Kapitulanctwo władzy. Ból rodzin
Z Martą Kaczyńską, córką pary prezydenckiej – Marii i Lecha
Kaczyńskich, rozmawia Marta Ziarnik
Zaskoczyła Panią nieautoryzowana rozmowa z Adamem Bielanem na temat
m.in. Pani Ojca?
– Ten wywiad to ewidentna manipulacja. Nie tylko pytania są tendencyjne, ale z
tego, co mówił Adam Bielan, wynika, że jego wypowiedzi są wyrwane z kontekstu.
Wszystko to razem tworzy obraz trochę nieudolnego, nieporadnego i nie bardzo
umiejącego odnaleźć się we współczesnym świecie i współczesnej rzeczywistości
medialnej prezydenta, który zamiast przechodzić do konkretów, woli sobie
porozmawiać. Jak już powiedziałam, to jest obrzydliwa manipulacja mająca na celu
zniszczeniewizerunku mojego Ojca jako poważnego polityka, patrioty i męża stanu.
W życiu prywatnym Tata był niesłychanie serdeczny, pełen poczucia humoru,
bezpośredni, otwarty na ludzi i lubiący ludzi, lubiący spędzać z nimi czas. Był
więc taki, jak chyba większość z nas. Poza tym był bardzo dobrym człowiekiem i
bezinteresownym w wielu działaniach. W swoim życiu naprawdę wielu osobom pomógł,
przy czym nigdy nie robił tego dla jakiegoś poklasku czy własnych korzyści.
Zwyczajnie był wrażliwym człowiekiem, wrażliwym na krzywdę innych. Miał też
mnóstwo zainteresowań, był ciekawy świata, lubił literaturę, historię i muzykę.
Taki był prywatnie. Natomiast jeśli chodzi o życie publiczne i sprawy państwowe,
to Tata był poważnym, niezwykle odpowiedzialnym i pracowitym politykiem, dążącym
do tego, aby w naszym kraju żyło się lepiej. Był prawdziwym patriotą.
Z tego wywiadu wyłania się jednak obraz Lecha Kaczyńskiego jako osoby
niekompetentnej.
– To prawda. Cały wywiad jest tak ukierunkowywany, aby wyłonił się taki właśnie
obraz mojego Ojca jako człowieka niekompetentnego. Teresa Torańska kończy go
pytaniem o to, że może "Leszek nie nadawał się na prezydenta?", po czym ten
wątek zostaje zawieszony i przełożony na inną rozmowę. Zostało to zrobione tak,
jakby sam Bielan podważał kompetencje mojego Ojca. Na polskiej scenie
politycznej niewielu jest polityków, którzy mieli tak wielkie doświadczenie w
sprawowaniu różnych wysokich urzędów jak właśnie Lech Kaczyński. Mój Ojciec był
po pierwsze, działaczem "Solidarności" – w ostatnim okresie rzeczywiście
kierował "Solidarnością". Był wówczas zastępcą przewodniczącego, ale tak
naprawdę to Lech Kaczyński wykonywał wtedy wszystkie najważniejsze funkcje
związane z kierowaniem związkiem zawodowym. Przed objęciem prezydentury Tata był
też senatorem, ministrem stanu w Kancelarii Prezydenta, posłem, prezesem
Najwyższej Izby Kontroli. Absolutnie nikt nie mógł nigdy mojemu Ojcu niczego
zarzucić, jeśli chodzi o kierowanie NIK-iem. Wręcz przeciwnie. Ten urząd zyskał
za czasów mojego Ojca, został unowocześniony, zreformowany. Później Tata został
ministrem sprawiedliwości. Gdyby więc był tak nieudolną osobą, jak usiłuje się
to sugerować we wspomnianym wywiadzie, to z pewnością nie zdołałby piastować z
powodzeniem tak wielu funkcji i nie byłby aż tak popularnym politykiem. Wygrał
przecież wybory na prezydenta Warszawy, choć utrzymywano, że nie ma
najmniejszych szans w starciu z Andrzejem Olechowskim, za którym stały media i
środowiska z olbrzymimi finansami. Wbrew wszelkim twierdzeniom Ojciec wygrał i
był świetnym prezydentem Warszawy. Do dziś część realizowanych w stolicy
inwestycji jest efektem działańmojego Ojca. O tym, że był dobrym prezydentem
Warszawy, świadczyć może także to, że następnie został wybrany na prezydenta
Polski. Poza tym byłświetnym prawnikiem, osobą posiadającą wszechstronną wiedzę
zarówno z historii, jak i z filozofii. Jak więc w przypadku osoby z takim
doświadczeniem można chociażby insynuować, że była niekompetentna,żenie
posiadała przygotowania do zajmowania urzędu prezydenta?! Ojciec miał nie
tylkodoświadczenie i ogromną wiedzę, ale – co najważniejsze i niestety nieczęsto
spotykane – miał autentyczną wolę zrobienia czegoś pięknego dla swojego kraju.
