Jest wciąż z nami
Rozmowa z Anną Rastawicką z Instytutu Prymasa Stefana Wyszyńskiego
Patrzyła Pani od wielu lat na drogę życia Księdza Prałata Zdzisława Peszkowskiego. W jakich słowach ująć najkrócej wyjątkową biografię tego niezwykłego człowieka?
– Życie Księdza Prałata Zdzisława Peszkowskiego kojarzy mi się z niesamowitą wiernością przyrzeczeniu harcerskiemu: harcerz służy Bogu, Ojczyźnie i bliźniemu. Ksiądz Prałat był dla nas wszystkich świadectwem żywej wiary w Boga, wiary bliskiej życiu. Takiej wiary uczył harcerzy, kiedy był ich wychowawcą w Valivade w Indiach, w osadzie dla polskich uchodźców, którzy wyszli z Rosji razem z armią Andersa. Uczył tych młodych ludzi, żeby się dobrze czuli z Panem Bogiem. To była wiara nie tyle wymogów, rygorów, zakazów, ile wielkiej miłości do Pana Boga, rozkochania w Bogu, pasji, żeby być Bożym, dobrym człowiekiem.
Ksiądz Prałat pracował z młodzieżą jeszcze jako osoba świecka…
– Był wtedy oficerem. Kiedy ktoś chciał z Nim załatwić jakąś sprawę, najczęściej umawiał się, że o godz. 7.00 będzie w kaplicy i po Mszy św. można Go za jakąś chwilę złapać i porozmawiać. Ta wiara była siłą dla Księdza Prałata, zwłaszcza w obozie w Kozielsku. Wierzył, że Bóg może to odmienić, że nie wszystko skończone. Opowiadał o modlitwach w budynkach obozowych, o tajnych Mszach św., wspominał, jak szykował opłatki na Wigilię, jak tłumaczył młodemu Rosjaninowi w kuchni, że potrzebuje trochę wody i mąki, a on chciał Mu dać jeszcze okrasę. To była Jego pasja, żeby uczepić się tego, co Boże, co dotyczy innego wymiaru życia.
Wielką rolę w życiu Księdza Prałata odegrał ks. kard. Stefan Wyszyński. Jakie były te relacje?
– Łączyła Go ogromna przyjaźń z ks. kard. Stefanem Wyszyńskim. Darem ks. Peszkowskiego był pierwszy magnetofon, na którym były nagrywane kazania ks. Prymasa. Darem Księdza Prałata była pierwsza biografia ks. kard. Wyszyńskiego, przygotowana wspólnie z Instytutem Prymasowskim i wydana w Orchard Lake, przywożona później potajemnie przez ludzi, którym udało się ją zdobyć. Była to słynna czerwona książka, której szukali celnicy. Dlaczego czerwona? Bo była w czerwonej oprawie. Później Ksiądz Prałat wpadł na pomysł i następny nakład oprawił w białą okładkę, więc już trochę trudniej było ją znaleźć. Świadczyło to o dużej odwadze, bo ta pierwsza książka wyszła w 1969 r., ks. Peszkowski nie wiedział, czy będzie mógł przyjeżdżać do Polski.
Był Ksiądz Prałat świadkiem i uczestnikiem wielkich wydarzeń w Kościele w Polsce: Wielka Nowenna, nawiedzenie Matki Bożej Częstochowskiej, Milenium. Na pewno nie było łatwo włączyć się w te uroczystości z powodu oddalenia?
– Chciał przyjechać chociaż na jedną stację milenijną. Wtedy przecież nie wpuszczono do Polski Papieża ani żadnych gości zagranicznych. I jakimś sposobem przez Rzym, przez konsulat udało się Księdzu Prałatowi przyjechać na uroczystości milenijne do Piekar Śląskich. Jaki był wtedy szczęśliwy! Tyle razy wspominał, jak ks. kard. Wyszyński wtedy powiedział: „Łykaj Polskę”.
Kiedyś Ksiądz Prymas zwierzył się Mu ze swojej troski, że tak by pragnął, żeby Milenijny Akt Oddania Polski Matce Bożej po wszystkie czasy wszedł w świadomość ludzi, by nie był tylko aktem historycznym, ale żeby z tego Aktu płynęła nadzieja na najtrudniejsze czasy, żeby Matka Najświętsza zawsze była obroną wiary Polaków. I wtedy Ksiądz Prałat Peszkowski wpadł na pomysł, żeby wydrukować Milenijny Akt Oddania w formie kolorowych plansz. Możemy zobaczyć te oprawione plansze w tysiącach kościołów polskich – taka jest przedziwna wierność w zachowaniu wierności Matce Bożej. To jest dar Księdza Prałata Peszkowskiego.
Ogromną Jego miłością był Ojciec Święty Jan Paweł II, na każde święta starał się jechać do niego. Kochał Kościół. Każdy ból Kościoła był Jego bólem, cierpieniem, każde rozdarcie w Kościele przeżywał jak wielkie osobiste cierpienie.
Kolejny filar przyrzeczenia harcerskiego to miłość Ojczyzny. Ksiądz Prałat żył Polską i dla Polski, uosabiał piękno polskiej duszy.
– Kiedy myślę o Jego życiu, przypominają mi się słowa, które wypowiedział ks. Prymas Wyszyński: „Kocham Ojczyznę więcej niż własne serce i cokolwiek czynię dla Kościoła, czynię dla niej”. W jakimś innym wymiarze, innym kolorycie była to też prawda życia Księdza Prałata Peszkowskiego. Kochał Polskę więcej niż siebie. Za nią walczył, do niej tęsknił, wierzył, że wojna się skończy, że Polska będzie wolna. Kiedy później pracował w seminarium w Orchard Lake, przywoził tysiące pielgrzymów do Ojczyzny. Uczył młodych kleryków języka polskiego, kultury polskiej. Organizował w Orchard Lake pokój polski, panoramę polską. To po prostu było jedno wielkie pragnienie wyniesienia Polski, utrwalenia jej w sercach młodych ludzi. Tego samego uczył harcerzy, ponieważ do końca życia był naczelnym kapelanem harcerstwa polskiego poza granicami kraju.
