Kochajmy Kościół

Ferment zła ciągle boleśnie nas dotyka. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że ze wzmożoną siłą i w destrukcyjnym porywie przechodzi on obecnie także przez Kościół. Wśród tego niepokoju oczekujemy, aby odżyła szczerość i prawda oraz zostały wyprowadzone konsekwencje, których ona się domaga. Aby to oczekiwanie nie zostało pomniejszone i zagubione, potrzeba uległości głosowi Bożemu, potrzeba powierzenia się Duchowi Świętemu, który jest Duchem Chrystusa i Kościoła.

Duch Święty jest duszą i sercem Kościoła – ten Duch Boży żyje we wszystkich. Ojcowie Kościoła świadczą o tym wewnętrznym zjednoczeniu Ducha Świętego z Kościołem. „Gdzie jest Kościół, tam jest Duch Boży, a gdzie jest Duch Boży, tam jest Kościół i wszelka prawda” – zapisał św. Ireneusz. Duch Święty jest oddechem Jezusa. Modulacje tego oddechu Chrystusa w Kościele zaczęły się w poranek Pięćdziesiątnicy i nieustannie przedłużają się w historii aż do jej wypełnienia. Każdy brak miłości do Kościoła jest więc brakiem miłości do Chrystusa i do Ducha, który go ożywia. Nasze stanowisko w stosunku do niego może być oparte tylko na pełnej miłości. „Nie może mieć Boga za Ojca, kto nie ma Kościoła za Matkę”, powtarzali Ojcowie Kościoła. Nie wstydźmy się okazać tej miłości do Kościoła, która jest tą samą miłością, jaką mamy okazywać Chrystusowi. Ośmielmy się wyrazić w dzisiejszej sytuacji naszą synowską wierność. Kochajmy ten Kościół zrodzony z Ducha Bożego. Wśród trudności i napięć, które znaczą jego wędrówkę w historii, zostaliśmy zrodzeni z jego sakramentalnego łona. W swoim macierzyństwie nie przestaje on troszczyć się o nasze zbawienie.

Kochajmy więc ten Kościół ożywiany przez Ducha Bożego mimo jego skromnych przejawów. Jeśli skromne przejawy odzwierciedlają słabość i nędzę dzieci, które do niego należą, to równocześnie przez nas, proste stworzenia, jest światu udzielane to, co Boskie i absolutne, zostają dane do dyspozycji rzeczywistości nadprzyrodzone.

Kochajmy ten Kościół, co do którego Bóg chciał, aby potwierdzał się i dopełniał w ciągłym odnawianiu się przez swoje dzieci jako członki mistycznego Ciała Chrystusa. Bycie „z ziemi” nie powinno prowadzić nas do zapomnienia o tym, co Boskie, obecne w tym Ciele, ani to, co Boskie, ubrane w formy i znaki ludzkie, nie powinno nas oddalać od rzeczywistości egzystencjalnej, w której przedłuża się wcielenie Chrystusa.

Kochajmy ten Kościół w jego „kenozie” – w wyniszczeniu, którego doznaje w poszczególnych warunkach kulturowych, społecznych i politycznych, w postaci sługi, którą przyjmuje w każdej epoce historycznej, w znaku szacunku, który ma do człowieka i jego wolności. Ograniczenia indywidualności osób oraz formy życia i kultury, nadając ludzkie oblicze orędziu ewangelicznemu, w nieunikniony sposób powtarzają dramat agonii tego, co wieczne w czasie. Przez wieki powtarza się w Kościele dramat relacji Pana z Jego uczniami, powodowany ich niezdolnością do przyjęcia wzoru i przekształcenia go w żywą energię.

Kochajmy ten Kościół także wtedy, gdy staje się bardziej widoczne rozdzielenie między tym, co Boskie, i tym, co ludzkie; także wtedy, gdy niegodne ręce celebrują Misterium Paschalne, a świętokradzkie wargi je przyjmują. Jeśli interwencja prawdy i łaski nie jest niweczona przez ludzkie pasje, wady i grzechy, to zgorszenia, które one wywołują, nigdy nie mogą przeszkadzać w naszym synowskim przylgnięciu. „Kościół – pisał kard. Newman – zawsze jest chorowity; zawsze jest poddany słabościom. Zawsze nosi w sobie śmierć Pana, aby także życie Jezusa objawiło się w jego Ciele”. Kościół musi być obecny wszędzie tam, gdzie pojawia się zło, dlatego też nie można się dziwić, jeśli z powodu swojego związku ze światem zawsze będzie miał pośród siebie chorych, jak również zarażone obszary w Ciele i członkach.

