Koniec miodowego miesiąca
Tego rząd Tuska, oszołomiony jesiennym zwycięstwem wyborczym, nie
przeczuwał chyba w najgorszych koszmarach: Platforma Obywatelska oraz Prawo i
Sprawiedliwość zrównały się w sondażach wskazujących polityczne preferencje
Polaków. Tym samym okazało się, nie pierwszy już zresztą raz, że wizja
rzeczywistości, w którą święcie wierzy Salon, radykalnie rozmija się z
nastrojami społecznymi. Przecież PiS, sabotujące obowiązkowy entuzjazm dla rządu
i prezydenta, miało tylko przez to odejść na śmietnik historii. Cóż, jak ujął to
niegdyś śp. profesor Geremek – widać, że Polacy nie dorośli do demokracji…
Niezależnie od tego, jak będą się kształtować notowania PiS, kolejne miesiące
dla ekipy Tuska będą oznaczały tylko kolejne kłopoty.
Bajkopisarze wierzą w bajki
Po wygranych wyborach A.D. 2011 co bardziej przymilni komentatorzy wieszczyli,
że Platforma Obywatelska nie będzie miała z kim przegrać przez kilka kolejnych
kadencji. Okazuje się, iż koniec miodowego miesiąca nastąpił szybciej, niż
ktokolwiek mógł przypuszczać. I to mimo szalonych wprost wysiłków salonowych
mediów i "ekspertów", wbrew oczywistym faktom dowodzącym, że żyje się coraz
lepiej. Nie tak dawno Janina Paradowska dziwiła się, czemu Jarosław Kaczyński
krytykuje rząd za klapę inwestycji, skoro autostrady i drogi szybkiego ruchu
rosną w błyskawicznym tempie. Żeby było śmieszniej, w tym samym czasie minister
transportu przyznał, że o jeździe autostradą A2 w czasie Euro (miała to być
sztandarowa inwestycja ekipy PO – PSL, coś w rodzaju współczesnej "gierkówki")
możemy zapomnieć. Parafrazując towarzysza Stalina – życie miało być lepsze i
weselsze, a pozostał jedynie zawrót głowy od sukcesów. Dodajmy – coraz bardziej
przypominający kaca.
Odwrót Polaków od Platformy może być zaskoczeniem jedynie dla tych, którzy
wierzą w propagandowy dogmat, iż elektorat tak boi się rządów PiS, że zawsze
będzie popierał PO, niezależnie od polityki rządu. Dla tych, którzy przez cztery
i pół roku obserwowali żenującą pustkę "polityki miłości" i upajanie się
własnymi pomysłami PR-owskimi przez rządzących, nie stanowi to niespodzianki. W
trakcie pierwszej kadencji rząd Tuska nie ośmielił się zmierzyć z żadnym z
palących problemów. Słyszeliśmy za to, jak pięknie wygląda polska gospodarka z
perspektywy kreatywnej księgowości, uprawianej przez resort finansów. Im
bardziej optymistycznie wyglądały wskaźniki gospodarcze, przedstawiane na
konferencjach prasowych, tym bardziej rosło bezrobocie. Im więcej mówiono o
"Polsce w budowie", tym więcej słyszeliśmy o rezygnacji z kontraktów na budowę
autostrad przez firmy, potraktowane przez urzędników w iście peerelowskim stylu.
Stało się wreszcie to, co dzieje się zawsze, gdy władza całkowicie przestaje
wyczuwać nastroje społeczne. "Cudotwórcy" od Donalda sami uwierzyli w bajki o
cudzie i o żądnym dyktatury Jarosławie Kaczyńskim, podczas gdy wyborcy, mimo
greuelpropagandy prorządowych mediów, coraz częściej kwitują takie slogany
wzruszeniem ramion.
Dłuższa praca – dla rzeszy urzędników?
Reforma emerytalna – jedyna, na którą odważył się rząd Tuska – okazała się
skandalem. Nie chodzi tu o sam pomysł wydłużenia wielu emerytalnego o dwa lata.