Z miłości do Ojczyzny zajął się też sprawą Katynia?
– Umiłowanie Polski rodziło też w Księdzu Prałacie pasję prawdy, pamięci połączonej z przebaczeniem. Uważał, że jest to jakby oczyszczenie wielkiej rany Narodu, jaką jest Golgota Wschodu. Ksiądz Prałat walczył i miał charyzmat tej walki o Golgotę Wschodu, ale też Zachodu. Uważał, że musi być prawda, musi być pamięć, ale musi też być przebaczenie. Tutaj dotykamy jakiś korzeni tożsamości naszego Narodu, naszej psychiki narodowej, naszego bytu, którego sensem jest kultura. Ksiądz Prałat nie tylko teoretycznie bronił naszej kultury, ale praktycznie realizował ją w życiu. Kiedy pojawiła się możliwość powrotu do kraju, kiedy Polska wyzwoliła się z niewoli komunistycznej, natychmiast na początku lat 90. wraca do Ojczyzny. Przecież mógł zostać w Ameryce, miałby tam lepsze warunki życia, leczenia i wszystkie przywileje, a Ksiądz Prałat przyjeżdża do Polski, w dwóch pokojach prowadzi właściwie samodzielnie całą instytucję. Nie zraża się niczym, udaje się do Katynia, na ekshumacje, chociaż nawet nie jest w oficjalnej ekipie. Jedzie na własny koszt, bo wie, że tam musi być kapłan. Bierze do rąk czaszki wydobywane z dołów śmierci, błogosławi im… Czyni to i jako kapłan, i jako Polak, widząc potrzebę dotknięcia najgłębszych ran Narodu, nalania w nie oliwy.
Harcerz służy bliźnim, służy człowiekowi. Jak ks. Peszkowski realizował tę część przyrzeczenia?
– To była wybijająca się cecha w postaci Księdza Prałata. Jego życzliwość dla człowieka, uśmiech, zatrzymanie się nad dzieckiem… Jeszcze w szpitalu mówił: „Daj moim dziadom pod katedrą parę groszy, bo ja im zawsze dawałem”. Miał wielką miłość do młodych kapłanów, za sobą 40 lat pracy w Orchard Lake. Prowadził duszpasterstwo chorych, jeździł do nich, podtrzymywał na duchu. To był człowiek, który miał charyzmat przyjaźni. Zresztą widać to już teraz w przygotowaniach do pogrzebu, ilu ludzi chciałoby wziąć w nim udział, przyjechać, odwdzięczyć się za przyjaźń. Dla wielu był drogowskazem, jak w życiu iść, spowiednikiem, kierownikiem. Nie umiał przejść obojętnie obok człowieka. Zawsze pamiętał w modlitwie o tych, którzy o nią prosili, polecali się Mu.
Ojcowska postawa Księdza Peszkowskiego widoczna była szczególnie w kontaktach z Rosjanami. Wprost otwierał ich serca, wydobywał zapomniane tęsknoty za światem piękna, dobra, prawdy.
– Niesamowity był stosunek Księdza Prałata do żołnierzy rosyjskich w czasie ekshumacji. Nie podchodził do nich z nienawiścią, ale uczył modlitwy, rozdawał różańce. Kiedy zbliżała się godz. 12.00, prosił prowadzących ekshumację o krótką przerwę w pracy. Wtedy była modlitwa, modlitwa gestów, wszyscy brali się za ręce, Ksiądz Prałat się modlił, a oni się łączyli. W czasie Mszy św. zawsze najbardziej pamiętali jeden moment – znak pokoju, wtedy mówili sobie: „ruki” – ręce. Patrzyli na tego człowieka, który odnosi się do nich bez nienawiści, a jednocześnie z pasją szukania prawdy, z pragnieniem obrony godności Narodu Polskiego. Chciał, żebyśmy nie byli tchórzami, umieli się upomnieć o prawdę, o swoją godność, ale nie po to, aby żyć w postawie odwetu, tylko przebaczenia. Dlatego proponuje Rodzinom Katyńskim i sam razem z nimi składa Akt przebaczenia i zawierzenia Matce Najświętszej i Panu Jezusowi Miłosiernemu. To jest właśnie postawa Księdza Prałata wobec ludzi. I ta ogromna życzliwość dla mediów. Miał łatwość kontaktu: z harcerzami, z dziećmi. Potrafił mieć z nimi wspólny język. Do końca przychodziły do Niego dzieci czy młodzież szukająca, trochę zbuntowana przeciwko Panu Bogu. Po rozmowie mówili: nie, ten ksiądz to jest normalny. Tak wytwarzała się więź między Nim a ludźmi.
Ta więź nie miała dla Niego żadnych granic, barier. O swoich kolegach z Kozielska mówił tak, jakby byli tuż obok.
– Bardzo często wspominał o tajemnicy świętych obcowania. Dlatego kiedy wracam myślą do tego, co mówił, kiedy żył, kiedy razem pracowaliśmy, mam świadomość, że trudno o Księdzu Prałacie mówić w czasie przeszłym. On jest! W tajemnicy świętych obcowania, którą ciągle głosił, ciągle przypominał, będzie zawsze z nami.
Małgorzata Rutkowska