Nie odnosi Pani wrażenia, że władza próbuje jednak gasić tę pamięć?
– I to jest naprawdę zaskakujące, że jest wiele miejsc zarówno w Polsce, jak i
za granicą, gdzie ludzie upamiętnili prezydenta Lecha Kaczyńskiego i pozostałe
ofiary katastrofy smoleńskiej, ale nasi rządzący nie chcą pozwolić, by prezydent
Polski, prezydent Warszawy i honorowy obywatel tego miasta [honorowe
obywatelstwo Warszawy zostało Lechowi Kaczyńskiemu przyznane dopiero pośmiertnie
– przyp. red.], został upamiętniony w stolicy. To pokazuje, że wielu osobom Lech
Kaczyński przeszkadza nadal, nawet po śmierci. Jednocześnie władze odbierają
możliwość uhonorowania pozostałych ofiar katastrofy. To jest dla mnie naprawdę
niezrozumiałe.
Jak ten stan niewytłumaczalnej awersji do wszystkiego, co wiąże się z
pamięcią o ofiarach i samej katastrofie, odbierany jest za granicą?
– Dla tych ludzi jest to po prostu niepojęte. Ci, którzy mieszkają w Polsce,
rozumieją w pewnym sensie ten stan rzeczy. Rozumieją, że to jest absolutnie
nieprzypadkowe. Polacy w większości widzą tę nieprzypadkową zajadłość w
utrudnianiu upamiętniania katastrofy smoleńskiej. Większość Polaków zdaje sobie
sprawę z zachodzących także zmian w stosunkach międzynarodowych. Oczywiste dla
nich jest, że Lech Kaczyński, patriota, jest osobą szalenie niewygodną dla
obecnego establishmentu. Natomiast jeśli chodzi o Zachód, to, niestety, ten
przepływ informacji z Polski jest dość ograniczony i większość osób opiera swoje
informacje na mainstreamowych mediach. Ale oni też nie rozumieją, dlaczego tak
się dzieje, że w Warszawie tak trudno znaleźć miejsce na upamiętnienie i
dlaczego w prasie pojawia się aż tyle zjadliwych artykułów na temat prezydenta.
Pamięć o nim wciąż wielu osobom przeszkadza.
Ale są też dobre przykłady, np. żona prezydenta Gruzji Sandra
Roelofs-Saakaszwili.
– Tak, i jestem jej naprawdę za to bardzo wdzięczna. Pani prezydentowa
poświęciła także moim Rodzicom, a zwłaszcza mojej Mamie, jeden z rozdziałów
swojej książki zatytułowanej "Historia idealistki". W trakcie spotkania w
Gdańsku pierwsza dama Gruzji wspominałamoją Mamę, mówiąc o niej naprawdę bardzo
pięknie i prawdziwie. Podkreślała też, że gdyby nie odważna postawa mojego Taty
w czasie wojny z 2008 roku, Tbilisi zostałoby zajęte przez Rosjan. Jak
zauważyła, żadna z zachodnich inicjatyw nie miała tak wielkiego znaczenia dla
powstrzymania Rosjan w tamtym czasie jak wyprawa zorganizowana przez Lecha
Kaczyńskiego. I między innymi za to w Gruzji moi Rodzice są bardzo szanowani.
