzna rywalizacja będzie przybierać na sile. Dlaczego?
Otóż wśród posłów i senatorów PO, jak również wśród członków partii niższego
szczebla panuje przekonanie, że rzeczywiście druga kadencja Tuska na fotelu
premiera będzie ostatnią. Część osób, z którymi rozmawialiśmy, jest przekonana,
że Donald Tusk w 2015 roku wystartuje w wyborach prezydenckich, a ponieważ w tym
samym roku będziemy wybierać także Sejm i Senat, będzie to znakomita okazja do
zmiany miejsca urzędowania przez przewodniczącego Platformy Obywatelskiej. Ale
wielu działaczy jest również przekonanych, że Tusk może znacznie wcześniej
opuścić fotel premiera i szefa partii. Miałoby to się stać w 2014 roku, gdy po
wyborach do Parlamentu Europejskiego będzie także wybierana nowa Komisja
Europejska, a Tusk miałby zostać jej przewodniczącym.
– Oczywiście nasz przewodniczący nie ma obiecanego tego stanowiska, ale za kilka
lat sytuacja może być bardziej klarowna i dobre skutki przyniesie aktywność
europejska premiera Tuska – wyjaśnia nasz rozmówca. Dlatego premierowi zależy na
tym, aby Polska była odbierana jako kraj będący w awangardzie procesów
integracyjnych w Unii Europejskiej, zaangażowany mocno w ratowanie euro i
unijnych finansów. To, a zwłaszcza dobre kontakty z Niemcami, ma dawać nadzieję
na zdobycie przez Tuska upragnionego fotela przewodniczącego KE. Dlatego jego
aktywność w Brukseli na pewno nie będzie malała, a wręcz rosła. Dlatego też
premier będzie przekonywał, że uratowanie euro jest konieczne i że jak wspólna
waluta pokona kryzys, to Polska na pewno przyjmie euro. – Donald Tusk wie, że
jeśli nie będzie składał takich deklaracji, to o urzędowaniu w Brukseli nie ma
co marzyć, bo większości krajów strefy euro zależy na tym, aby to polityk z ich
klubu szefował KE albo przynajmniej reprezentował państwo, które wkrótce
przyjmie euro – wyjaśnia osoba z kancelarii premiera. Ale wpływowy polityk PO
podkreśla, że obojętnie, czy zrealizuje się pierwszy, czy też drugi scenariusz,
w jego partii już trwają przedbiegi do walki o schedę po Tusku. I niekoniecznie
rywalizacja musi się rozegrać między Cezarym Grabarczykiem a Grzegorzem
Schetyną.
Grabarczyk, Kopacz i Nowak
Jak tłumaczy nam jeden z posłów PO z Mazowsza, patrząc z boku, można odnieść
wrażenie, że górą jest teraz Grabarczyk. Co prawda nie odszedł z rządu w miłej
atmosferze, ponieważ szef resortu infrastruktury był najczęściej krytykowanym
ministrem w poprzednim rządzie Tuska, jednak Cezary Grabarczyk został
wicemarszałkiem Sejmu. Natomiast jego główny rywal o wpływy w PO Grzegorz
Schetyna nie tylko nie zachował fotela marszałka Sejmu, ale także nie wszedł do
rządu i cała Polska była świadkiem upokorzenia byłego najbliższego sojusznika i
współpracownika Donalda Tuska.
– Ale nasz przewodniczący wcale nie postawił Grabarczyka na piedestale. Prawdę
mówiąc, jego awans to taki "kop w górę". Dostał on takie niby prestiżowe
stanowisko, ale wiadomo, że teraz to pozycja innych polityków będzie w
hierarchii partyjnej rosła, a jego malała – mówi poseł. Wskazuje zarazem, że
ludzie w partii też widzą, skąd wieją wiatry, i część działaczy swoją przyszłość
wiąże np. z marszałek Ewą Kopacz. – Co prawda nie sądzę, aby Ewa była w stanie
zbudować nową potężną "spółdzielnię", bo nie ma ku temu charyzmy ani zdolności
organizacyjnych, ale na pewno pani marszałek będzie osobą, której rola w
Platformie będzie systematycznie rosła – mówi działacz PO z Radomia, okręgu
wyborczego Ewy Kopacz. – Bo na nią postawił Donald Tusk i to ma decydujące
znaczenie – precyzuje polityk.
