Kosztowny koniec wielkiej mistyfikacji
Nie przesadzając, można stwierdzić, że wydarzenia ostatnich dni, a przede
wszystkim bezprecedensowa deprecjacja złotówki wobec innych walut, spadek
indeksów giełdowych oraz ucieczka do walut "bezpiecznych", którą jest już tylko
frank szwajcarski, obnażyły żałosny stan wiedzy publicznej o gospodarce jako
całości i nie tylko. Być może jeszcze nie w pełni rozumiemy to, co się wokół nas
dzieje, ale przynajmniej zaczynamy się domyślać – a to już dużo.
Oczywiście niezbyt interesują nas raczej egzotyczne problemy, którymi żyją
zarówno wielkie centra finansowe, jak i giełdy rządzące kondycją głównych walut,
a także myśli polityków najważniejszych państw świata. Nie miejmy złudzeń: ich
sprawy są dla nas równie odległe jak nasze dla nich. W tamtym światku kondycja
złotówki jest czymś zupełnie nieważnym, zresztą jak chyba większość naszych
problemów. Jest również pewne, że nikt nie doprowadzi do "bankructwa" głównego
dłużnika będącego jednocześnie jednym z najważniejszych rynków zbytu, choć jest
i będzie wielu chętnych, aby "zagrać" na amerykańskich kłopotach. Tu tak
naprawdę nie ma istotnych sprzeczności interesu, bo obecny świat chyba już nie
umie żyć bez emitowania kolejnych bilionów USD, które następnie "inwestuje się"
w skarbowe papiery wartościowe tegoż emitenta. Złośliwie przypomnę, że jeszcze
do niedawna u nas prawie wszyscy powtarzali bzdury o "druku pustych pieniędzy".
Szczęśliwie dla swojego kraju ludzie rządzący za oceanem wiedzą coś więcej na
temat źródeł, z których współcześnie biorą się pieniądze.
Fiasko "zgodnych opinii"
Nasze problemy są inne, choć to nie oznacza, że prostsze. Nasze podwórko jednak
też się zmienia. Sądzę, że na lepsze, bo po raz pierwszy w tzw. przestrzeni
publicznej powstała pustka po czymś, co nazwałbym, posługując się modnym
językiem, zbiorową mistyfikacją. Co prawda jej twórcy tak szybko nie zamilkną,
ale przecież i tak chyba nikt już im nie wierzy. Zresztą zjawisko, o którym
mówię, nie jest czymś przesadnie oryginalnym. Odkąd pamiętam, w owej przestrzeni
niepodzielnie królowały "bezsporne tezy" czy inne "zgodne opinie", które wszyscy
lub prawie wszyscy powtarzali jako tzw. rzeczy oczywiste. A potem ci sami ludzie
ze wstydem porzucali swoje kategoryczne przekonania, chcąc o nich możliwie
najszybciej zapomnieć. Dać przykład? Niech będzie z innej beczki. Całe pokolenia
wyrastające w poprzednim wieku żyły w przekonaniu, że istnieją jakieś
"obiektywne" procesy historyczne, które musiały (!) doprowadzić do rewolucji
będących (jakoby) oczywistym następstwem "sprzeczności klasowych". Dziś już
nawet wiemy, kto i po co wymyślił, a następnie przeprowadził przed prawie stu
laty tę operację, którą nazwano później nawet "wielką". I ze smutkiem przychodzi
nam stwierdzić, że można zmienić historię pod warunkiem skutecznego połączenia
długotrwałej akcji medialnej i odpowiednio dużych środków, które przekazano do
dyspozycji "rewolucjonistom". Co prawda również nasza historia ostatniego
stulecia jest nieprzypadkowym owocem tych działań, a słynny już bakcyl
rewolucyjnej dżumy zabił także tych, którzy go wyhodowali. Ale to tak na
marginesie.
Gdy wyłączymy trzeźwy osąd
Myśl, którą pragnę przekazać, jest następująca: przez długie lata trzeźwy osąd
jakiegoś zdarzenia można trwale zastępować zbiorem półprawd lub zwykłych
kłamstw, które w dodatku "nie podlegają dyskusji". Szczęśliwie nie trwa to
wiecznie i to jest czymś nieco optymistycznym. Dziś zażenowanie budzi samo
wspomnienie słów, które powtarzaliśmy o naszej rzeczywistości gospodarczej.
Przecież jeszcze pamiętamy nieznoszące sprzeciwu poglądy, że nasza złotówka jest
silna, bo równie silne są jakieś tam "fundamenty naszej gospodarki" (ciekawe, co
to takiego?). Teraz wiemy, że kiedy zupełnie nieznani nam "inwestorzy" zaczynają
pozbywać się słabnącego euro, to równocześnie wyrzucają do kosza naszą walutę, a
my nie mamy tu nic do gadania. Przez tyle lat pokutował w naszej zbiorowej
świadomości pseudomarksistowski pogląd, że to jakieś "radykalne reformy"
decydują również o tym, ile musimy płacić w złotówkach np. za franka
szwajcarskiego. Równie głupio czujemy się, gdy czytamy nie tak stare komentarze
na temat prowadzonej w naszym kraju "restrykcyjnej polityki pieniężnej",
chroniącej ponoć naszą złotówkę przed deprecjacją. Ciekawe, czy dziś ktoś odważy
się to powiedzieć wszystkim kredytobiorcom, którym długi we "frankowych
kredytach" wzrosły już o drugie tyle?