Kraj ten jako jeden z pierwszych upamiętnił też parę prezydencką i pozostałe
ofiary z 10 kwietnia 2010 roku. Pani prezydentowa funduje różnego rodzaju
stypendia dla młodzieży i otworzyła w Gruzji placówkę medyczną im. Marii
Kaczyńskiej. Pierwsza dama Gruzjibardzo się stara o tę pamięć i jestem jej za to
niesłychanie wdzięczna.
Jak ocenia Pani zachowanie następcy Pani Ojca na urzędzie prezydenta w
sprawie katastrofy?
– Bronisław Komorowski wygrał te wybory, kreując się na patriotę, katolika, a w
trakcie jego prezydentury okazuje się, że niewiele ma z tym wspólnego. Moim
zdaniem, społeczeństwo zostało zmanipulowane i dało się uwieść temu wizerunkowi
dobrotliwego męża, ojca i patrioty. W rzeczywistości prezydent, który po tak
straszliwej katastrofie, w której ginie jego poprzednik i większość elity
politycznej, po tym, jak katastrofa ta jest wyjaśniana – w zasadzie
niewyjaśniana, gdyż mamy kłamliwy zarówno raport MAK, jak i raport komisji
Jerzego Millera, a także niemożliwość wydobycia kluczowych dla sprawy dowodów –
twierdzi, że mamy świetne stosunki z Rosją, ewidentnie pokazuje, że mija się z
prawdą. Wymienione przeze mnie fakty świadczą o tym, że nie jesteśmy przez tego
sąsiada, ale chyba także przez naszego prezydenta, traktowani poważnie. Zamiast
dążyć do wyjaśnienia tej bezprecedensowej tragedii,najwyższy przedstawiciel RPi
jego otoczenie wpisuje się w rosyjską retorykę. Postawa obecnego prezydenta
budzi wątpliwości.
To dość mocne słowa.
– Ale prawdziwe, bo przecież wyjaśnienie przyczyn katastrofy smoleńskiej jest –
jak mówiłam chociażby podczas wysłuchania w Brukseli – kwestią polskiej racji
stanu. Każdy szanujący się kraj dba o swoich obywateli i w przypadku katastrof
zawsze dąży do ich wyjaśniania. Tutaj mamy do czynienia nie tyle już z
biernością, ile wręcz z utrudnianiem wyjaśniania przyczyn katastrofy, w której
zginęła przecież nie tylko głowa państwa, ale także cała niemal jego
generalicja.
Prezydent coraz śmielej atakuje rodziny. Komentując wysłuchanie
publiczne w PE, nazwał je "dramatyzowaniem" i wezwał do zakończenia podobnych
działań w imię "poszanowania odczuć wszystkich rodzin ofiar".
– Czyli pan prezydent podpisuje się pod kłamliwym raportem MAK, choć już wszyscy
dobrze wiemy, że ten raport jest kłamliwy, że znajdują się w nim wyssane z palca
informacje mające na celu oczernić nasz kraj i wprowadzić polską i zagraniczną
opinię publiczną w błąd. Jak w takiej sytuacji ktoś, kto reprezentuje nasze
państwo, może mówić, że należy zakończyć ten temat, bo sprawa jest już
wyjaśniona?! To jest niebywały skandal! Jak prezydent może mówić, że sprawa jest
już wyjaśniona, skoro zarówno postępowanie w polskiej prokuraturze, jak i w
rosyjskiej nie zostało do tej pory zakończone? Prezydent, wypowiadając takie
słowa, mija się z prawdą, bo nasze śledztwo wciąż się toczy. A co do tego
"rozgrzebywania", to w tej sprawie jest tyle nieprawidłowości, że rodziny muszą
starać się walczyć o prawdę. To jest nasześwięte prawo. I nie działamy tylko w
interesie swoim, ale w interesie wszystkich Polaków. Mówiąc szczerze, to bardzo
się dziwię tym wszystkim ludziom, którzy brali udział zarówno w przygotowaniach
do wizyty mojego Ojca w Katyniu, jak i tym, którzy odpowiadają za to, w jaki
sposób później potoczyły się sprawy związane z wyjaśnianiem katastrofy
smoleńskiej, oraz wreszcie tym, którzy wypowiadają się w tej sprawie, atakując
rodziny, że są w stanie egzystować w życiu publicznym.Myślę, że w krajach
dojrzałej demokracji nie byłoby to możliwe. Niestety, to jest kwestia
niedojrzałości naszej demokracji. Kwestia tego, że pomimo przełomu, który
nastąpił w 1989 roku, jednak nie wyrwaliśmy się zupełnie z pewnych zależności. I
to, że w ogóle doszło do tej tragedii, oraz sposób, w jaki sprawa jest
wyjaśniana, najdobitniej o tym świadczą.
