Kasjer francusko-niemieckiej Europy

Wspólna waluta Unii Europejskiej jest wizytówką procesów integracyjnych.
Obywatele państw członkowskich nigdy tak wyraźnie nie odczuli, że ich kraj
uczestniczy w "zjednoczeniu Europy", jak wówczas, kiedy przyszło im oddać
wykorzystywane na co dzień pieniądze i płacić w euro, co najczęściej wiąże się z
dotkliwym wzrostem cen wszystkich towarów i usług. W 16 państwach UE, w których
wspólna waluta zastąpiła dotychczasową, Europejski Bank Centralny (EBC) pełni
rolę uprzednich banków narodowych. 

Emisja pieniądza, nadzór nad systemami bankowo-finansowymi i płatniczymi,
kształtowanie polityki monetarnej całej Unii – to główne zadania banku, w
którego ręku znajdują się nici powiązań ekonomicznych obszaru stanowiącego –
jeśli traktować go łącznie – drugą po USA gospodarkę na świecie. Mamy przy tym
doskonałą ilustrację tezy o absolutnej dominacji dwóch największych państw Unii:
bank ma siedzibę w Niemczech, we Frankfurcie nad Menem, a na jego czele stoi
Francuz Jean-Claude Trichet.

Górnik zostaje finansistą
Trichet urodził się w 1942 roku w Lyonie. Karierę rozpoczął od studiów
inżynierskich w zakresie górnictwa, a dopiero później ukończył renomowane
paryskie uczelnie: Instytut Studiów Politycznych i École nationale
d’administration, kuźnię elit politycznych Francji, której absolwentów określa
się od akronimu ENA "énarques", czyli "rządzący z ENA". W tym czasie Trichet
odbył też dwuletnie studia ekonomiczne, a zatem trudno mówić o gruntownym
wykształceniu w tej dziedzinie.
Świat finansów przyszły dyrektor EBC poznawał jednak od strony praktycznej. Był
inspektorem skarbowym, następnie szybko przeszedł do ministerstwa finansów, po
czym zajmował szereg stanowisk w administracji rządowej Francji, będąc m.in. w
latach 1978-1981 doradcą prezydenta do spraw przemysłu, energetyki i rozwoju
technologicznego. W 1993 r. został mianowany prezesem Banque de France, czyli
narodowego banku republiki, w 1999 r. rozpoczął drugą, sześcioletnią kadencję.
Gdy Trichet piął się po szczeblach kariery we francuskich resortach skarbu,
finansów i gospodarki, oraz w banku narodowym, w Europie trwały przymiarki do
unii walutowej. Pomysł wspólnej waluty ma już 50 lat. Został on opracowany przez
zespół pod kierunkiem ówczesnego premiera Luksemburga Pierre’a Wernera i
ogłoszony w 1970 roku. Na realizację musiał z powodu rozlicznych kryzysów i
opóźnień czekać do 1993 r., kiedy wszedł w życie traktat z Maastricht, który
ustanowił tzw. Unię Gospodarczą i Walutową. Postanowiono wtedy, że abstrakcyjna
jednostka rozliczeniowa ECU zostanie prawdziwą walutą europejską. W 1995 roku na
madryckim szczycie nazwano ją euro (EUR).

Euro w portfelach…
Pierwszy dzień 2002 roku był początkiem największej w dziejach operacji
walutowej. W ciągu pół roku wycofano krajowe waluty i wymieniono je na 14,5
biliona euro. Dotyczyło to 12 krajów UE i trzech małych państw powiązanych z
nimi finansowo (Monako, San Marino i Watykan). W 2007 roku wspólną walutę
przyjęła Słowenia, w 2008 r. uczyniły to Cypr i Malta, a w 2009 r. – Słowacja. W
przyszłym roku dołączy do nich Estonia. Do wprowadzenia euro zasadniczo
zobowiązane są wszystkie kraje Unii. Jednak Dania, Wielka Brytania i Szwecja
wolały zachować swój pieniądz. Obecnie w obiegu jest 751 miliardów euro, co daje
tej walucie pierwsze miejsce na świecie.
Głównym powodem ustanowienia unii walutowej przedstawianym przez jej zwolenników
jest uproszczenie międzynarodowych rozliczeń i eliminacja ryzyka kursowego. Nie
można jednak nie zauważyć poważnych mankamentów tego rzekomego wielkiego
osiągnięcia integrującej się coraz mocniej Europy. Przede wszystkim państwa
członkowskie tracą możliwość oddziaływania na swoją gospodarkę poprzez
interwencje banku centralnego, regulację podaży pieniądza stosownie do potrzeb
ekonomicznych i specyficznej sytuacji gospodarczej kraju. Wyeliminowana została
też możliwość konkurowania walut europejskich. Pojawia się ryzyko przenoszenia
kryzysów finansowych w ramach strefy euro. Obecnie obserwujemy to na przykładzie
Grecji, która najpierw dość lekkomyślnie prowadziła własną politykę gospodarczą,
a obecnie musi być wspomagana przez bogatsze kraje Wspólnoty ze względu na
groźbę załamania się całego europejskiego systemu finansowego.
Nie bez znaczenia są też dotkliwe dla społeczeństw podwyżki cen, które zwykle
następują po przyjęciu euro i powodują, że unia walutowa nie cieszy się
popularnością. Według badań w Niemczech, które są głównym motorem integracji i
mają w unijnej polityce gospodarczej najwięcej do powiedzenia, ponad połowa
obywateli życzyłaby sobie powrotu marki. Nie tylko dlatego, że nie chcą płacić
za kryzys w Grecji. Niemcy uważają euro za walutę niestabilną i niepewną.
Podobne głosy pojawiają się w Austrii, Francji i innych państwach.
Natomiast polski rząd i opiniotwórcze głosy ekonomistów wykazują jedynie ślepy
entuzjazm dla unii walutowej i euro. Tylko słabość naszej gospodarki, duży
deficyt budżetowy i niestabilność, spotęgowana jeszcze przez ostatni
ogólnoświatowy kryzys, powodują, że proces przyjmowania wspólnej waluty
(skądinąd bardzo skomplikowany i wiążący się z wprowadzeniem tzw. mechanizmu EMR
II) opóźnia się już kilka lat. Obecnie rząd PO – PSL mówi nawet o roku 2015.

