Koniec węgierskiego postkomunizmu

Viktor Orban, nowy szef węgierskiego rządu, przyjechał do Polski zaledwie
dwa dni po zaprzysiężeniu swojego gabinetu. Jest pierwszym premierem Węgier,
który wybrał Polskę jako cel swojej pierwszej wizyty zagranicznej. To gest
symboliczny, ale też polityczny manewr. Orban chce stworzyć nowy sojusz w
Europie Środkowej, w którym Polska byłaby strategicznym partnerem. Uważa, że
jeśli Warszawa i Budapeszt będą ze sobą współpracować, to głos naszego regionu
będzie silniejszy w Unii Europejskiej. Oznacza to, że nowy premier Węgier
"urwał" się swoim dawnym niemieckim patronom i stara się prowadzić bardzo
odważną politykę, utrzymując jednakowy dystans zarówno do Berlina, jak i do
Moskwy.

"Nie wybieraliśmy między ideologiami. Nie wybieraliśmy między partiami.
Węgierscy wyborcy chcieli zamknąć pewną epokę, epokę postkomunistyczną, ponieważ
mieli już dość braku przejrzystości, nadmiaru biurokracji, korupcji, zbyt
wysokich podatków i nieodpowiedzialnych polityków" – powiedział Wiktor Orban
podczas swojej pierwszej wizyty w Komisji Europejskiej kilka dni temu. Węgrzy
przeszli w tym roku ten sam próg, który Polska przekroczyła w roku 2005. Jedyna
różnica polega na tym, że głosy, które w Polsce zebrały wówczas Platforma
Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość, tam otrzymała jedna partia – Fidesz. Na
ugrupowanie Orbana głosowało 52 proc. wyborców, co dało jej miażdżące zwycięstwo
i ponad dwie trzecie głosów w parlamencie.
Węgry – w latach 90. lider przemian w tej części Europy, od czasu porażki
Fideszu w 2002 r. rządzone były przez dwie kadencje przez prorosyjskich
socjalistów. Osiem lat rządów Ferenca Gyurcanyego sprawiło, że wydatki państwowe
sięgnęły ok. 50 proc. PKB (18 proc. pochłaniały wydatki na opiekę społeczną), a
deficyt jeszcze przed globalnym kryzysem w 2008 r. wynosił ponad 8 proc. PKB. W
efekcie dług publiczny w szybkim tempie wzrósł do 80 proc. PKB. (Analogia do
polityki fiskalnej rządu Tuska jest uderzająca). W momencie wybuchu kryzysu
Węgry, aby sprzedać swoje obligacje, musiały z dnia na dzień obiecać
wierzycielom o 3-4 procent więcej. Co gorsza, ponad 70 proc. długów
denominowanych jest w euro i frankach szwajcarskich, co przy silnym osłabieniu
forinta doprowadziło olbrzymią liczbę węgierskich konsumentów na skraj
bankructwa. Sytuację musiały ratować Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Unia
Europejska.
Silną pozycję Fidesz zawdzięcza nie tyle skuteczności własnej polityki, ile
przede wszystkim negatywnej ocenie społecznej rządów premiera Gyurcanyego i jego
postkomunistycznej Węgierskiej Partii Socjalistycznej (MSzP) w ostatnich
czterech latach. Ujawnienie tuż po zwycięskich dla socjalistów wyborach w 2006
r. faktu celowego ukrywania przez nich poważnych problemów węgierskiej
gospodarki skutkowało kilkoma tygodniami rozruchów i poważnym kryzysem zaufania
społecznego. Zła sytuacja ekonomiczna spotęgowana kryzysem gospodarczym 2008
roku, wprowadzenie kosztownych dla społeczeństwa reform państwowych finansów
oraz wiele afer korupcyjnych przyczyniło się do dalszego drastycznego spadku
popularności rządzących socjalistów i ich koalicjantów – liberalnego Związku
Wolnych Demokratów (SzDSz).

