Książę Niezłomny
Zmarł Jerzy Narbutt. Umysł niezależny i prawdziwie osobny. Pisarz
niezwykły, wybitny i zarazem nieznany, a nawet – jak sam pisał o sobie –
"skrupulatnie przemilczany".
Na jego dramatycznej biografii, która właściwie stanowi gotowy scenariusz filmu
sensacyjnego, silnie odcisnęła się historia Polski XX wieku. Historia stanowiła
też jeden z najważniejszych tematów jego pisarstwa.
Urodził się w roku 1925 w Warszawie w rodzinie ziemiańskiej, pochodzącej z
Kresów dawnej Rzeczypospolitej. Jego dziad walczył w Powstaniu Styczniowym,
ojciec był przed I wojną światową redaktorem naczelnym "Tygodnika Wileńskiego".
Matka Stanisława pochodziła z książęcego rodu Glińskich. Z domu rodzinnego
wyniósł miłość do książek, przywiązanie do "nieprogramowego", jak pisał,
patriotyzmu.
Jerzy Narbutt pamiętał o swych korzeniach. Pisał z czułością o swojej rodzinie,
był strażnikiem wartości, w imię których stawali jego przodkowie. Na przykład,
polemizując ze Stanisławem Stommą w obronie Powstania Styczniowego czy broniąc w
latach 70. w doskonałym eseju Henryka Sienkiewicza, atakowanego przez Jerzego
Andrzejewskiego. Bronił też Narbutt dorobku II Rzeczypospolitej, w której minęło
mu dzieciństwo, czuł się mocno związany ze swoim pokoleniem, generacją Kolumbów.
Stąd zrozumienie, z jakim pisał o Bogdanie Ostromęckim czy – starszym ledwie o
rok – Zbigniewie Herbercie. "Byli wesołymi smakoszami życia", pisał o swoich
rówieśnikach, wskazując, że to nie Conrad, ale Słowacki był ich, a więc i jego,
patronem.
W swoich arcyciekawych wspomnieniach "Wyrzucony na brzeg życia" podkreślał też,
iż należał do pokolenia "poparzonych", a w innym miejscu określił siebie mianem
"człowieka tonącego". Chodzi o kataklizm, jakim była najpierw II wojna, a potem
komunistyczna okupacja Polski. Narbutt nigdy nie miał złudzeń co do komunizmu,
zawsze był jego przenikliwym i odważnym przeciwnikiem. Nie zgadzał się też na
żadne z komunizmem, a zwłaszcza z komunistami, kompromisy. Po zakończeniu II
wojny światowej przez sześć lat ukrywał się przed poborem do wojska, potem
został w 1953 r. aresztowany i uwięziony, znowu się ukrywał, by do 1959 r.
prowadzić… kiosk na Poczcie Głównej w Warszawie.
Debiutował bardzo późno, bo w roku 1957, a więc gdy miał 32 lata, na łamach
"Tygodnika Powszechnego". W piśmie Jerzego Turowicza publikował przez dłuższy
okres, pozostając cały czas, jak wspominał, w wewnętrznej opozycji wobec jego
linii politycznej. W pewnym momencie współpraca została zresztą zerwana. Po
latach oceni postawę "Tygodnika" jako "obrzydliwą".
Kolejnym istotnym momentem w biografii Jerzego Narbutta były lata 70. Po
podpisaniu w 1975 r. "Listu 59", krytykującego poprawki do Konstytucji
proponowane przez partię komunistyczną, został objęty całkowitym zakazem druku.
Do sierpnia 1980 r. jego teksty pojawiały się już tylko na łamach prasy
podziemnej, "Zapisu", "Spotkań", "Opinii". Po zwycięskim Sierpniu nazwisko i
twórczość Narbutta na moment wracają do obiegu "legalnego", popularność przynosi
mu zresztą pieśń "Solidarni", do której pisze słowa, a która stanie się hymnem
"Solidarności". Po wprowadzeniu stanu wojennego, w obawie przed internowaniem
(był m.in. członkiem Komitetu Obrony Więzionych za Przekonania przy NSZZ
"Solidarność"), ukrywał się w klasztorach Kapucynów w Serpelicach i w
Lubartowie. Na jednym ze zdjęć z tego okresu widzimy go ubranego w zakonny
habit.
Zdawało się, że po roku 1989 nadejdzie dobry czas dla ludzi takich jak Narbutt.
Złudzenie! W swoich precyzyjnych, błyskotliwych, niezwykle erudycyjnych
felietonach drukowanych na łamach "Ładu", "Naszej Polski", "Tygodnika
Solidarność", zbieranych potem w tomach takich jak "Uciec z wieży Babel" czy
"Awantury polemiczne", nie ukrywał swego krytycyzmu wobec procesów zachodzących
w polskiej polityce i kulturze. Szedł pod prąd modnych czy też poprawnych opinii
i ocen. Jak bardzo? Proszę przeczytać jego uwagi o Szymborskiej, Gombrowiczu,
"Tygodniku Powszechnym", KOR albo Herbercie. Na pewno nie była to dobra
przepustka na literackie salony. Wiedział o tym doskonale sam Jerzy Narbutt.
"Nie byłem swój", pisał, dodając od razu: "Ale w walce o prawdę warto być źle
widzianym". Gdzie indziej dodawał, pisząc o swym pokoleniu: "Walka o wolność –
bez względu na doraźne wyniki – nigdy nie jest pozycją straconą".
Obfita felietonistyka i eseistyka Narbutta stanowiła ważną, ale chyba nie
najważniejszą część jego literackiego dorobku. Jest w nim przecież powieść
"Ostatnia twarz portretu", uznawana przez wielu za arcydzieło. Są liczne
znakomite nowele i opowiadania wydane w takich zbiorach, jak: "Debiut", "W
mieście wesele", "Z ziemi polskiej, z ziemi włoskiej". Jest też szczupły, a
przecież bardzo piękny zbiorek "Trochę wierszy". Są dramaty, wspomnienia, a
nawet tom o polskiej prozie historycznej. Wraca w nich próba wytłumaczenia sensu
naszej narodowej historii, wraca wspomniany gest obrony wartości "bezbłędnych
wzruszeń", takich jak: patriotyzm, heroizm, odwaga, wierność, ojczyzna, Bóg,
wraca wreszcie zachwyt nad ciągle zagrożonym pięknem świata i kultury. Był w
swoim pisaniu "zimnych szkół niepojętnym uczniem", a więc, jak zauważył celnie
Jerzy Biernacki, "nietradycyjnym tradycjonalistą", trochę uczniem Norwida i
Słowackiego, zwracającym uwagę poetyckością i muzycznością swojej prozy, a nade
wszystko prostą mądrością. Jak chociażby w wierszu "Zamiast testamentu", w
którym pisał:
nie
nie nade mną
nad małodusznością
nad skąpstwem swoim
nad duszą zbyt piękną
nad wielkim strachem o swą małą wiarę
płacz
Dr hab. Maciej Urbanowski
Autor jest historykiem literatury polskiej, pracownikiem naukowym
Uniwersytetu Jagiellońskiego.