O tej rozbieżności z międzynarodowymi standardami mówi całkiem pokaźna
grupa naukowców, również z zagranicy.
– Tak. Wskazują na to m.in. niezależni eksperci, którzy podjęli się badania
przyczyn katastrofy. Tylko oczywiście trzeba wziąć pod uwagę fakt, że oni nie
mają dostępu do wraku, do czarnych skrzynek, rejestratorów lotu i dokumentacji,
w związku z czym ich badania mają w dalszym ciągu charakter pewnej hipotezy.
Jednak jeśli mamy do czynienia z kilkoma niezależnymi od siebie ekspertami,
którzy dochodzą do zbliżonych wniosków, to oznacza, iż coś na rzeczy jest. Ci
naukowcy – w tym prof. Wiesław Binienda, Kazimierz Nowaczyk i Grzegorz
Szuladziński, korzystają z najnowszych technik dostępnych m.in. w Stanach
Zjednoczonych i Australii, a którymi posługują się chociażby w swojej pracy dla
NASA czy wojska. Są cenionymi fachowcami w swojej dziedzinie, pracującymi w
bardzo prestiżowych firmach i uczelniach w USA. Co ciekawe, ostatni z
wymienionych przeze mnie panów – czyli prof. Szuladziński, zaczął się zajmować
badaniem katastrofy na prośbę jednego z blogerów, który bardzo krytykował
ustalenia prof. Biniendy i Nowaczyka. I co się okazało? Że ta osoba, uprzednio
udzielając temu blogerowi odpowiedzi na jego pytania, twierdzi, że także nie ma
wątpliwości, że skrzydło Tu-154M zostało zniszczone nie na skutek zderzenia z
brzozą – jak twierdzi MAK.
Nikt nie podjął z nimi merytorycznej dyskusji.
– I to też wiele mówi. Ich tezy spotykają się jedynie z wyśmiewaniem i z
kpinami, jednak żadna z tych osób próbujących dewaluować te ustalenia nie wysuwa
konkretów. Mało tego. W ostatnim czasie pojawiła się także inicjatywa ponad 50
kolejnych naukowców, tym razem z polskich instytutów naukowych, którzy chcą
podjąć się badania numerycznego przebiegu katastrofy smoleńskiej. Profesorowie
ci zwrócili się o przyznanie grantów od państwa na ten cel i zobaczymy, z jaką
odpowiedzią się spotka ich inicjatywa. Mamy też zatrważający sygnał z
Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie profesorowie chcieli opublikować w kwartalniku
uniwersyteckim apel o podjęcie długofalowychbadań, który jednak został odrzucony
w związku z tym, że – jak wskazano – jego treść jest niezgodna z tematyką tegoż
pisma. Potwierdza się więc teza pani prof. Staniszkis, która mówi o tym, że
Platforma Obywatelska stworzyła niesamowity system zależności w naszym państwie
i że wielu ludzi zwyczajnie obawia się o swoje stołki, w związku z czym – mimo
tych wszystkich faktów, które wychodzą na jaw – zachowuje się w sposób
prorządowy.
