Kontrolerzy sami się zdiagnozowali

Raport Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego dotyczący przyczyn katastrofy
Tu-154M nie wyjaśnia, na jakiej podstawie osoby znajdujące się na wieży
kontrolnej lotniska Siewiernyj zostały dopuszczone do służby. Rosjanom nie
przeszkadza nawet, że kontrolerzy mogli dokonać autodiagnozy stanu swego
zdrowia, a polskie uwagi w tym zakresie zostały przemilczane.

Według ustaleń MAK, 10 kwietnia 2010 r. o godz. 5.15 KL (kierownik lotów) płk
Paweł Plusnin został dopuszczony do kierowania lotami przez lekarza dyżurnego
punktu opieki medycznej (JW 06755). Nieco później, bo o 6.50, ten sam punkt
medyczny zadecydował o dopuszczeniu do służby KSL (kierownik strefy lądowania)
Wiktora Ryżenki. MAK przyjął te ustalenia za dogmat i bez komentarza przeszedł
obok zeznań Ryżenki, który przesłuchiwany przez prokuratorów Federacji
Rosyjskiej 10 kwietnia 2010 r. w godz. 14.00-16.00 oświadczył, że punkt medyczny
rano był zamknięty, a zarówno on, jak i Plusnin odbyli badania ok. godziny 7.00.
KSL wprost zeznał: "Samopoczucie moje w dniu 10 kwietnia 2010 roku było dobre.
Około godziny 7-mej tego dnia ja i Plusnin odbyliśmy badanie lekarskie w punkcie
zdrowia Jednostki Wojskowej 06755". Co więcej, w tym miejscu polskich akt
znajduje się istotna uwaga tłumacza: przed słowem "odbyliśmy" dodane jest słowo
"nie". Jest też informacja o skreślonej frazie "w wyniku, którego stwierdzono,
iż jestem zdrowy". Potem tłumacz wyjaśnił: "słowa skreślone są skreślone w
oryginale protokołu". KSL dalej twierdził, że "ponieważ w punkcie zdrowia nikogo
nie było, ale, jak już powiedziałem, moje samopoczucie było dobre i nic nie
stało na przeszkodzie, abym ja mógł wykonywać swoje obowiązki służbowe".
Strona polska wytknęła MAK, że stwierdzenie dotyczące czasu badań jest niezgodne
z zapisami zawartymi w dzienniku badań medycznych, według których Paweł Plusnin
przeszedł badania o godzinie 5.15, a Wiktor Ryżenko o 6.50. Jednak zeznania
kontrolera pozwalają sądzić, że badań w ogóle nie było.
MAK przesadził też z doświadczeniem KSL (9 zmian za ostatnie 12 miesięcy jako
kierownik strefy lądowania). W ocenie polskiej komisji, Ryżenko wykonywał pracę
na stanowisku KSL bardzo rzadko. "Nie jest wyszczególnione ile z tych zmian
(dyżurów) odbywało się z wykorzystaniem radiolokacyjnego systemu lądowania
RSP-6M2, takiego jaki był na wyposażeniu lotniska Smoleńsk 'Północny’" – czytamy
w polskich uwagach. Co więcej, według zapisów MAK Ryżenko nie mógł kierować
lotem samolotów typu Tu-154M, a jego uprawnienia obejmowały samoloty: An-12,
An-22, An-26 i Ił-76. Ponadto z dokumentu "Sprawdzian zdolności kierowania
lotami z roboczego stanowiska KSL" wynika, że Ryżenko mógł pracować tylko
podczas dnia i nocy w zwykłych warunkach atmosferycznych. Brakuje też
jakiegokolwiek zapisu o dopuszczeniu go do sprawowania funkcji KSL na lotnisku
Smoleńsk "Północny". Co więcej, w trakcie przesłuchania przez MAK, w dniu
18.04.2010, Ryżenko stwierdził, że na lotnisku Smoleńsk "Północny" pracował jako
KSL po raz pierwszy w celu zabezpieczenia lotów w dniu 7 kwietnia 2010 roku.
Raport nie zawiera również żadnych informacji o kwalifikacjach i uprawnieniach
pomocnika KL, niejakiego majora W.W. Łubancewa. Mimo wykazanych braków MAK
stwierdził, że poziom przygotowania zawodowego rosyjskich kontrolerów odpowiadał
stawianym wymaganiom dla sprawowania funkcji czy to KL, czy KSL.
Jak ocenił gen. bryg. rez. Jan Baraniecki, były zastępca Dowódcy Wojsk
Lotniczych Obrony Powietrznej, działania MAK od początku budziły poważne
wątpliwości, a już sam fakt publikowania mało istotnych głosów dochodzących z
pokładu samolotu, kosztem "rozmów służbowych" – m.in. ze smoleńską kontrolą
lotów – mogących wnieść istotne elementy do śledztwa, stanowiło element
zacierania istoty sprawy. Jak ocenia gen. Baraniecki, w ten nurt wpisały się
także ustalenia MAK dotyczące dopuszczenia do pracy i zakresu uprawnień służby
naziemnej lotniska Siewiernyj. Z deklaracji samych Rosjan wynikało, że MAK miał
być niezależnym gremium. W praktyce jednak – biorąc pod uwagę przykład
kontrolerów – rosyjska komisja zadziałała dokładnie tak jak prokuratura FR,
która zażądała unieważnienia ich zeznań. – Ustalenia rosyjskiego raportu na
temat katastrofy mnie nie zdziwiły. Nie odbieram ich jednak w kategorii ustaleń
z rzetelnie prowadzonych badań, lecz jako skuteczne zacieranie śladów. O ile
jednak efekt końcowy prac MAK był przewidywalny, o tyle lekko zaskoczyła mnie
arogancja Rosjan – skitował gen. Baraniecki.
 

Marcin Austyn

drukuj