Radykalnie na prawo
Polityczne wahadło na Węgrzech przechyliło się radykalnie w prawą stronę. Fidesz
sprawuje władzę samodzielnie, posiadając większość konstytucyjną. Rządzący
dotychczas socjalistyczni milionerzy (w rządzie Gyurcanyego zasiadało kilku
spośród najbogatszych Węgrów) dostali zaledwie 16 proc. głosów. Z parlamentu
wypadli liberałowie i demokraci, tamtejsi odpowiednicy Unii Wolności. Po raz
pierwszy do parlamentu dostała się partia zielonych, startująca pod wiele
mówiącą nazwą Polityka Może Być Inna. Ale największym zwycięzcą tych wyborów,
zaraz po Fideszu, jest kontrowersyjny Jobbik (Ruch na rzecz Lepszych Węgier).
Dwa lata po ciężkich rozruchach w Budapeszcie, w grudniu 2008 r., ta określana
jako nacjonalistyczna, antycygańska partia, odwołująca się do idei Wielkich
Węgier, nie mogła liczyć nawet na 3 proc. głosów. W ciągu następnych pięciu
miesięcy jej popularność zaczęła gwałtownie rosnąć, co pozwoliło Jobbikowi w
czerwcu 2009 r., podczas wyborów europejskich, zdobyć niemal 15 proc. głosów.
Mało tego, w kwietniu 2010 r. partia cieszyła się już ponad 16-procentowym
poparciem (zwiększając liczbę swoich wyborców dwukrotnie na przestrzeni roku).
Jobbik przejął m.in. elektorat socjalistów w najbiedniejszych wschodnich
regionach kraju.
Dla postronnego obserwatora nie lada zaskoczeniem może być fakt, że Jobbik jest
w dużej mierze partią ludzi młodych i wykształconych. Nacjonaliści wraz z
zielonymi zdobyli łącznie 24 proc. głosów, ale już 40 proc. głosów wyborców
poniżej 24 lat. Prawie połowa osób, które na nich głosowały, nie ma 35 lat, a
jedynie 10 proc. ma ponad 55 lat. Jobbik został założony przez członków
węgierskiego parlamentu studenckiego, zwłaszcza z fakultetów humanistycznych. To
po części wyjaśnia tak wysokie poparcie młodych osób, które na Węgrzech,
zwłaszcza na biednym wschodzie, pozostają w dużej liczbie bez pracy. Stąd także
wynika zdolność Jobbiku do ominięcia tradycyjnych kanałów medialnych i budowanie
bezpośredniego przekazu poprzez komunikację w internecie. Jobbik ma nawet swoją
anglojęzyczną stronę!
Rzecznik partii deklaruje, że dzisiejsza scena polityczna to nie prawica i
lewica, ale ci, którzy chcą globalizacji, i ci, którzy jej nie chcą. "My
jesteśmy partią patriotyczną" – stwierdza.

Odzyskiwanie państwa
Znamienne, że dwadzieścia lat temu to Fidesz (Węgierska Partia Obywatelska) był
partią ludzi młodych. Formacja założona w 1988 r. przez Wiktora Orbana za namową
prof. Wacława Felczaka na początku reprezentowała charakterystyczny dla epoki
reaganowskiej optymistyczny libertarianizm – co ideowo upodabniało ją do
polskiego Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Fidesz korzystał wówczas ze
wsparcia niemieckich Wolnych Demokratów i wstąpił do Międzynarodówki Liberalnej
w 1992 roku. Jednak po słabym wyniku wyborczym w 1994 r. dość szybko przeszedł
na pozycje konserwatywne, stając się węgierskim odpowiednikiem szerokiej partii
ludowej, takiej, o której jeszcze kilka lat temu marzył Jarosław Kaczyński.
Również przesłanie, z którym Fidesz szedł do ostatnich wyborów, bliskie jest
temu, co w 2005 r. określano w Polsce IV Rzeczpospolitą. Pierwsze ruchy partii
Orbana po wyborach w dużej mierze przypominają realizację haseł Prawa i
Sprawiedliwości. Jednak Orban – w przeciwieństwie do Kaczyńskiego – naprawdę
może przeprowadzić w parlamencie rozliczenie winnych zapaści węgierskiej
gospodarki. Prowadzone są m.in. prace nad przepisami, które pozwolą dochodzić
odpowiedzialności członków poprzedniej ekipy. Rząd utworzył stanowisko komisarza
do zbadania nadużyć poprzedniego gabinetu. Komisja do zbadania stanu sektora
finansów publicznych stwierdziła, że poprzedni rząd posługiwał się fałszywymi
danymi, aby skonstruować "optymistyczny" budżet. Był on oparty na
przeszacowanych wpływach i nie uwzględniał prawdziwego rozmiaru strat, m.in.
państwowych przedsiębiorstw (np. Malev).
W oparciu o takie same przesłanki Fidesz dowodził nierealności założeń
budżetowych już długo przed kwietniowymi wyborami parlamentarnymi. 3 czerwca
przedstawiciele węgierskiego rządu kondycję finansów publicznych określili jako
bliską załamania (podobną do Grecji), co wywołało gwałtowną reakcję rynków
finansowych, obejmującą spadek indeksów giełdowych i wartości forinta o 5
procent. Politycy rządzącej partii Fidesz zapowiedzieli, że należy się liczyć z
deficytem budżetowym w 2009 r. sięgającym nawet 7,5 proc. PKB, a utrzymanie
ustalonego przez poprzedni rząd i Międzynarodowy Fundusz Walutowy poziomu 3,8
proc. PKB jest nierealne.
Korzystając z dobrych efektów drakońskich reform gabinetu przejściowego
socjalistycznego premiera Gordona Bajnaia (odpowiednika Marka Belki), rząd
Orbana, podobnie jak gabinet Kaczyńskiego, przygotowywał w ten sposób rynki do
ponownego poluzowania polityki fiskalnej, zapowiadając zmniejszenie podatków,
dotowanie ogrzewania w domach, otwarcie zamkniętych linii kolejowych oraz
obniżenie wieku emerytalnego dla wielu kobiet. W odpowiedzi MFW i UE
spektakularnie zerwały w czerwcu negocjacje w sprawie utrzymania stabilizującej
węgierskie finanse linii kredytowej. W ostatnich dniach minister gospodarki
narodowej György Matolcsy zapowiedział jednak, że Węgry zmniejszą deficyt do 3
proc., ale utrzymają podatek nałożony na instytucje finansowe w większości
będące własnością zachodniego kapitału.
Mimo trudnej pozycji międzynarodowej Orban może sobie jednak pozwolić na
znacznie większą swobodę niż lider Prawa i Sprawiedliwości. 29 czerwca węgierski
parlament zdecydowaną większością głosów (263 posłów z 322 biorących udział w
głosowaniu) wybrał na prezydenta Pala Schmitta – polityka rządzącej partii
Fidesz. Wybór na prezydenta kandydata ściśle związanego z partią Fidesz w
miejsce wprawdzie bliskiego prawicy, ale dużo bardziej niezależnego prezydenta
Laszlo Solyoma, jest elementem szerzej zakrojonej operacji zmian kadrowych w
aparacie państwa. Zdominowany przez Fidesz parlament przegłosował 8 czerwca
ustawę umożliwiającą zwolnienia pracowników administracji państwowej z
dwumiesięcznym okresem wypowiedzenia bez podania przyczyny.
Zmiany personalne objęły już sztab generalny, dowództwo policji i służb
wywiadowczych. Fidesz poprzez własne nominacje dąży również do uzyskania
większego wpływu na Sąd Konstytucyjny i kierownictwo przedsiębiorstw państwowych
(m.in. koncernu energetycznego MVM, poczty). Wywiera także silną presję na
prezesa Banku Narodowego i domaga się jego dymisji. W najbliższym czasie poważne
zmiany nastąpią w korpusie dyplomatycznym; planowana jest przyspieszona wymiana
kierownictwa kilkunastu placówek dyplomatycznych, m.in. w Berlinie, Wiedniu,
Rzymie, Paryżu i Kijowie.
Fidesz złożył w parlamencie pakiet ustaw obejmujący nowelizację konstytucji.
Parlament zaakceptował już propozycję redukcji liczebności Zgromadzenia
Narodowego z obecnych 386 do maksymalnie 200 osób wraz z gwarancją reprezentacji
mniejszości narodowych i etnicznych (13 mandatów). Fidesz zaproponował także
ograniczenie składu organów samorządowych.
23 lipca węgierski parlament przyjął nowelizację ustawy medialnej, która
przewiduje powołanie Urzędu ds. Mediów i Telekomunikacji (NMHH) w celu
nadzorowania publicznych środków przekazu. Organem nadzorczym NMHH będzie rada
ds. mediów, której przewodniczącego wyznaczy premier na
9-letnią kadencję, zaś pozostałych członków wybierze parlament większością dwóch
trzecich głosów. Oznacza to, że Fidesz będzie mógł dowolnie decydować o składzie
NMHH. Przegłosowana nowelizacja jest jedynie częścią pakietu zmian w ustawie
medialnej, które mają objąć również prawodawstwo dotyczące mediów prywatnych.