Moim zdaniem, skala nieprawidłowości, zaniedbań i liczba kłamstw, które wiążą
się ze sprawą katastrofy smoleńskiej, jest dziś tak przytłaczająca, że ludzie
najzwyczajniej w świecie nie mogą już bezczynnie znosić tej sytuacji. Wiele osób
czujepotrzebę działania na rzecz rzeczywistego wyjaśniania tych przyczyn. Pewna
granica została już przekroczona przez prezydenta, premiera, byłą minister
zdrowia i wielu ich współpracowników. Społeczeństwo polskie nie może znosić
długo tego zakłamania. To jest wbrew naszej naturze, by znosić takie
upokorzenie. Bo to nie tylko ja jako córka czuję się upokorzona przez takich
rządzących i ich działania, ale podobnie czuje się chyba każdy polski obywatel,
każdy patriota.
Prokurator Andrzej Seremet dwa dni temu podtrzymał przekonanie, że
hipoteza udziału osób trzecich jest nieuprawniona, nie ma potwierdzenia w
materiale dowodowym.
– A przepraszam, jakie badania w tej materii przeprowadziła prokuratura? To
stwierdzenie pana Seremeta jest o tyle prawdziwe, że prokuratura nie
przeprowadziła żadnych badań, które mogłyby w sposób jednoznaczny, kategoryczny
wykluczyć okoliczność zamachu. Prokuratura prowadzi postępowanie jedynie w
sprawie nieumyślnego spowodowania katastrofy lotniczej, więc można przyjąć, że z
góry założyła, iż mamy do czynienia zwyczajnie z nieszczęśliwym wypadkiem, i tej
linii się trzyma. Oczywiście prokuratura może się tłumaczyć tym, że jest zależna
od organów śledczych Rosji, ponieważ wciąż, od czasu do czasu, spływają jakieś
akta, że wciąż kluczowe dowody pozostają w dyspozycji tamtejszych prokuratorów,
stąd pewne ograniczenie możliwości procedowania polskiej prokuratury wojskowej.
Dobrze jednak wiemy, jak wiele zależy od determinacji, dobrej woli i nasza
prokuratura również mogłaby zlecić badania. Z tego, co wiem, w tej chwili 19
ekspertów ma się zajmować weryfikacją możliwości oderwania skrzydła po tym, jak
nastąpiło zderzenie z brzozą. Ale to wszystko dzieje się dopiero teraz i jeżeli
takie badania rzeczywiście zostały wszczęte, to o dwa lata za późno. Takie
badania powinny zostać przeprowadzone od razu. Nie wspominając już o komisji
Jerzego Millera, która nawet nie wysiliła się, żeby dokonać własnych, dokładnych
pomiarów. Zastanawiam się, jak ci ludzie, którzy ponoszą odpowiedzialność za te
badania, są w stanie działać w tak nieprofesjonalny sposób. W zasadzie działać w
celu udowodnienia z góry przyjętej tezy, że samolot podchodził do lądowania, że
choć nie było do tego warunków, piloci robili to na siłę, że na skutek zderzenia
z brzozą urwało się skrzydło i samolot wykonał półbeczkę, po czym nastąpiła
defragmentacja na skutek zderzenia z ziemią. Przy czym każdy laik, widząc
zdjęcia z katastrofy, dziwi się, jak w takim przypadku samolot został zniszczony
do tego stopnia.
Z ostatnich dni mamy przykład katastrofy na Syberii, gdzie samolot rozbił się
podczas startu, przy pełnej mocy silników zderzając się z ziemią. W tej sytuacji
maszyna rozpadła się na trzy części, a wielu pasażerów przeżyło. Dlaczego więc w
przypadku katastrofy smoleńskiej doszło do takich zniszczeń, do takiej
defragmentacji samolotu na olbrzymiej powierzchni i dlaczego nikt nie przeżył?
Niestety, ale faktycznie coraz więcej potwierdza, że do tej tragedii mogło dojść
przy udziale osób trzecich. Pytanie tylko, co wówczas. Mamy np. Lecha Wałęsę,
który po wysłuchaniu w Brukseli powiedział, żebyśmy nie drażnili Putina, bo on
może się jeszcze zdenerwować. Czyli, jak rozumiem, jego zdaniem, wyjaśniając
katastrofę, powinniśmy się liczyć z jakimiś groźnymi konsekwencjami ze strony
Rosji.