Kochajmy ten Kościół we wszystkich niepokojach, które czynią problematycznymi relacje między wiarą i teologią, miedzy miłością i prawem moralnym, między nauczaniem i działalnością duszpasterską, będąc świadomi, że objawienie nadprzyrodzone nie jest ludzką mądrością, ale słowem i czynem Bożym i że zbawienie jest zasadniczo darem „z wysoka”. Wiemy, że chrześcijaństwo nie jest religią martwą, zbudowaną z drętwych dokumentów, ale żywą religią ożywianą przez Ducha Ożywiciela, nawet jeśli każdy wierzący w dawaniu swojego świadectwa jest ciągle „przybity do krzyża swoich ideałów” w tym świętym cierpieniu, którym jest posłuszeństwo wiary.

Kochajmy ten Kościół, w którym władza i wolność, osoba i wspólnota, duchowość i prawo wywołują ciągłe konflikty wyrażające nieadekwatność tego, co Boskie, będąc świadomi, że każde pragnienie odnowy, jeśli chce być wolne od utopijności, przede wszystkim musi zaczynać się od nas samych. Kościół, będąc „semper renovanda”, nie odnawia się, jeśli nie odnawiamy samych siebie, jeśli nie pozwalamy, by Duch Święty w nas pracował i nas prowadził. To Duch Święty spaja w jedno, widzialnie i niewidzialnie, w swoim Kościele, organizację z pobożnością wewnętrzną, autorytet prawny z wolnym przyzwoleniem, działania osobiste z dobrem wspólnym.

Kochajmy ten Kościół, unikając traktowania go w sposób archaiczny i arystokratyczny, to znaczy jako coś oddzielonego od nas. Unikajmy postawy oskarżycieli i sędziów, starając się w nim żyć rodzinnie, pewni, że to nie my mamy zbawić Kościół, ale Kościół ma zbawić nas – grzeszników. Wszyscy, bez wyjątku, jesteśmy grzesznikami i potrzebujemy jego zlitowania, miłosierdzia i wstawiennictwa.

Kochajmy ten Kościół pielgrzymujący w czasie, niekiedy słaby i zmęczony, z jego troskami i niepokojami, zakurzony długą wędrówką, niepełny, niedoskonały, nieadekwatny, aż do powrotu Syna Człowieczego. Ten aspekt eschatologiczny, daleki od gorszenia nas, pozwala nam zrozumieć paradoksy i konflikty i przyjąć pokorną postawę. Przede wszystkim chroni nas przed pokusą oddalenia się od Chrystusa, który w Kościele nosi stygmaty męki, nigdy nie usunięte przez światło zmartwychwstania. Każda autentyczna odnowa lub postęp wychodzi od wewnątrz. Wędrując w wierze, żyjąc w nadziei, trudząc się w miłości, Kościół odnawia siebie. Trudności i napięcia, z którymi mierzy się dzisiaj Kościół, zostaną rozwiązane, jeśli będziemy bardziej kochać, świadczyć z większą wiernością, wszyscy stając się „bardziej” Kościołem, a „mniej” sektą czy klanem pod znakiem buntu. Miłość nie ma ukrywać jego braków i ociężałości na wszystkich poziomach, ale też animozje nie powinny być powiększane do tego stopnia, by zapomnieć o jego zasługach i jego świętości.

Kościół, taki jaki jest obecnie, jest Matką i zasługuje na naszą miłość. Poprzez jego słabość, jak przez słabość Chrystusa, „jesteśmy zbawieni”. Kościół nigdy i nikomu nie przeszkodził w życiu ewangelicznym: Paweł mógł być apostołem, Franciszek z Asyżu i Ignacy Loyola mogli być odnowicielami, anonimowi misjonarze Królestwa Bożego mogli być męczennikami. Wszyscy mają możliwość bycia świętymi. To, czego można pragnąć w odniesieniu do prawdy, miłości, sprawiedliwości itd., może być urzeczywistnione w Kościele i przez Kościół, gdy w nas jest wystarczająco dużo miłości i wierności Duchowi, który nas ożywia. I właśnie Duch w nieustannej Pięćdziesiątnicy obejmuje dusze, wyzwalając je od zniewolenia strachem, od pragnień ciała i krwi, obecnych w Jego Kościele, aby pozostał ponad tym wszystkim wierny istotnemu kształtowi nadanemu mu przez Boga.

ks. prof. Janusz Królikowski

drukuj