…i w marzeniach architektów integracji
Wspólny środek płatniczy to zresztą nie tylko instrument ekonomiczny, lecz także
polityczny. Ekonomiści znają pojęcie "optymalnego obszaru walutowego",
oznaczające terytorium, na którym powinna, z uwagi na możliwie największą
efektywność gospodarczą, obowiązywać jedna waluta. Takie terytorium nie może być
zbyt małe (bo pieniądz byłby niestabilny) ani zbyt duże z powodu zagrożenia
destabilizacją gospodarczą wynikającą z szybszego przenoszenia się kapitału niż
ludzie i inwestycje.
Ani Europa, ani sama Unia Europejska, a nawet sama strefa euro, nie spełniają
kryteriów optymalnego obszaru walutowego. Jednak motywowane politycznie i
ideologicznie usiłowanie tworzenia w Europie superpaństwa sprawia, że i w tej
dziedzinie – wbrew naturalnym uwarunkowaniom – dąży się do jak najdalej
posuniętej integracji. Waluta jest wszak jednym z atrybutów państwowości, mocno
zakorzenionym w tradycji i świadomości społecznej.
Stąd działania mające na celu zbliżenie gospodarek krajów członkowskich do
sytuacji, w której będą taki optymalny obszar walutowy tworzyły. Następuje zatem
masowa standaryzacja na poziomie całej Unii obejmująca kolejne dziedziny życia.
Coraz śmielej mówi się o ujednoliceniu: stawek podatkowych, prawa pracy i
polityki socjalnej. Nie ma przy tym znaczenia, że zniknie w ten sposób
jakakolwiek konkurencyjność poszczególnych gospodarek narodowych.
Nad działaniem systemu wspólnej polityki monetarnej i walutowej Unii czuwa
Europejski Bank Centralny, którego dyrektora wybiera Rada Europejska. EBC
koordynuje funkcjonowanie Europejskiego Systemu Banków Centralnych, do którego
należą banki narodowe wszystkich krajów UE, nie tylko strefy euro. Z tego
względu oddziałuje na relacje finansowe w całej Unii. Wybór dyrektora na
kadencję, która trwa od 5 do 8 lat, jest efektem długotrwałych konsultacji
politycznych rządów głównych krajów członkowskich.

Na świeczniku i w tajemnicy
Trichetowi nie zaszkodziły oskarżenia o brak właściwego nadzoru w związku z
bankructwem jednego z największych francuskich banków Crédit Lyonnais w 1993 r.,
połączonym z defraudacjami na sumę 130 miliardów franków. Dziesięć lat później
Trichet stanął nawet przed sądem. Wprawdzie został ostatecznie w czerwcu 2003 r.
przez francuski trybunał obrachunkowy oczyszczony z zarzutów, ale podczas
dochodzenia miały miejsce niespodziewane zwroty – w tajemniczych okolicznościach
spłonęła część archiwów banku. Francuski finansista mógł wtedy awansować na
jeszcze wyższe stanowisko dyrektora Europejskiego Banku Centralnego, które objął
1 listopada 2003 roku.
Na koniec wspomnijmy o aspekcie zazwyczaj pomijanym i traktowanym niezbyt
poważnie. Jest to problem uwikłania elit rządzących w organizacje o charakterze
masońskim. Wychowanie studentów w specyficznym kręgu renomowanych uczelni
niesłychanie sprzyja tego typu związkom. Zwłaszcza jeśli absolwent jest
rzeczywiście utalentowany, może się okazać, że jakaś ukrywająca swoje cele
organizacja kieruje jego karierą. – Każde środowisko, nawet gdy jest zamknięte i
skryte, szuka utalentowanej młodzieży, wcześniej na nią stawia, pomaga w rozwoju
– mówi ks. prof. Andrzej Zwoliński, autor książki "Wokół masonerii".
Wśród osób na najwyższych stanowiskach w państwie lub gospodarce, w przypadku
Francji, ich przynależność do Loży jest niemal regułą. – Na takich stanowiskach
bardzo łatwo znaleźć się w bagnie społecznym. Do osób ze świecznika przychodzi
mnóstwo ludzi, są na różnych spotkaniach, konferencjach, wszyscy chcą się z nimi
pokazać. Wtedy może dojść do związków z grupami skrytymi – tłumaczy ks.
Zwoliński. Istnieją też specjalne fora nieformalnych kontaktów osób na
najwyższych stanowiskach przyjmujące formę klubu lub stowarzyszenia. Mają one
nierzadko ambicje stania się "rządem światowym". 
Jean-Claude Trichet należy od 1987 r. do amerykańskiego wpływowego klubu Group
of Thirty (Grupa 30), od 1995 r. uczestniczy w spotkaniach klubu Bilderberg,
założonego przez polskiego masona Józefa Rettingera, a także do podobnej
francuskiej organizacji "Le SiÝcle".

Piotr Falkowski

drukuj