Z kolei jeden z posłów, uważający się za sympatyka Cezarego Grabarczyka, próbuje
nas przekonać, że możliwy jest ścisły sojusz marszałka i wicemarszałka Sejmu. I
wyjaśnia, że samodzielnie ani Grabarczyk, ani Kopacz nie są w stanie przejąć
pełnej kontroli nad Platformą, ale już łącząc siły, mają na to spore szanse. –
Gdy Czarek atakował Grzegorza Schetynę, to w ostatnim czasie zawsze mógł liczyć
na wsparcie poseł Ewy Kopacz. Ponadto, co jest jeszcze ważniejsze, marszałek
Sejmu to druga osoba w państwie, więc w naturalny sposób staje się jednym z
liderów Platformy – podkreśla nasz rozmówca. Jego zdaniem, w takim układzie za
kilka lat mogłoby dojść do podziału władzy, bo jedna z osób tego duumwiratu
zostałaby premierem, a druga – marszałkiem Sejmu. Ale o sojuszu Grabarczyk –
Kopacz w PO na razie nie słychać. Powód? Przede wszystkim politycy są
przekonani, że Kopacz nie zrobi niczego bez wiedzy i zgody Tuska, a ten na razie
jest przeciwny wszelkim wewnętrznym ruchom, gdyż ma ważniejsze sprawy na głowie
niż partia. Inny z naszych rozmówców przekonuje, że możliwy jest jeszcze szerszy
sojusz z udziałem prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz, która ma także
spore ambicje, ale i świadomość, że jej pozycja nie jest na tyle mocna, aby
mogła działać samodzielnie. – Tylko czy dwie kobiety na szczytach władzy się
dogadają? – zastanawia się jedna z parlamentarzystek PO.
Duże ambicje ma również minister transportu, budownictwa i gospodarki morskiej
Sławomir Nowak, który wrócił do rządu po tym, jak został zdymisjonowany przez
Tuska po wybuchu afery hazardowej. Pracując w kancelarii premiera, był uważany
za jednego z najbliższych współpracowników Tuska i rywala Grzegorza Schetyny.
Teraz jednak Nowak rozumie, że to, czy odniesie sukces w partii, będzie zależeć
od jego sukcesów w ministerstwie. A zadanie ma bardzo trudne. Ponieważ Tuska
irytowały niespełnione obietnice Cezarego Grabarczyka i takie jego megawpadki,
jak paraliż na kolei po wprowadzeniu w 2010 roku nowego rozkładu jazdy, co
kosztowało PO utratę części głosów elektoratu, również nowy minister jest pod
czujną obserwacją premiera. Z tego powodu Sławomir Nowak tak skrupulatnie
pilnował nowego rozkładu jazdy na kolei, choć nie miał w praktyce wpływu na jego
kształt. Dlatego Nowak nie czaruje rzeczywistości, tylko zawczasu otwarcie i
szczerze mówi premierowi i opinii publicznej o tym, że nie uda się wybudować na
czas kluczowych odcinków autostrad, że nie ma pieniędzy na Kolej Dużych
Prędkości (Warszawa – Łódź – Poznań – Wrocław, czyli tzw. projekt "Y") ani na
Centralny Port Lotniczy, który miał być budowany między stolicą a Łodzią. I nic
dziwnego, że od razu Nowak stał się rywalem Grabarczyka, bo akurat o obu tych
bardzo kosztownych projektach obecny wicemarszałek Sejmu bardzo lubił mówić, te
inwestycje miały być niejako jego znakiem firmowym. Grabarczyk przez moment
drżał też o los innej dużej inwestycji – przebudowy dworca kolejowego Łódź
Fabryczna, co ma kosztować prawie 2 mld złotych. Wydawało się, że ponieważ Nowak
zarzuca projekt KDP, to i dworzec nie będzie potrzebny. Ale inwestycja będzie
kontynuowana. Tym niemniej Grabarczyk nie odmówił sobie przyjemności, aby
wypomnieć Sławomirowi Nowakowi, że odrzucenie projektu kolejowego i lotniskowego
stoi w sprzeczności z naszymi unijnymi zobowiązaniami. – W projekcie
rozporządzenia Komisji Europejskiej KDP jest wpisana na listę projektów
kluczowych. Czyli jest rozbieżność między stanowiskiem ministra Nowaka i Komisji
– uważa Cezary Grabarczyk. Zresztą ma on świadomość, że Nowak będzie prowadził
swoją politykę w taki sposób, aby się odciąć od "dziedzictwa" poprzednika, co
tym bardziej nie nastraja obu panów do współpracy.