I dlatego powinniśmy o sprawie zapomnieć?
– Przyczyny katastrofy trzeba wyjaśnić. I to jest oczywiste. Żyjemy w
nowoczesnym świecie, gdzie stosunki pomiędzy państwami są w jakiś sposób
uregulowane. Jesteśmy członkiem NATO i UE i straszenie nas jakimiś represjami ma
na celu jedynie zniechęcenie społeczeństwa do tego, by trwało w przeświadczeniu,
że należy dojść do prawdy.
Czy 24 miesiące temu przypuszczała Pani, że to śledztwo będzie tak
wyglądać?
– 24 miesiące temu to ja sobie tak naprawdę nic nie wyobrażałam. To była
największa tragedia w moim życiu i trudno mi było racjonalnie zastanawiać się
nad tym, co będzie dalej. Mając jednak oczywiście doświadczenie z wcześniejszymi
relacjami Donalda Tuska z moim Ojcem i mając doświadczenie z kilkuletnich rządów
PO, niczego dobrego się nie spodziewałam. Natomiast przez myśl mi nie przeszło,
że będzie to wyglądać aż tak źle i że wszyscy będą się tak kurczowo trzymać
swoich stanowisk. Nie pomyślałabym wcześniej, że dojdziemy do takiego momentu,
iż już tylko na zasadzie swobody badań naukowych będzie można te sprawy
wyjaśniać. Liczę jednak na to, że przyjdzie czas, kiedy dojdziemy do prawdy.
Poza tym historia to kiedyś oceni.
Rodziny mogły zrobić więcej?
– Oczywiście można zarzucać rodzinom, dlaczego nie żądały za wszelką cenę
przeprowadzenia sekcji zwłok po przywiezieniu ciał swoich bliskich do Polski.
Ale proszę zauważyć, że trudno było w tamtym czasie myśleć i działać
racjonalnie. Wszyscy byli w potwornym szoku i przyjęlito, co mówili Rosjanie i
co potwierdzali nasi politycy, a mianowicie, że jest zakaz otwierania trumien.
Poza tym pozostałe rodziny były zapewniane, że sekcje zwłok ich bliskich zostały
przeprowadzone w Rosji.
Ale akurat w przypadku Pani Rodziców sekcje rzeczywiście zostały
przeprowadzone.
– Tak. Moi Rodzice mieli przeprowadzoną sekcję zwłok. Chciałabymjednak, żeby
dokumentacja związana z ich sekcjąmogła zostać przedstawiona do oceny
niezależnym ekspertom, jak np. prof. Michaelowi Badenowi z USA. Uważam, że to
jest bardzo potrzebne i będę się starała, żeby to mogło nastąpić, choć akta są
utajnione i na pewno nie będzie to proste.
Prokuratura już raz odmówiła prof. Badenowi uczestnictwa w sekcji, choć
taka była wola wdowy.
– To też jest nieprawdopodobne. Profesor sam później mówił, że jest zszokowany
postawą polskich władz, dodając, iż nigdy wcześniej nie miał do czynienia z
podobną sytuacją. Jeżeli Izraelczycy dopuścili go do badania Palestyńczyków, to
zachowanie naszych władz może być uznane za coś niezwykle zastanawiającego. Bo
jest pytanie, dlaczego polska prokuratura tak bardzo nie chciała dopuścić prof.
Badena do tej sekcji. Polscy eksperci mogliby wiele na wsparciu takiego
autorytetu skorzystać. Rodziny też byłyby spokojniejsze, gdyby tak uznany w
świecie ekspert brał udział w sekcjach ich bliskich. I właśnie przez takie
zachowania, takie decyzje i takie trwanie w zapartym prokuratura i nasz rząd
ściągają na siebie coraz więcej podejrzeń.
Dziękuję za rozmowę.