Istotne jest to, że nikt nie potrafił uzasadnić, czy takie wydłużenie przyniesie
jakieś efekty, bo wyliczenia, iż dwa lata pracy więcej będzie oznaczać jakiś
niezwykły wzrost wysokości świadczeń emerytalnych, należy włożyć między inne
platfo-bajki. W tym czasie, gdy premier tak wzruszająco mówi o przyszłości
Polaków i ich emeryturach, "The Economist" – a pismo to trudno posądzić, że jest
"prawicową gazetą", jak Salon nazywa media, które nie są bałwochwalcze wobec PO
– wytyka mu niesamowity wzrost zatrudnienia urzędników. Za rządów PO – PSL
przybyło ok. 150 tys. nowych urzędników, a cała ich armia to już okrągły milion.
Być może chodzi więc o to, by Polacy pracowali dłużej na tworzoną przez
Platformę biurokrację. Wówczas cyrk z pseudoreformą byłby w pełni zrozumiały. By
żyło się lepiej – jeśli nie wszystkim, to chociażby wybranym.
Miodowy miesiąc skończył się nie tylko w Polsce. Jak widać z cytowanego
artykułu "The Economist", również zachodni komentatorzy przestają stosować
ulgową taryfę wobec obecnego rządu. Radykalne zerwanie z propaństwową polityką
zagraniczną budowaną przez śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego zostało docenione
na brukselskich salonach, ale na tym kończą się pomysły ekipy Tuska na budowę
wizerunku Polski w świecie. Koncept, że Polska będzie się promować dzięki
finałom piłkarskich mistrzostw Europy, jest bowiem niepoważny. Zagraniczni
turyści będą mogli co najwyżej podziwiać sielskie krajobrazy, stojąc w ogromnych
korkach lub tłocząc się w zdezelowanych pociągach PKP. Zresztą w cieniu
olimpiady w Londynie znikną inne sportowe wydarzenia…
Polski sukces czy łatwe łupy?
Promocja Polski jako wiarygodnej marki, kraju ludzi przedsiębiorczych i
innowacyjnych praktycznie nie istnieje. Na paradoks zakrawa fakt, że polskie
marki spożywcze – wizytówka jakości naszych produktów na całym świecie – są
promowane w zasadzie tylko przez… sieci handlowe. Tymczasem w wielu krajach
Europy (np. we Francji i Irlandii) podobne kampanie są wspierane przez państwo i
traktowane priorytetowo. W tym roku polska spółka KGHM, dzięki przejęciu
kanadyjskiej Quadry FNX, stała się koncernem obecnym na czterech kontynentach i
weszła do ścisłego grona światowych graczy na rynku miedzi. Jest też największym
na świecie producentem srebra. Wydawałoby się, że to znakomity przykład
polskiego sukcesu – jednak nie wiadomo, jak potoczą się tegoroczne wybory do
władz spółki i czy wysoko oceniany zarząd nie padnie ofiarą "systemu łupów". W
systemie, gdzie tytułem do zarządzania firmą z udziałem Skarbu Państwa bywają
często jedynie polityczne zasługi, bardziej opłaca się kierować niewydolnym
przedsiębiorstwem niż prężną spółką, która stanowi łakomy kąsek dla krewnych i
znajomych odpowiednich dygnitarzy…
PiS nie powinno patrzeć na kłopoty Platformy wyłącznie z uczuciem
satysfakcji. Pycha kroczy przed upadkiem, o czym akolici Tuska wyraźnie
zapomnieli. Nie mogą o tym zapomnieć jednak politycy Prawa i Sprawiedliwości. Te
problemy, których nie chciało się rozwiązać ekipie Donalda Tuska, spadną na
barki następnego rządu. Patologie związane z zawłaszczaniem państwa i skrajnym
upartyjnieniem administracji każdego szczebla oraz państwowych spółek nie
skończą się wraz z powołaniem kolejnego gabinetu. Bez zmian prawnych i zmian w
myśleniu o państwie jako o partyjnym łupie nie będzie przełomu. Takie zmiany
rozpoczęte w latach 2005-2007 będą musiały zostać dokończone, i to niezależnie
od tego, co pokażą sondażowe słupki.
Jakub Opara
Autor jest historykiem, ekonomistą, byłym współpracownikiem śp. prezydenta
Lecha Kaczyńskiego.