– Sławomir Nowak ma nadzieję, że jak się sprawdzi na ministerialnym fotelu i na
tym trudnym polu osiągnie wyraźne sukcesy, to wtedy Tusk sam może go namaścić na
swojego następcę. Z tego powodu Nowak zapędził do roboty swoich urzędników.
Chodzi głównie o to, aby już bez żadnych niespodzianek były realizowane
wszystkie inwestycje drogowe i kolejowe, a ponadto aby szybko przygotować
projekty inwestycji infrastrukturalnych, gdy zaczniemy realizować zadania z
unijnych dotacji na lata 2014-2020 – mówi poseł PO. – Przecież minister dał już
nieraz dowody swojej bezgranicznej lojalności wobec Tuska, a nawet służalczości.
Teraz musi udowodnić, że ma kwalifikacje do zajmowania wyższych stanowisk. Samo
lizusostwo to za mało – podkreśla nasz rozmówca.
Nie skreślać Schetyny
Ale działacze Platformy Obywatelskiej są przekonani, że ostatniego słowa nie
powiedział także Grzegorz Schetyna. Nie został co prawda członkiem rządu (a po
wyborach przebąkiwano nawet, że będzie wicepremierem), Tusk go wręcz ośmieszył,
ale Schetyna nie dał się sprowokować, przetrzymał upokorzenie i pozostał w
partii. Teraz ma zaś czas, aby spokojnie odbudowywać dawne wpływy wśród
platformersów. Na pewno tzw. skrzydło konserwatywne w PO znacznie by się
wzmocniło, gdyby sukcesem zakończyła się bardzo trudna misja ministra
sprawiedliwości Jarosława Gowina. Paradoksalnie na korzyść Schetyny ma działać
ewentualne pogorszenie się sytuacji finansów publicznych i kłopoty w koalicji z
PSL. Gdyby bowiem Donald Tusk musiał bliżej współpracować z SLD, potrzebny mu
będzie silny człowiek, bo szef rządu obawia się Leszka Millera, a konkretnie
jego politycznego cwaniactwa i doświadczenia. Ponadto Schetyna już w poprzedniej
kadencji znajdował łatwo polityczny wspólny język z SLD. – On dobrze odrabia
zadane lekcje i wie, że może znowu coś znaczyć w PO, ale tylko przy Tusku.
Porzucił, przynajmniej na razie, pomysł sojuszu z prezydentem Bronisławem
Komorowskim, bo to się nie sprawdziło. Ponadto cechą Schetyny jest cierpliwość,
a to może mieć decydujące znaczenie w przyszłych układankach personalnych w PO –
mówi osoba z kancelarii premiera. Co więcej, niektórzy nasi rozmówcy są
przekonani, że Schetyna będzie szukał nowych sojuszników i jeśli zajdzie taka
potrzeba, to być może dogada się nawet ze Sławomirem Nowakiem, z którym raczej
dotąd toczyli wojny, niż zawiązywali sojusze. Jeśli jednak Nowak nie dogada się
ze "spółdzielcami", może być skazany na powściągnięcie swoich ambicji i
porozumienie ze Schetyną. Obaj musieliby oczywiście zapomnieć o dawnych urazach,
co w polityce nie jest rzeczą niemożliwą.
Co ciekawe, w Platformie raczej nikt nie wierzy w to, że o wpływy w partii i
rządzie mógłby powalczyć minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, choć
ten akurat teraz jest wyjątkowo aktywny na arenie międzynarodowej. Ale Sikorski
nie jest lubiany wśród działaczy i nie ma nawet własnej grupy, która mogłaby go
popierać. Co nie znaczy, że nie ma swoich ambicji, ale to już jest odrębne
zmartwienie dla Tuska i PO
Krzysztof Losz