Fidesz stawia na region
Również koncepcja polityki zagranicznej upodabnia Orbana do Jarosława
Kaczyńskiego. Chęć utrzymywania równego dystansu do Moskwy i do Berlina widać
dobrze w polityce energetycznej. Orban popiera zarówno unijny gazociąg Nabucco
(z udziałem niemieckiego RWE), jak i rosyjski South Stream (z udziałem włoskiego
ENI i francuskiego EDF). Wspiera jednak przede wszystkim współpracę energetyczną
między krajami regionu. Popiera projekt połączenia gazoportów – polskiego i
chorwackiego, rozbudowę sieci interkonektorów gazowych, a także wzmacnia sojusz
energetyczny między węgierskim gigantem paliwowym MOL a czeskim gigantem
elektrycznym CEZ, który ma pomóc Węgrom pozbyć się niechcianego rosyjskiego
akcjonariusza (Surgutnieftgaz).
Obok zacieśnienia współpracy energetycznej w obrębie Grupy Wyszehradzkiej jednym
z priorytetów zbliżającej się węgierskiej prezydencji w UE będzie także
zdynamizowanie rozszerzenia UE o kraje bałkańskie oraz rozwój Strategii
Dunajskiej. Priorytetem ogólnoeuropejskim będzie na pewno wdrożenie nowego Paktu
Stabilizacji i Rozwoju. Jego elementem jest tzw. semestr europejski, w czasie
którego kraje wzajemnie analizują swoją politykę budżetową. Dla europejskiego
outsidera finansowego, jakim są Węgry, to duże wyzwanie. Jednak gorzką prawdą
jest to, że dużo większym wyzwaniem wydaje się namówienie do głębszej współpracy
rządu w Warszawie. Partnerem Orbana nie jest bowiem Jarosław Kaczyński, ale
spolegliwy wobec Niemiec i Rosji premier Donald Tusk.

Jan Filip Staniłko

Autor jest członkiem zarządu Instytutu Sobieskiego i redaktorem dwumiesięcznika
"Arcana".

drukuj