Niebezpieczne cięcia
Odchodzi w przeszłość złudne przekonanie, że przynajmniej debata publiczna na te
tematy jest prowadzona w uczciwy sposób, bo mylić się jest rzeczą ludzką. Jeżeli
byłoby cokolwiek z prawdy w tych do niedawna oczywistych poglądach, to skąd
wziął się dług publiczny, którego obiektywnie nie jesteśmy w stanie spłacić?
Przecież od lat redukuje się wydatki publiczne, doprowadzając do dewastacji nie
tylko resztki infrastruktury pozostałej po poprzednich epokach, ale również
sprowadzając funkcje naszego państwa do żałosnych rozmiarów. Jeśli niesprawny
wymiar sprawiedliwości, który szczęśliwie skazał przynajmniej część przestępców
za popełnione czyny, nie ma dla nich miejsca w przepełnionych więzieniach, to
czy "tnąc wydatki publiczne", nie przekroczyliśmy już granic absurdu? Państwo
demokratyczne jest obiektywnie jednym z najdroższych sposobów rządzenia, bo
wymaga sfinansowania wielu pozornie zbędnych instytucji, które w dodatku
działają powoli i raczej niesprawnie. A na to potrzeba dużo, nawet bardzo dużo
pieniędzy. Jeśli przez lata udało się wmówić nawet politykom (nam przecież też),
że ich głównym zadaniem jest "zmniejszać wydatki", bo są "nierozwojowe", to w
efekcie nasze państwo musi wyglądać tak, jak je na co dzień postrzegamy. Nie
dość że jest niesprawne, to w dodatku oferuje nam niewiele więcej niż
wszechobecne dziadostwo.
Cztery "silne złotówki" za franka
A przecież tak naprawdę wiemy, że trzeba było robić coś zupełnie odwrotnego:
chronić podatników płacących podatki (zamiast ich "restrukturyzować"), zbierać
możliwie najwięcej pieniędzy i finansować z nich wszystko to, co jest nam
potrzebne, a może powstać i funkcjonować tylko dzięki środkom publicznym. Rolą
polityków, przynajmniej tych z "dobrej bajki", nie jest powtarzanie
obowiązujących nonsensów, lecz zwykłe, gospodarskie traktowanie spraw, które są
ważne dziś i na bliższe lub dalsze jutro, czyli, najprościej mówiąc, zbieranie
(a nie pożyczanie) pieniędzy, a potem racjonalne ich wydawanie, bynajmniej nie
tylko po to, aby dać zarobić swojej klienteli politycznej.
Wiem, że to, co mówię, jest tak naiwne, iż może budzić złość. Na tak pojmowaną
politykę nie ma miejsca w czasach, gdy wierzy się w zabobony typu "podatek
liniowy". Oczywiście to tylko przykład, ale właśnie naszą zbiorową świadomość
szczelnie wypełniono czymś, co odebrało nam nie tylko zdolność racjonalnego
działania, lecz nawet zdiagnozowania otaczającego nas świata.
Mam nadzieję, że gdy za jednego franka przychodzi nam płacić już ponad cztery
"silne złotówki", to może ten kubeł zimnej wody przyniesie otrzeźwienie. Chyba
nawet tak jest, bo już niewielu "głównych ekonomistów" zatrudnionych w nobliwych
instytucjach raczy nas swoimi przemyśleniami. Dobre i to. Może wreszcie
zaczniemy widzieć rzeczy takimi, jakimi są. Bez żalu żegnamy się z odchodzącą
epoką, szkoda tylko, że dopiero teraz.
Mamy niewielką szansę
Czy pozbycie się tak wielu do niedawna "oczywistych tez" oznacza, że zmieni się
wreszcie coś w praktycznych działaniach naszej władzy? Być może. Pozwolę sobie
więc na sformułowanie tych problemów, których rozwiązanie będzie – przynajmniej
dla mnie – sygnałem, że jednak trochę zmądrzeliśmy. Zaliczam do nich:
– zaprzestanie ciągłego "upraszczania" opodatkowania dochodów z pracy, gdyż
dotychczasowe "osiągnięcia" na tym polu doprowadziły do tego, że pracownicy są
najbardziej dyskryminowaną podatkowo grupą społeczną, a pracodawcom najmniej
opłaca się właśnie zatrudniać ludzi;
– ustawowe wyeliminowanie lub co najmniej istotne ograniczenie oferowanych przez
instytucje finansowe, w tym zwłaszcza banki, tzw. ryzykownych usług, a zwłaszcza
ryzykownych kredytów, gdzie wielkość długu zależy od zdarzeń losowych. Jest dla
mnie zupełnie niepojęte, dlaczego ktoś jeszcze nazywa "frankowymi" kredyty,
które są udzielane i spłacane w złotówkach, a teraz na mocy ustawy spreadowej
kredytobiorcom daje się "przywilej" ich spłaty w drożejących do absurdalnej
wysokości frankach: przecież to są dopiero pierwsze franki, jakie pojawią się w
tych transakcjach;
– wyeliminowanie wpływu na kształt naszego prawodawstwa rządzącego nim od dawna
biznesu konsultingowego, który pisze dla siebie "przepisy optymalizacyjne"; to
właśnie w wyniku ich działań do budżetu wpływało w ciągu ostatnich lat coraz
mniej pieniędzy, a przecież od nich dziś (i jutro) zależy stan naszego państwa.
Mam nadzieję, że ktoś nie tylko dostrzeże wagę tych problemów, lecz również
podejmie się ich rozwiązania. Mamy szansę, choć wciąż niewielką.
Prof. Witold Modzelewski
Autor jest profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, prezesem Instytutu Studiów
Podatkowych.
